Polityka

Xi i Trumpinio

 

 

Dałem sobie kilka dni, żeby ustosunkować się do spotkania Xi Jinpinga i Donalda Trumpa na Florydzie. I dobrze. Pierwsze wrażenia zostały bowiem ugruntowane i zamienione w pewność przez nieco późniejsze darzenia. A oprócz owej pewności bogatszy jestem o filozoficzną refleksję którą oczywiście zamierzam się podzielić.

Minął ledwie tydzień do spotkania Trumpa i Xi w Mar-o-Lago, a kwestia relacji chińsko-amerykańskich w kontekście nowego prezydenta USA i jego opinii oraz deklaracji wygłaszanych podczas kampanii wyborczej ma zupełnie inny, absolutnie niespodziewany kształt. Spodziewano się jakiegoś faux pas ze strony celebryty-miliardera odgrywającego rolę przywódcy USA (i zachodniego świata), przewidywano prawdopodobny początek starcia olbrzymów, sam Trump zapowiadał, że będzie to spotkanie trudne, ale on twardo postawi swoje warunki.

Nie wiem kim są przeciętni zwolennicy Donalda Trumpa z okresu wyborów. Części z nich nie dziwię się. Hillary Clinton zawiera w sobie tyle trudnej do sprecyzowania negatywnej aury, że można irracjonalnie zadziałać niejako jej na złość, żeby „utrzeć babie nosa”. Jednak nie ma wątpliwości, że ogromna rzesza głosujących na Trumpa zwyczajnie wierzyła w jego wolę i moc dokonania „zmian”. Celowo wstawiam to pojęcie w nawias. Bo nie chodzi w nim o to, żeby podać precyzyjnie co zmieniamy, jak i dlaczego, ale wyłącznie o to, żeby było inaczej. Żeby oderwać – to hasło również jest popularne w Polsce z bardzo podobnych powodów – estabilishment od koryta, antysystemowo zburzyć system. Nie ma czasu i miejsca, aby analizować alogiczność tych roszczeń, wynikają bowiem z ignorancji, naiwności, głupoty, wszystkich razem, lub każdej z osobna. Istotne dla mnie jest to co dzisiaj owi wierni wyborcy Trumpa o nim myślą dzisiaj.

Jednym z refrenów wyborczych wystąpień Trumpa, czy to na wiecach, czy to w mediach, była śpiewka o złych Chinach, których angielską nazwę wymawiał charakterystycznie, a które według niego były główną przyczyną wszelkich problemów gospodarczych Ameryki. Żeby uczynić Amerykę „great again”, przede wszystkim według Trumpa należało Chnom pogonić kota. No i właśnie taka postawa Trumpa wobec Chin budziła ogromny niepokój zaplecza Xi Jinpinga przed spotkaniem w Mar-o-Lago.

A tymczasem…. No cóż. Kiedyś Trump opowiadał, że na miejscu Obamy w ogóle by się z Xi Jinpingiem nie certolił, i zamiast przyjmować go kolacją zwyczajnie poczęstował go Big Macami z McDonald’sa, bo nie ma tu (w relacjach USA-ChRL) miejsca na zabawę, tylko trzeba wziąć się do roboty i ukrócić chińskie manipulacje związane z obniżaniem wartości juana. W rzeczywistości postarano się, aby w prywatnej rezydencji Trumpa mucha nie siadała. Menu skromne, ale spełniające wszystkie ewentualne gusta gości, winka lokalne, w sensie amerykańskie, w cenie nie przekaczającej 30 dolarów za butelkę. Jednak gwoździem programu okazały się występy wnucząt Trumpa, dzieci Iwanki, Joseph (3) i Arabella (5), zaśpiewały chińskim gościom piosenkę „Kwiat Jaśminu”, wyrecytowały konfucjański tekst „san zi jing”, który poznawały chińskie dzieci na początku swej edukacji, Arabella samodzielnie wyrecytowała dwa klasyczne poematy z okresu dynastii Tang (618-907 n.e.) autorstwa Li Bai for Xi oraz Penga. Po chińsku. Biorąc pod uwagę wiek dzieci trudno zakładać, że przygotowania do tego występu trwały dobę, czy dwie. Trump chyba nie przyznawał się wcześniej do tego, że jego wnuczęta uczą się języka chińskiego. A skoro się uczą, to chyba Chiny dla rodziny Trumpów mają wyjątkowe znaczenie. Skoro tak, to jak to ma się do w kółko powtarzanej mantry o konieczności pokazania Pekinowi kto tu rządzi? Jak to się ma do przedwyborczych oświadczeń typu: „Chiny nas wyruchały (dosł. „China raped us”), traktują nas jak świnkę skarbonkę, którą można okradać, manipulują swoją walutą, żeby uczynić swój eksport konkurencyjnym, kradną nasze miejsca pracy”, i tak dalej, i tym podobne?

Oczywiście na zakończenie pierwszego wieczoru wizyty pojawił się dramatyczny akcent. Jak to barwnie określił Trump, w trakcie kiedy goście spożywali ciasto czekoladowe przekazał osobiście prezydentowi Chin informację, że na Syrię spadły amerykańskie rakiety w odwecie za użycie przez wojska Asada broni chemicznej.

Trudno powiedzieć czego właściwie spodziewał się sam Trump i jego bezpośrednie otoczenie po takiej sekwencji sygnałów bardzo różnych, wręcz sprzecznych. Pewnie historia z Syrią miała pokazać, że Trump nie zawaha się ostrzelać krnąbrnej Korei Północnej, która miała być na tapecie spotkania w Mar-o-Lago. Ale kto wpadł na pomysł porównywania Syrii z Koreą Kimów? Cały ambaras z tym państwem polega na fakcie posiadania przez najbardziej komunistycznych komunistów świata broni atomowej, której Syria nie ma, którą na żaden atak odpowiedzieć nie może. A Korea Północna ma, może i zapewne nawet chwili się nie zawaha, bo wahanie zdaje się nie leżeć w naturze Kim Dzong Una rozstrzeliwującego tych, którzy mu podpadli z lotniczych działek rozbijających ciała owych krnąbrnych na atomy. Generalnie rzecz ujmując ruch ze strony Trumpa mógł przypominać akcję, kiedy to na boisko futbolowe wszedłby niejaki Federer, wbił rakietą piłkę tenisową do bramki i zakładał, że chociaż któryś z sędziów liniowych uzna to za gola.

Po dwóch dniach, zgodnie z planem, Xi poleciał do domu. Po drodze zatrzymał się na tankowanko na Alasce. Społeczeństwo alaskańskie było wniebowzięte, po Xi i małżonka okazali się niemal tak kontaktowi jak Obamowie. A tymczasem Trump zaczął opowiadać o tym, że stanowiska USA i Chin uległy zbliżeniu. Kilka dni później zaś wprost oświadczył, że nie zamierza oskarżać Chin o manipulowanie kursem juana, bo to przeszłość, a wiadomo, że co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. W związku z tym Chiny Ludowe nie zostaną wpisane na czarna listę Departamentu Skarbu obejmującą wszystkie kraje manipulujące wartością swoich walut. Sam z właściwą sobie zręcznością dodał, że przecież dolar amerykański sam w sobie jest przewartościowany.

No i czas wrócić do wyborców Trumpa. Kim on on dla nich teraz jest? Dla Chińczyków jednak papierowym tygrysem. Się chłop nagadał, nawymachiwał pięścią, a jak przyszło co do czego, to spuścił z tonu. Czy wspomniani wyborcy czują się już oszukani? Bo jeśli tak, to nie jest z nimi tak źle. Ale jeśli nie, a tego się obawiam, to znaczy, że ludzkość jednak tępa jest. Czy w Stanach, czy w Wielkiej Brytanii, czy w Polsce naszej. Pekin nie musiał się nadmiernie wysilać, żeby pokazać kto w Mar-o-Lago był górą. I nie trzeba do tego było dorabiać żadnej legendy. Sądzę, że Chińczycy nabrali jeszcze większego dystansu do Trumpa. Wszystko co robi jest pozbawione refleksji, jednocześnie absolutnie niejasne, niekonsekwentne. On jest jednak biznesmenem, którego sukces uzależniony był i jest od siły posiadanych pieniędzy, tych kart w ręku, o których mówił kiedyś, a nie strategiem budującym swój biznes poprzez ostrożne, głęboko przeanalizowane posunięcia. W relacjach z Chińczykami tak działając zawsze będzie na przegranej pozycji. A to jest w tym szczególnym przypadku bardzo niebezpieczne. W końcu kiedyś to sobie uzmysłowi, urażony może chcieć się odegrać w swoim stylu. Na przykład kierując amerykańskie rakiety na Koreę Północną.

Dzisiaj nikt rozsądny nie założy się o to, że się tak nie stanie. Pekin w tej sytuacji znów zyskuje jako światowe centrum przewidywalności. To ci dopiero!

Leszek Ślazyk

Źródło: CNN, SCMP, USA Today, The Wall Street Journal

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Close