Polityka

Xi Jinping, Brexit, Chiny, Polska

 

Cisną mi się z głowy na klawiaturę cztery obserwacje. Po pierwsze jako coraz intensywniej zinformatyzowane społeczeństwo stajemy się coraz bardziej podobni organizmom o ultrakrótkim żywocie. Jak jętki na przykład. Małe bieżące wydarzenia przesłaniają nam kompletnie ważne i zasadnicze kwestie. Nie widzimy świata w perspektywie dłuższej niż 24 godziny. Od newsa do newsa. Taki Brexit zniknął w świetle wygranej ze Szwajcarią. Że nie wspomnę o zniknięciu ze zbiorowej świadomości poniedziałkowej (zaledwie) wizyty prezydenta Chin Xi Jinpinga. Tymczasem z tegoż Brexitu, jak i wizyty Xi w Polsce wynikają bardzo ważne wnioski, dotyczące samej Polski, stosunków polsko-chińskich, jak i Chin samych. Wnioski istotne dla nas wszystkich.

Druga obserwacja: nie tylko polska klasa polityczna składa się w głównej swej części z nieodpowiedzialnych jednostek o nikłych kompetencjach, którym powierza się moc decydowania o losach całych narodów. To nie jest budujące, czy pocieszające. Wolałbym, żebyśmy się na tym tle wyróżniali. Ale czasy takie, że wszelakiej maści Farage, Trumpy, czy Kaczyńscy potrafią sprzedać masom tzw. „bałach”, a masy ze swej natury pozbawione refleksji, kierujące się wyłącznie emocjami, kupują te wszystkie banialuki, wizje opresyjnego zniewolenia i sny o potędze, powrocie do przeszłości. I głosując zgadzają sie z tym co mówią Farage, Trumpy, czy Kaczyńscy, chociaż ich samych jakoś nie lubią, jakoś im nie ufają.

Wniosek trzeci. Jako pesymista zakładam, że w Europie zwycięży opcja „pokojowego rozwodu” z Wielką Brytanią. Gdyby to zależało ode mnie sprawiłbym co w mojej mocy, żeby w najbliższych 12 miesiącach Brytyjczycy sami zażądali ponownego referendum w sprawie swojego członkostwa w Unii Europejskiej. Na przykład przenosząc operacje finansowe całej Unii z Londynu do innego ośrodka/ośrodków, wracając do ceł na towary brytyjskie, zawieszając ruch bezwizowy, itd., itp., do czasu podpisania nowych umów, które Brytyjczycy zmuszeni byliby na nowo negocjować. Ale zdaję sobie sprawę, że w Europie nie prowadzi się twardej polityki, tylko taką udającą etyczną, dlatego też popapraną i budzącą tak wiele złych emocji. „Pokojowy rozwód” z Wielką Brytanią napełni wiatrem żagle różnych zwolenników „obrony straconej suwerenności” typu Marine Le Pen, czy Geert Wilders, wszyscy zobaczą, że wyjście z Unii nie boli. Unia rozpadnie się na atomy. Nie od razu. To będzie proces, w trakcie którego pewnie powstaną zupełnie nowe byty, jak zjednoczone Irlandie, niepodległa Szkocja, Katalonia, Flandria, itp. Bogaci będą chcieli pozbyć się biednych, zależni będą chcieli zrzucić zależność. Wszystko w ramach pozostania, lub oderwania się od kurczącej się Unii. W takim scenariuszu zostaniemy jako Polska sami. Dzisiaj już chyba nikt normalny nie wierzy w ideę Międzymorza pod polskim przywództwem. Na Niemców ponoć jesteśmy obrażeni. Z Rosją nam nie po drodze (tylko dlaczego nowy szef Orlenu pielgrzymuje do Rosji?). Czesi i Słowacy będą się zajmować swoimi problemami. Pozostanie nam budowanie fantastycznie niewiarygodnych sojuszy rodem z dwudziestolecia międzywojennego. W takim scenariuszu zostaniemy sami politycznie, ale przede wszystkim ekonomicznie. Skazani na zupełnie wolną konkurencję, nie jako członek dużego organizmu polityczno-ekonomicznego jakim jest ta zła Unia, tylko samotne państwo zmuszone do radzenia sobie w ramach własnego budżetu. Bez dotacji z zewnątrz.

Może się mylę. Może Niemcy i Francja przycisną Wielką Brytanię. Inni członkowie Unii się zmitygują i przestaną myśleć o wyjściu z układu, a zaczną poważnie pracować nad jego reformą, udoskonaleniem. Bez względu na to jednak jak się sprawy potoczą jedno jest pewne: nie mamy co liczyć na zastrzyki finansowe z Unii po 2020 roku, kiedy to skończy się obecna „perspektywa” 2016-2020. W przypadku twardych rozgrywek Bruksela – Londyn Wielka Brytania zaprzestanie już niebawem wnoszenia swoich składek do unijnego budżetu. Wtedy też trzeba będzie natychmiast korygować budżet i wiele z jego pozycji zostanie zwyczajnie skreślonych. Jaki to ma związek z Chinami? – zapytacie Państwo. A otóż taki, o którym na beta.chiny24.com pisałem wielokrotnie. W dzisiejszym świecie jedynym poważnym źródłem potencjalnych inwestycji, jedynym gdzie póki co występują spore zasoby gotówki, są właśnie Chiny. I gdyby nasi politycy byli zdolni do budowania strategii długookresowych, gdyby nie byli wcześniej wspomnianymi pozbawionymi kompetencji nieodpowiedzialnymi jętkami-jednodobówkami, mielibyśmy od lat z Chinami dobre relacje. Takie jak na przykład Niemcy. Mielibyśmy alternatywę, drugą nogę. Dzisiaj, po Brexicie, ku Pekinowi zaczną płynąć intensywne sygnały z wielu stolic europejskich. W tym również z Londynu. Ale to Chiny zadecydują z kim im bardziej po drodze, z kim mniej.

Dawno, dawno temu, czyli na początku mijającego tygodnia Polskę odwiedził prezydent ChRL Xi Jinping. Pierwszy raz. Odwiedził Polskę po wcześniejszej wizycie w Czechach (w marcu), a bezpośrednio po wizycie w Serbii i tuż przed wizytą w Uzbekistanie. Powróciwszy do Pekinu miał więc jakiś materiał porównawczy, a także bazę do przemyśleń. Co istotne, prezydent ChRL ma przemożny wpływ na decyzje politycznych gremiów w Państwie Środka. Jego subiektywne wrażenia osiągają zatem bezpośrednie przełożenie na działania władz chińskich, zarówno w polityce wewnętrznej, jak i tej zagranicznej. Jak Xi widzi, tak Chiny piszą, że sparafrazuję. Lekcję tą odrobili Czesi, Serbowie i Uzbekowie. Witano tam Xi z pompą (krytykowaną szczególnie przez lokalne opozycje), zapełniano parze prezydenckiej każdą chwilę spędzaną w tych państwach. A u nas… Prezydent Xi z małżonką przylecieli do Warszawy popołudniu w niedzielę. Na lotnisku witał ich minister Waszczykowski. Nie prezydent Duda, czy premier Szydło, czy prezes Polski. Potem, bez robienia nadmiernego szumu odwieziono parę prezydencką do hotelu, żeby sobie odpoczęli. Bo część oficjalna wizyty miała mieć miejsce w poniedziałek. Gdyby to ode mnie zależało, to starałbym się gości na tak krótko wpadających z odwiedzinami podejmować na maksa. Chociażby uroczystą, choć nieoficjalną kolacją w niedzielę. Z polskimi daniami, a do tego z występami polskich muzyków, takimi jak Rafał Blechacz na przykład. Oficjalna część wizyty: rozmowy z prezydentem bez udziału premiera, czy prezesa Polski. Forum gospodarcze z około 200 gośćmi (w Czechach i Serbii były to spotkania z grupami ponad tysiąca uczestników). „Symboliczne” otwarcie połączenia kolejowego. Podpisanie 11 dokumentów, z których większość stanowi listy intencyjne. Jeden konkret w postaci zielonego światła dla polskich jabłek. I do widzenia. Bo już we wtorek znowu część nieoficjalna, więć zeby tylko gościa z małżonką zapakować do samolotu i niech leci. Kameralnie, bez nadmiernego rozgłosu, po co to komu.

Nie będę się tu już dalej rozpisywał, bo kto chce może sobie sam sprawdzić jak wizyta Xi przebiegała w Serbii i w Uzbekistanie, i skąd prezydent ChRL przywiózł do domu cieplejsze wrażenia swoje własne oraz swej małżonki.

Reasumując: sytuacja w Europie spowoduje wzmożenie zainteresowania chińskim potencjałem w całej Europie. U nas pewnie dopiero dzisiaj w niektórych politycznych głowach dojrzewa myśl, że należy zapukać energiczniej do pekińskich drzwi. Tylko, że dziś to my jesteśmy w odległym ogonie petentów, a przed nami znajdują się ci, którzy wcześniej zakładali różne scenariusze rozwoju sytuacji, którzy budowali strategie długookresowe, nie bazowali na działaniach skupionych wokół bieżących sensacyjek.

I wniosek ostatni, czwarty. Podstawą konstrukcji (a)logicznej, którą przedstawiał Nigel Farage swoim rodakom namawiając ich do wyjścia spod „okupacji” Unii Europejskiej, było założenie, że Wielka Brytania sama w sobie jest potęgą. Tak wielką, że da sobie lepiej radę sama niż z kulą europejską u nogi. Okazało się, że nie tylko polscy pseudo-mężowie stanu patrzą na świat z punktu widzenia żaby w stawie. Co mnie nie buduje. W tym przypadku również chciałbym, abyśmy się od Brytyjczyków diametralnie różnili. Oprócz wielu bzdur i wyssanych z palca argumentów Nigel Farage dowodził, iż Wielka Brytania będzie miała o wiele więcej do ugrania z innymi państwami samodzielnie, niż spętana unijnymi regulacjami. I tu znów pojawiają się Chiny. Otóż w październiku zeszłego roku prezydent Xi Jinping złożył oficjalną wizytę w Wielkiej Brytanii. Tam złamał żelazną regułę chińskiej dyplomacji i zasugerował, że wierzy, iż Brytyjczycy pozostaną w Europie. Dlaczego? Ponieważ Chiny uznały Wielką Brytanię za odpowiedniego partnera biznesowego, nie samego w sobie, a na tle Unii Europejskiej. Dlatego, ze Londyn stanowi świetną lokalizację dla europejskich central chińskich firm (chociażby przez wzgląd na infrastrukturę instytucji finansowych) z możliwością dostępu do 500 milionów konsumentów, obywateli Unii Europejskiej. Sama Wielka Brytania ze swoimi 60 milionami mieszkańców z oczywistych względów nie jest już tak interesująca. Xi Jinping, jak i dyplomaci chińscy zakładali podówczas, że Cameron jest absolutnie pewien swojego zwycięstwa i wyłącznie dlatego wyskakuje z propozycją referendum. W Chinach przecież również przeprowadza się wybory, ale wyłącznie wtedy kiedy ich rezultat jest znany z góry.

Prezydent Xi Jinping śmieje się z brytyjskiego strzału w stopę. Według Michała Bogusza słowo Brexit kojarzy się z chińskim 搬起石头砸自己的脚 (Bān qǐ shítou zá zìjǐ de jiǎo) co oznacza dosłownie: podnieść kamień [i] zmiażdżyć sobie [nim] stopę (po naszemu: strzelić sobie w stopę). Znamienne, nieprawdaż?

 

Rezultat referendum zaskoczył Chińczyków, zarówno tych u sterów, jak i tych zaangażowanych w różnego rodzaju interesy w i z Wielką Brytanią. Dzień po tym jak zwolennicy Brexitu radowali się niezmiernie z wygranej, Pekin nieoficjalnie oznajmił, że zajmie to około 10 lat, aby wypracować nowe umowy z nową Wielką Brytanią, oderwaną od najbardziej Chiny interesującą Unią Europejską. Chiny w ten sposób wykonały pierwszy ruch na szachownicy. Dumna Brytania zapewne szybko spuści z tonu, kiedy okaże się, że jej wielkość nie posiada wieczystej gwarancji producenta. Braki w kasie nakłonią brytyjskich polityków do różnych ustępstw, a szybko rosnące niezadowolenie niedoinformowanych przed Brexitem wyborców wywoła wśród tych samych polityków desperację. Pekin to już wie i sprytnie sygnalizuje to w pierwszym ruchu wobec jeszcze niewybranego rządu Wielkiej Brytanii.

No cóż. Jak wspomniałem jestem politycznym pesymistą. Dlatego też nie zakładam, że komukolwiek z szeregów obecnie miłościwie nam panujących podobne wnioski przychodzą do głowy. Ani w części, ani tym bardziej w całości. Trzeba by oderwać się od codziennych naparzanek w telewizjach informacyjnych, od klepania sformułowanych przez szefostwo „przekazów dnia”, a poświęcić więcej niż chwilę na rozpoznanie aktualnej sytuacji, zrozumienie zależności pomiędzy różnymi procesami zachodzącymi współcześnie na świecie, czy zagłębienie się w specyfikę działania takich państw jak Chiny w określonych okolicznościach. Na to miłościwie nam panujący nie mają czasu. Dzisiaj tego nie zauważamy. Uświadomimy sobie boleśnie ten stan rzeczy po 2020 roku. Tak jak Brytyjczycy po Brexicie. Czyli troszeczkę za późno.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close