Polityka

Trump i Kim w Singapurze,

czyli pan spotyka pana

Miało być o czymś innym i miało być nieco dłużej. Ale będzie o tym, o czym niemal wszyscy i krócej. Krócej, bo wbrew pozorom o samym spotkaniu w Singapurze nie ma sensu gadać. Media się emocjonują, będą specjalne programy, relacjonujące każdą sekundę, każde mrugnięcie oka, każdy drobny gest i beknięcie drobne. I to jest cała natura tego "historycznego wydarzenia". SHOW! Spotyka się oto dwóch groteskowych i zarazem strasznych facetów, z których jeden jest zwykłym zbrodniarzem (jeśli zbrodniarz może być zwykły), dyktatorem, drugi zaś arogantem z rozdętym do granic możliwości ego, efektem ubocznym marniejącej na naszych oczach demokracji. Łączy ich jedno: potrzeba jakiegokolwiek sukcesu, który da się skonsumować u siebie w domu. Kim potrzebuje wiary swoich Koreańczyków Północnych, że jest przywódcą światowego formatu, a jako taki będzie w stanie zapewnić im bezpieczeństwo kiedy Korea zacznie zmieniać się na wzór chiński. Trump zaś chce udowodnić swoim poławiaczom forfiterów, że to nie jest prawda, że on o polityce, a zwłaszcza zagranicznej bladego pojęcia nie ma. Będzie dowód: od zawieszenia broni na Półwyspie Koreańskim żadnemu z prezydentów amerykańskich nie było dane spotkać się z którymś z Kimów. A tu proszę: Trump pogroził piąchą "Litlle Rocket Man'owi" i już spotkanie jest! Można? Można!

Media światowe tracą oddech z emocji, tracąc jednocześnie z pola widzenia rzecz najważniejszą: spotkanie w Singapurze, poza show medialnym nie przyniesie żadnych konkretów. Kim się nie pozbędzie broni jądrowej, bo to jedyna gwarancja jego bezpieczeństwa. Kim nie zjednoczy się z Południem, bo go zaraz postawią przed jakimś trybunałem i wsadzą. Albo gorzej. Kim chce, żeby mu świat trochę odpuścił, żeby się dało coś tam zjeść, coś wypić, trochę jeszcze tych bitcoinów nakopać, no i zrobić Szanghaj w Pyongyangu, no bo czemu nie? Tyle, że nie za wszelką cenę. On w końcu ma gdzie mieszkać i co jeść, się nie musi specjalnie jakoś napinać. To jedna strona medalu. A druga? No wystarczy przyjrzeć się temu, co obaj "wielcy przywódcy" robili przez ostatni rok. Obaj łżą bardziej niż sprzedawcy używanych samochodów, są światowym wzorcem niestałości, obaj potrafią wycofać się z porozumień zaraz po zakończeniu negocjacji. Co tacy "liderzy" mogą "postanowić" w Singapurze, i jaką to "coś" będzie miało realna wartość?

Obaj odniosą sukces. Kim wróci do siebie jako lider światowego formatu, Trump będzie się obnosić z sukcesem, aż do chwili kiedy mu się odechce. Albo go Kim podkurzy jak ten laluś Trudeau.

Trump to dla Pekinu dar niebios. Wspominałem już o tym, prawda? Jutro rano (ok. 8.30) będę o tym mówił w TVN Biznes i Świat. 

P.S. Załączony rysunek z politicalcartoons.com idealnie obrazuje jakość spotkania, jak i jego głównych uczestników. Nic dodać, nic ująć.

 

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close