Polityka

Chiny, czyli nieoczekiwana zmiana miejsc

 

 

Jesteśmy świadkami, najczęściej zupełnie nieświadomymi, fundamentalnej i nieoczekiwanej zmiany miejsc na mapie wielkiej polityki. W czasach rozedrganej niepewności na ostoję stabilności w skali globalnej wyrastają Chiny Ludowe. Jeszcze dwa lata temu pukalibyśmy się w głowę słysząc takie stwierdzenie. Tymczasem, mimo wszystkich znanych i dyskutowanych wad to właśnie Chiny stają się państwem, na którego przewidywalności można się oprzeć. A przynajmniej należałoby.

Wspominam o tym często: już Arystoteles uważał demokrację za ustrój zepsuty. I miał rację. Możemy to dzisiaj obserwować również na swoim podwórku: demokracja zawiera w sobie jakiś gen autodestrukcji, kiedy wydawać się może, że sprawy zaczynają się układać przyzwoicie, że ludziom się żyje obiektywnie lepiej niż wcześniej, że państwa i narody przestają sobie skakać do oczu, wyżej od naparzanki ceniąc sobie wymianę handlową, współpracę gospodarczą, swobodę działania ekonomicznego, ale i kulturalnego, zawsze musi pojawić się jakiś psuj, który udowadnia „ludowi”, że sprawy mają się zgoła inaczej niż je dotychczas widziano. Że jest źle, że można łatwo określić winnych takiego stanu rzeczy, że psuj ma patent na to jak sprawy od ręki uzdrowić, naprawić, uczynić „lud” opływającym dostatki i dobra wszelakie. W takich chwilach z całą siłą uaktywnia się ów gen demokratycznej autodestrukcji: „lud” nie jest ani refleksyjny, ani zdolny do analizy uzyskiwanych od psuja informacji, tylko „bierze sprawy w swoje ręce”, czyni psuja wodzem, a wódz w następnej chwili udowadnia, że dobre czasy już się dla „ludu” skończyły. W lekkich przypadkach panowanie psuja kończy się masakrą ekonomiczną państwa, z której trzeba wychodzić przez dziesięciolecia. W wersji „hard core” psuj prowadzi „lud” przeciwko innym „ludom”, zwłaszcza tym, które umyślił sobie uczynić odpowiedzialnym za „kraj w ruinie”, nad którym władzę przejmował. Od niemal dwóch lat możemy przyglądać się sukcesom różnych psujów. Jedni – jak ci nasi, lokalni – mają znaczenie lokalne, ich działania wywracają tylko i wyłącznie lokalną rzeczywistość. Ale w przypadku państw o większym znaczeniu na mapie światowej polityki, jak na przykład Wielka Brytania, działania psujów mają wpływ na sytuację całych kontynentów. W przypadku zaś nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych mamy do czynienia z wpływem globalnym.

Cechą wspólną wszystkich psujów, zarówno tych małych, jak i tych wielkich jest absolutna nieprzewidywalność. Ich opinie, decyzje, działania obarczone są jakąś niesamowitą krótkowzrocznością, zapewne dlatego, że mają wyłączny związek z „ludem”, który psuja podniósł do rangi przywódcy. Ludzie ci nie rozumieją, że istnieją w o wiele bardziej złożonym systemie zależności, niż ten, który poznawali podczas kampanii wyborczej, gdzie pojawiali się reprezentanci „ludu” głodni bardzo określonych treści, które psuj im chętnie podrzucał z trybuny. Psuje zajmują miejsce lidera, przywódcy, ale nie rozumieją, że nie prowadzą już kampanii wyborczej, tylko słuchani są przez innych przywódców, z których każdy reprezentuje swoje interesy, zupełnie różne od interesów psujów i ich licznych apologetów węszących za okazją do ubicia jakiegoś interesu w wymiarze pozyskania władzy, albo po prostu cięższego grosza.

No i mamy taki rozedrgany świat (oczywiście ten zachodni), który z miesiąca na miesiąc robi się coraz bardziej nerwowy, rozedrgany, niepewny przyszłości. Wszystko to co jeszcze dwa lata temu można było określić jako pewnik sytuacji światowej, dzisiaj zamieniło się w niewiadomą. Bo kto może przewidzieć jaki numer wykręci jutro Donald Trump? Raz mówi to, raz siamto. Zazwyczaj to z siamto się wykluczają. Dzisiaj możemy wierzyć, że jest naszym sojusznikiem, ale jutro być może każe sobie płacić za pomoc militarną. Z góry. Bo biznes, to biznes. Nie wiadomo nic na temat przyszłości Unii Europejskiej. A jeśli jednak zwycięży interes „rdzenia”? A jeśli najstarsi członkowie Unii uznają, że szczególnie ci najmłodsi uczestnicy struktur nie dość, że są kosztowni, to jeszcze niezadowoleni z udziału w projekcie, i powiedzą tej grupie państw po prostu „pa”? No bo po co finansować państwa, których liderzy wszem i wobec twierdzą, że Unia to samo zło? Jeśli tak, to może niech radzą sobie sami, bez finansowania z „przeklętej Brukseli”? W tym samym czasie Rosja próbuje przeprowadzić swój nie do końca jasny plan. Nie wiadomo co jest jego celem, ale wiadomo, że realizowany jest na „ostro” przy użyciu wojska i wszelakiej broni. Aha, no i jeszcze Turcja, która jest członkiem NATO, drugą armią tej struktury, która jest zrzeszona z UE, a która szuka wyraźnie zupełnie nowych sojuszy. Nie wiadomo tylko, czy celem zabiegów Turcji jest Rosja, czy może jednak Chiny.

No i właśnie. W tym całym zamieszaniu, w tym mętliku neurotycznym, Chiny nagle stają się jedynym państwem o niebywale niskim czynniku niepewności. W Chinach rządzi jedna partia. I nie planuje zmian w tej materii. Nie przewiduje się wyborów demokratycznych, których wynik mógłby nieść za sobą oddanie władzy w ręce grupy zamierzających wywrócić do góry nogami panujący porządek, niekoniecznie dlatego, że tak byłoby lepiej, tylko dla samego wywracania. Partia ta jest „poukładana”, za najważniejszy element swojej aktywności uznaje gospodarkę. W odróżnieniu od psujów-fantastów wie, że podstawą sukcesu we współczesnym świecie są pieniądze. One dają realna siłę. Pozwalają konflikty rozładowywać, albo zwyciężać bez jednego wystrzału. W czasie kiedy Amerykanie wydawali pieniądze na armię, która próbowała (ze średnim powodzeniem) pilnować porządku globalnego na wszystkich morzach i kontynentach, Chińczycy po prostu lali pieniądze do konkretnych portfeli, zasilali pieniędzmi konkretne budżety. Zamiast stacjonować na pustyniach, w lasach, wśród gór, lub oceanicznych fal, za pomocą pieniędzy wgryzali się w polityczne struktury państw. I dzisiaj to Chińczycy rządzą w większości państw afrykańskich. Nie Amerykanie. Chińczycy mają znakomite relacje z Iranem. Pomimo wzajemnie chłodnych stosunków prowadzą skuteczne działania (czyt. korzystne dla siebie) z Japonią, Koreą Południową, Wietnamem, Filipinami, i innymi państwami ASEAN. Chiny uzależniły od siebie Rosję, która gospodarczo bez Chin nie istnieje. Chiny rozgrywają po swojemu Brexit: skoro Londyn nie będzie już unijnym hubem finansowym, planują przeniesienie swoich operacji ze stolicy Wielkiej Brytanii. Ale gdzie? Może do Frankfurtu, a może do Paryża? A może i tu i tu, żeby równoważyć swoje ryzyka, a też nie dać urosnąć któremuś z europejskich państw ponad miarę. Chiny są W stanach, Kanadzie, w Ameryce Południowej. Świat arabski ma z Chinami wiele wspólnego.

I czym bardziej nieodpowiedzialnie, nieprzewidywalnie zachowywać się będą Trumpowie wszelkiej maści i wymiaru politycznego, tym bardziej wyraźna stawać się będzie pozycja Chin jako ostoi porządku, spokoju, pewności. Pomimo oczywistych wad i niedostatków. Pomimo tego wszystkiego na co sarkać przywykli obrońcy wolności rozmaitej. Bo jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

Rok 2017 stał się datą nieoczekiwanej zmiany miejsc. Chiny z państwa, które miało kiedyś tam w przyszłości aspirować do miana światowego lidera, głównie gospodarczego, dzięki nowemu układowi sił stało się naturalnym kandydatem na tegoż lidera. Lidera państw od Chin mniejszych i słabszych, dla swej suwerenności, dla swojego spokoju i pokoju potrzebujących silnego, wpływowego patrona. Tak już kiedyś było. Zanim kolonizatorzy podkopali fundamenty Państwa Środka w połowie XIX wieku i doprowadzili do upadku cesarstwa pod koniec owego stulecia. „Chinese Dream” się ziszcza? Całkiem możliwe.

 

Co z tego wynika dla Polski? Na razie niewiele. Lokalni wodzowie zajęci są głównie samymi sobą. Jak dzieci w przedszkolu udowadniają sobie, który z nich co i kiedy powiedział brzydkiego, i kto na kogo naskarżył pani. Świat poważnych spraw kręci się daleko poza ich polem widzenia. Szkoda. Wszyscy nasi sąsiedzi starają się, aby w relacjach z Chinami występować jako ważny podmiot. Jeśli tak dalej pójdzie, to przypadnie nam znów rola przedmiotu cudzej polityki. No, ale sami sobie wybraliśmy swoich wodzów. Widziały gały co brały.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close