Polityka

Pax Sinica 3.0

 

Pax Sinica nie jest pojęciem nowym. Pierwsza era „chińskiego pokoju” w Azji to czas pokrywający się z istnieniem na Zachodzie Imperium Rzymskiego. Kolejna, to okres od naszego średniowiecza, aż po wojny opiumowe w połowie XIX wieku, które dały początek „stu latom upokorzenia”, czyli zależności Chin od imperiów kolonialnych. Dzisiaj wyraźnie widać, że Pax Sinica 3.0 nadciąga w coraz szybszym tempie. Im więcej niepewności budzi nowy prezydent USA, tym większe grono szukających możliwości pokojowej współpracy, czy raczej pokojowej zależności od Pekinu.

 

Istotą Pax Sinica jest pokój panujący dzięki ustalonej hierarchii i uznanych powszechnie wzajemnych relacji oraz zależności, zarówno na poziomie rodziny, społeczności, jak i całych państw. Bo kiedy trwa pokój, świat funkcjonuje w harmonii, a ludzie mogą zajmować się pracą i pomnażaniem dóbr. Wszyscy są zadowoleni.

 

W Chińskiej Republice Ludowej o harmonii społecznej zaczęto mówić szczególnie często, kiedy Hu Jintao objął urząd Przewodniczącego ChRL – czy jak my to określamy – Prezydenta Chin Ludowych. To było motto jego urzędowania: „harmonia”. Pamiętam z tamtego okresu wielu Chińczyków, którzy zżymali się na ono hasło powszechne w mediach i partyjnych komunikatach. Tamten czas był okresem wszechobecnej walki o bogacenie się, libertariańsko-kapitalistycznej euforii, wyścigu do finansowego sukcesu. Chińczycy nie widzieli w nim miejsca na jakąkolwiek harmonię. Trzeba było wyrywać co swoje innym z pazurów, a nie myśleć o jakiejś harmonii. Minęło kilka lat przywództwa Hu Jintao, a „harmonia” przestała tak drażnić chińskich nowobogackich. Ba! Pojawiły się w dużych miastach kluby konfucjańskie, w których wykładano i dyskutowano na temat myśli Konfucjusza skupionych wokół budowania silnego państwa i społeczeństwa w oparciu o harmonię pomiędzy władającymi a poddanymi, przepraszam, obywatelami. Udział w tych klubach stał się en vogue. Modna pani i modny pan, co się właśnie dorobili grubszej sumki po prostu musieli bywać w klubie konfucjańskim i podyskutować gorąco na temat dnia.

 

Dzisiaj idea harmonii społecznej jest obecna w Chinach wszędzie. Chodzi mi oczywiście o tak zwany przekaz publiczny. Harmonii służy walka prezydenta Xi Jinpinga z korupcją. Niepokój Pekinu budzą zjawiska światowe naruszające harmonię. I tak dalej, i tym podobne.

 

Można uznać, że to wyłącznie retoryka na użytek wewnętrzny, czasem zewnętrzny. Bo to i prawda, że Chiny chcą uchodzić za państwo niczym wielki, sympatyczny misiek panda, którego tylko przytulać. Mądre, łagodne, wyrozumiałe państwo, które z nikim nie chce iść, broń Panie Boże, na udry, każdemu pomoże w miarę swoich możliwości, etc. I chociaż tak nie jest, to świat coraz chętniej taki obraz ChRL przyjmuje za obiektywny. Przychodzi mu to tym łatwiej, że w odróżnieniu od USA Chiny nie używają pały do rozwiązywania problemów, a zazwyczaj po prostu sypią groszem nie wnikając, czy w danym państwie rządzi dyktator, czy obowiązuje radosna demokracja. W każdym państwie na ziemi odnajdziemy bowiem wspólny mianownik, który stanowią decydenci ulegający urokowi forsy. A to nie pała, ale „money makes the world go round”, jak śpiewano w cudnym filmie „Kabaret”.

 

Póki co żyjemy w porządku, w którym karty rozdają Stany Zjednoczone. Pax Americana. Coraz częściej jednak można mieć wrażenie, że dotychczasowy hegemon, albo poważnie choruje, albo traci możliwość utrzymania swojej pozycji.

 

W ostatni piątek prezydent Donald Trump poniósł klęskę w sprawie, która była jednym z jego najważniejszych haseł wyborczych. Chodzi oczywiście o program Obamacare, który miał być zastąpiony znacznie bardziej „rynkowym” projektem. Trump otrzymał jednak pierwszego poważnego klapsa, nie tylko od demokratów, ale również od republikanów, z których część uznała, że reformy Trumpa to jakieś dziecinne igraszki nie rozwiązujące problemu, mniej radykalne grono zaś uznało, że projekt administracji milirdera-prezydenta narazi na szwank dobro wielu konserwatywnych wyborców, szczególnie tych starszych wiekiem. W najbliższy czwartek Trump ma się spotkać z Xi Jinpingiem. Po piątkowej porażce słychać z Pekinu głosy, że nowy prezydent USA jest chyba papierowym tygrysem. Jak mówią: pomarańczowy już jest, teraz mu brak tylko czarnych pasków. Dotychczasowe sygnały prezydenta Trumpa dotyczące jego wizji współpracy z Chinami są delikatnie rzecz ujmując niejasne. W trakcie kampanii Chiny uczynił żelaznym wilkiem, który pożera amerykańskie dziewczynki. Teraz chyba nie do końca rozumie sytuację, w której się znalazł. Bo patrząc na mapę New Silk Road, Nowego Jedwabnego Szlaku widac jak na dłoni, że Chiny niekoniecznie dzisiaj traktują priorytetowo swoje relacje ze Stanami Zjednoczonymi.

Na mapie tej widać, że Nowy Jedwabny Szlak pełni rolę spinającą Azję z Europą. Im więcej będzie nitek torów, dróg, szlaków morskich, rurociągów, tym więcej szwów scalających dwa kontynenty sztucznie rozdzielone Uralem w jedną Eurazję. Jeśli zrobić krok wstecz, żeby ujrzeć całego słonia możemy zobaczyć, że oprócz Azji i Europy Chiny zainteresowane są podpięciem do Nowego Jedwabnego Szlaku Afryki. To oczywiste. My tu gadu-gadu, a od lat Chiny, dzięki pieniądzom sypanym do portfeli i przelewanym na konta afrykańskich przywódców, stanowią o politycznych decyzjach w większości afrykańskich państw. Tak jak i na Bliskim Wschodzie, czy w Europie, Chińczyków nie interesują ustroje poszczególnych państw, tylko to, kto faktycznie rządzi, komu trzeba zrobić dobrze, żeby interesy Chin w danym regionie były realizowane. Z korzyścią dla Chin, ale i z profitami dla danego partnera. Pax Sinica bazuje bowiem na zadowoleniu wszystkich stron. Handlować, zamiast wojować.

I tego chcą Chiny dzisiaj, reagując na waszyngtońskie izolacjonistyczne deklaracje gwałtowną obroną idei wolnego rynku, globalizacji, tych wartości, które do tej pory były przynależne Zachodowi, a nie państwu kierowanemu niepodzielnie przez partię komunistyczną. Wydaje się, że chcą tego również inne państwa Azji, Europy, Afryki, którym nie w głowie wojowanie. Bo i o co? Tymczasem wyczuwalny jest coraz większy niepokój w wielu miejscach świata. Źródłem tego niepokoju jest znów nieprzewidywalny Trump. Jego działania, mogą, nie muszą doprowadzić do sytuacji, kiedy poszczególne rządy, poszczególni przywódcy będą musieli dokonać oficjalnego wyboru, czy są „za Stanami”, czy „za Chinami”. Dla wielu państw może to być wybór dramatyczny, a wynik owego wyboru może być ogromnym szokiem dla USA.

 

A co z nami? No właśnie. Jeśli przyjrzycie się Państwo pierwszej mapie uważnie, z pewnością zauważycie, że proponowane tam rozwiązania przewidują, że cały ten projekt kontynentalny może się odbyć bez naszego udziału. Hmmm…. Europa nam nie po drodze, Chinami interesujemy się od wielkiego dzwonu. Czy ktoś tu ma jakikolwiek plan na przyszłość? Inny niż spakowanie tobołków i wyruszenie w świat? Nasi sąsiedzi mają urzędy w randze ministerstw zajmujące się budowaniem relacji gospodarczych (i nie tylko) z Chinami. A my wciąż uprawiamy jakieś gierki dla gawiedzi. Pax Sinica 3.0 nadejdzie bez względu na wynik tych gierek. Nadejdzie.

 

Leszek Ślazyk

Grafika z Xi Jinping: The Economist

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close