Polska

Chiny z perspektywy Gdyni

Dzisiaj (niedziela 11 października) z portu gdyńskiego odpłyną 3 okręty marynarki wojennej Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, które przypłynęły do Gdyni z kurtuazyjną wizytą w minioną środę. Chińskie okręty zacumowały przy Nabrzeżu Francuskim, tuż koło Dworca Morskiego,a ich pokłady zostały udostępnione odwiedzającym z Polski i nie tylko. Oczywiście skorzystałem z chińskiego zaproszenia, a samo wydarzenie stało się przyczynkiem do wielu przemyśleń, którymi postanowiłem się dzisiaj podzielić.

Urodziłem się w Gdyni, mieszkam tu deklaratywnie (bo bywało, że więcej czasu spędzałem w Chinach niż w miejscu urodzenia), a pewnie, jeśli się nic dramatycznego nie wydarzy, tutaj też dokonam żywota. Inaczej rzecz ujmując: związany jestem z miejscem jak cholera. Tym bardziej, tym mocniej zareagowałem na wizytę okrętów chińskich w „moim” porcie, niż pewnie doskonała większość moich rodaków. Odwiedzenie tych chińskich okrętów potraktowałem jako niemal obowiązek. Przyjemny, szczególnie dla mojego młodszego syna zafascynowanego techniką wojskową.

Nauczono mnie, ze zaproszonych gości traktuje się ze szczególną atencją. Gość w dom, Bóg w dom, i takie tam. Że się gości nie przyjmuje w kapciach, a im samym nie nakazuje zdejmować butów i wzuwać laczków. Że do oficjalnej wizyty przygotowuje się i sprzątaniem kątów i uginającym się stołem. Bo tak robili nasi antenaci, nawet ci z linii niemieckich, tatarskich, ukraińskich. Aby odwiedzić chińskie okręty musieliśmy z Frankiem pokonać trasę z centrum Gdyni przez jej postindustrialne zaplecze okolic stoczni remontowej i otoczenie ulicy Węglowej, której nazwa nie jest przypadkowa. Na jej końcu znajdowała się (i znajduje) ta część portu gdyńskiego, w której przeładowywano węgiel. Dzisiaj oprócz węgla składuje się tam i przeładowuje złom. Aby dotrzeć do chińskich okrętów, musieliśmy my, jak i odwiedzający z Trójmiasta oraz wielu zaskakująco odległych rejonów Polski, ale również niewiarygodnie liczni członkowie chińskiej diaspory w Polsce, minąć te wszystkie „atrakcje” prowadzące do wspomnianego Nabrzeża Francuskiego.

I Dworca Morskiego, odnowionego za ciężką, unijną i gdyńską kasę, a otoczonego hałdami węgla i złomu. Tymi samymi zakamarkami – w jedną i drugą stronę – musieli przemieszczać się goście z Chin, zainteresowani zakupami, albo odwiedzinami w którejś gdyńskiej restauracji. To w mieście portowymtaka norma: ludzie przypływający statkami do miejscowego portu zazwyczaj schodza z tych statków i bardzo chętnie piechotą (bo pływanie statkiem po morzu nie sprzyja spacerom) udają się na rekonesans. Tak zawsze było, jest i prawdopodobnie będzie, dopóki na statkach pracować będą ludzie, a nie wyłącznie roboty. Czemu więc goście z Chin nie mogli zacumować w Basenie Prezydenta, w miejscu będącym „salonem” basenów portowych w Gdyni? Zgodnie z informacjami Urzędu Morskiego technicznych przeszkód nie było. Być może determinantą cumowania stało się nowo otwarte Muzeum Emigracji cierpiące na umiarkowane zainteresowanie publiczności, stanowiące nieprzyjemny kontrast z nakładami na jego uruchomienie.. Tylko czy to Muzeum Emigracji było podmiotem całego wydarzenia? Ja wiem, że mam skrzywione spojrzenie na rzeczywistość, że nie kumam bazy. Ale wydawało mi się, że skoro Chińczycy przypłynęli do nas z Chin, nawet przy okazji innych zadań, to powinni zostać podjęci „czym chata bogata”. Choćby ze względu na to, że każdy z członków załóg tych 3 chińskich okrętów poniesie do siebie do domu wspomnienie o naszym kraju, o Polsce. Porównywane ze wspomnieniami z wcześniej odwiedzanych krajów takich jak Sudan, Egipt, Dania, Finlandia, czy Szwecja. Czepiam się, chociaż nie ma to większego sensu. Po prezydencie mojego miasta trudno spodziewać się takiej szerokiej perspektywy, takiego spojrzenia, skoro zdolności takiej nie posiedli nasi „reprezentanci” z Wiejskiej. Łatwiej nam w Gdyni przychodzi wydać 150 milionów na lotnisko polożone w odległości 20 kilku kilometrów od rozbudowywanego lotniska w Gdańsku, niż na spowodowanie, aby zarówno incydentalnie odwiedzające nas okręty zagranicznych marynarek wojennych, jak również regularnie zawijające do Gdyni wielkie jednostki pasażerskie, z tysiącami pasażerów na pokładzie, wpływały niemal do centrum miasta. Po cholerę? A po to, aby schodząc na ląd mogli zostawić swoje pieniądze w naszym mieście, a nie jak ma to miejsce obecnie czekać na kolumny autokarów, które wiozą ich precz od hałd węgla i złomu ba gdańską starówkę, albo do malborskiego zamku.

Anyway. Dotarliśmy z Frankiem do Nabrzeża Francuskiego. Przystąpiliśmy do robienia zdjęć,

a potem, tak jak i inni przybyli postanowiliśmy wejść na pokłady chińskich okrętów. Na „bramce” zaskoczyła mnie prostota działania Chińczyków. Zwykli marynarze, nie znający języków innych poza chińskim, byli w stanie wyjaśnić paniom nieznającym innych języków poza polskim, że należy otworzyć torebki i pokazać, że nie ma w ich przepastnych wnętrzach klamki, ani granatów. Panie ujawniały wnętrza torebek bez zbędnych komentarzy i wywracania oczami.

Na pokład niszczyciela rakietowego "Jinan" weszliśmy niemal z marszu. Żeby dostać się na fregatę rakietową "Yiyang" oraz okręt zaopatrzeniowy "Qiandaohu" trzeba było poczekać chwilę w sporej kolejce. Po lewej chińskie okręty,

po prawej pole po węglu i dziura za blaszanym płotem.

Na „Qiandaohu”, w otoczeniu niewielkiej świty, pojawił się kanclerz z Żyrardowa, który postanowił ze znanych wyłącznie sobie powodów kandydować do Sejmu jako reprezentant naszego miasta. W tym kontekście, jak i w związku z przechadzaniem się po chińskim okręcie przyszła mi do głowy marynarska dykteryjka o gównie, które przylepiwszy się do dna statku krzyczało ochoczo „no to płyniemy!”.

Okręty chińskie, które przypłynęły do Gdyni nie są jakimiś super nowoczesnymi jednostkami. Ale z pewnością robiły wrażenie, szczególnie w porównaniu z polskimi jednostkami cumującymi po przeciwnej stronie basenu portowego. Oczywiście Bałtyk to nie Ocean Spokojny, który jest głównym obszarem działania chińskiej marynarki. Jednak przykro mieć świadomość, że nasza Marynarka Wojenna nie pojawi się z rewizytą w którymś z chińskich portów, a już szczególnie w sile 3 jednostek. Złośliwi twierdzą, że wtedy już by u nas nic nie zostało, a przecież z takiego rejsu trzeba jeszcze wrócić….

Pomimo możliwości wejścia na okręty i przejścia od ich ruf po dzioby nikt z odwiedzających nie mógł zobaczyć niczego więcej niż zobaczyć można na zdjęciach wykonywanych przez samoloty i satelity szpiegowskie. Widzieliśmy do bólu czyste pokłady, korytarze i ściany okrętowych przestrzeni wspólnych. Wszędzie spotykaliśmy też chińskich marynarzy i żołnierzy jednostek specjalnych, z których każdy, nieraz pomimo groźnego wyglądu wzmocnionego trzymanym w rękach pistoletem maszynowym, okazywał się osobnikiem niezwykle uprzejmym. Takie dobrze wychowane chłopaki, jakby powiedziała moja babcia, gotowe w każdej chwili pomóc komuś wejść lub zejść z blaszanego, dość śliskiego trapu. Podoficerowie wciąż i bez końca odpowiadali na te same pytania. Marynarze nienachalnie i bardzo sprawnie „kierowali ruchem” uśmiechając się przez cały czas niewymuszenie. Wszyscy mundurowi z anielską cierpliwością godzili się na występowanie w roli misia z Krupówek. Zazwyczaj po wysłuchaniu zaczepki w lokalnym narzeczu, brzmiącej mniej więcej: "sory, ju, aj foto?, jes? okej?", skwitowanej wyrozumiałym uśmiechem i odpowiedzią: "yes, sure, no problem". Ogólne wrażenie jak się patrzy.

Chińczycy postawione przed nimi zadanie wykonali. A my? Nie wiem. Mniejsza o ten węgiel i złom. Bardziej boli świadomość, że z tej wizyty chińskich okrętów nic nie wyniknie. Nie będzie zauważonej w Chinach, dobrze o nas świadczącej, zapadającej w pamięci zwykłych obywateli Państwa Środka odpowiedzi. Tak jak po wizycie premiera Chin Wen Jiabao w 2013 roku. Ot, kilka dni delikatnego podniecenia Chinami, a potem powrót do spraw z naszego lokalnego podwórka, spraw w dłuższej perspektywie, w większej skali, bez większego znaczenia. Z obarczonej znudzeniem obserwacji szranków obozu "polska w ruinie" z obozem "jest zajebiście" i pohukiwań obozów mniejszych, wynika, że w najbliżsym czasie nic sie w tej kwestii nie zmieni.

Leszek Ślazyk vel Pablo Maruda

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

4 thoughts on “Chiny z perspektywy Gdyni”

  1. Lechu,

    jestem bezradny wobec Twojego komentarza. Tyle racji nie jestem w stanie znieść !!!

    Wołać : "NA KOŃ !!!", tylko tyle przychodzi mi do głowy.

    Zybee

     

  2. koniem na piętro z gabinetem prezydenta nie wjedziesz :) ale na koń w sensie ogólnym jak najbardziej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close