Społeczeństwo

„Awans” po chińsku

czyli z chińskich Taplar do miasta, ale z powrotem?

W czasach odległych, w czasach „ojczyzny ludowej” jednym z moich ulubionych polskich pisarzy współczesnych był Edward Redliński. W bardzo zwartych, groteskowych formach opisywał starcie „nowego” ze „starym” w Polsce powojennej. To co mnie w jego „Konopielce”, czy „Awansie” frapowało, to poziom zacofania polskiej głębokiej prowincji, polskiej wsi. Wtedy, za późnego PRL-u, temat zapóźnienia polskiej wsi pojawiał się niemal wyłącznie w literaturze i filmie, i to zazwyczaj w formie groteskowej, jak u Redlińskiego. Dzisiaj wiem, że z tym problemem borykamy się nieustannie, do chwili obecnej. Polska wieś, dzięki garbowi historycznemu (pańszczyzna zniesiona dopiero po powstaniu styczniowym przez zaborcę rosyjskiego) pozostała mentalnie daleko z tyłu za współczesną Europą, nie odrobiła strat nawarstwiających się od końca wieku XVIII. Ma to ogromny wpływ na kształt współczesnej Polski, Wszak większość polskich „miastowych” to zaledwie drugie pokolenie żyjące w miastach. Dlatego polska polityka, polski biznes mają ten specyficzny koloryt „borynowy” (od Macieja Boryny z „Chłopów” Reymonta), który ma się dobrze, a może nawet coraz lepiej. Większość polskich „miastowych” to wnuki tych, którzy w realiach PRL dostali szansę, żeby wyrwać się z Taplar, z Wydmuchowa i spróbować nowego życia w mieście. A zasmakowawszy go nie mieć już ochoty szarpać się o przetrwanie na „ojcowiźnie”. "Awans"

 

No i tu czas na moją chińska obserwację wreszcie. Procesy społeczne, które miały miejsce w Polsce lat 60. i 70. XX wieku zachodzą w Chinach właśnie teraz. Przypadkiem miałem możliwość obserwowania losów młodej kobiety, znajomej naszej menadżer. Obie ukończyły w Shenzhen studia na kierunku „Business English & Business Communication”, obie podjęły po studiach pracę w firmach zajmujących się nowymi technologiami. Owa młoda kobieta, nazwijmy ją Zhou, nie jest Chinką Han. Urodziła się w prowincji Guizhou i należy do mniejszości etnicznej Miao. Miao żyją w trudno dostępnych, górzystych rejonach, niezwykle malowniczych, ale będących miejscem trudnym do życia. Miao, w sposób naturalny odizolowani od świata, wierni są swoim tradycjom, otoczenie powoduje, że ich codzienność niewiele zmieniła się przez ostatnie kilkaset lat. I tak to któregoś dnia Zhou z mniejszości etnicznej Miao otrzymała od swoich rodziców wiadomość, ze znaleźli oni dla niej godnego kandydata na męża, w związku z tym Zhou ma niezwłocznie przyjechać do rodzinnego domu, żeby potwierdzić wstępnie ustalone warunki, na których ufundowane zostanie małżeństwo, a także wyznaczyć datę ślubu. Zhou jako posłuszna córka przekazała pracodawcy informację, że musi jechać rodziców, że nie wie kiedy będzie mogła wrócić, że z pracy rezygnuje. Z dużym oporem, ale posłusznie spakowała co najistotniejsze i pojechała. Najpierw superszybkim pociągiem, potem pociągiem osobowym, a wreszcie busikiem, który przez ponad 6 godzin ze stacji kolejowej wiózł ją krętymi górskimi drogami do rodzinnej wsi. "Awans"

 

I tyle nasza menadżer o swojej koleżance słyszała. Minęły 3 miesiące. Któregoś dnia, zupełnie nieoczekiwanie Zhou wróciła do Shenzhen. Umorusana, pośmiardująca dymem z ogniska. Poinformowała swoich znajomych z miasta, że uciekła od rodziców, i że już do Guizhou nie wróci. W pierwszej chwili ta wiadomość mnie rozbawiła: dorosła kobieta, zupełnie samodzielna uciekła od rodziców. Zaraz później zrozumiałem, jak dramatyczną decyzję musiała podjąć Zhou. Zerwała, być może na zawsze, wszelkie więzy ze swoją rodziną, z ojcem, z matką, z rodzeństwem. Uciekła, bo nie chciała się pogodzić z decyzją rodziców, nie chciała wracać na wieś, może malowniczą, ale już obcą, nie chciała męża, którego na oczy nie widziała, z którym nic ją specjalnie nie łączyło. Nie chciała domu, który wybudował jej ojciec. Bo nie dość, że na wsi, to jeszcze zbudowany tradycyjnie, z paleniskiem na środku jedynej izby. Nie chciała myć się w krystalicznie czystej, ale lodowato zimnej wodzie. Nie chciała kłaść się spać i wstawać z kurami. Nie chciała chodzić do najbliższego sklepu 3 godziny pieszo. Chciała wielkiego miasta, gdzie żyje się może nerwowo, ale gdzie codziennie dzieje się coś nowego, gdzie spotyka się wielu ludzi, a przede wszystkim, gdzie życie potrafi podrzucić nieoczekiwany zwrot akcji, nową szansę. Po to właśnie kończyła studia „Business English & Business Communication”, które w rodzinnej wsi byłyby fantastycznie niepraktyczne, po to nauczyła się żyć w wielkim, bezwzględnym mieście, samodzielnie, licząc wyłącznie na własne siły. Chciała, uciekła, wróciła. Żeby zatrzeć za sobą ślady, odciąć ostatnie więzy, postanowiła przenieść się z Shenzhen do Szanghaju. Gdzieś tam w górskiej wsi w prowincji Guizhou pozostawiła rodziców, którzy z pewnością nie zrozumieli tej całej sytuacji. Z pewnością nie mogli pojąć, że komuś może podobać się życie w wielkim, dalekim, obcym mieście, podobać się bardziej, niż życie w określonym, spokojnym rytmie, w niezmiennym otoczeniu gór, lasów, nieba, w takt dni powszednich i hucznie celebrowanych świąt, wśród swoich, na swoim. Córka ich zraniła, uraziła głęboko, być może śmiertelnie. Być może skreślili ja na zawsze jako niewdzięczną, niegodna wysiłku związanego z wychowaniem i wyedukowaniem. "Awans"

 

Zdałem sobie sprawę, że takich historii w dzisiejszych Chinach rozgrywa się codziennie setki i tysiące. Młodzi ludzie, dzięki wsparciu rodziców jadą do dużych miast, uczą się, poznają inny świat. Potem rodzice, zgodnie z tradycyjnym modelem funkcjonowania chińskich rodzin przyzywają dzieci, zwłaszcza córki, na których spoczywa moralny obowiązek opiekowania się starzejącym się rodzicami, przyzywają dzieci do rodzinnego gniazda....i wszystko się sypie. Jeśli patrzysz z bliska na codzienność wielkich chińskich miast, uświadamiasz sobie jak ciężko musi się żyć na odległej chińskiej wsi. Codzienność wielkich chińskich miast nie ma w sobie niczego romantycznego. To borykanie się z wieloma problemami, to godzenie się z przegraną, z ogromem wyzwań i okoliczności zmuszających do pokory i cierpliwości, dzięki którym można (ale gwarancji nie ma) osiągnąć sukces. A mimo to młodzi ludzie (i ci już niemłodzi) wolą oczekiwać na uśmiech chińskiej Fortuny w mieście, niż wracać na wieś. "Awans"

 

Nie wiem co się stanie z Zhou. Czy na kolejne święta Chińskiego Nowego Roku pojedzie do Guizhou, czy nie? Czy zadzwoni do matki, do ojca do którejś z sióstr, do któregoś z braci? Czy to może oni spróbują skontaktować się z nią? Nie wiem. Dzisiaj Zhou jest zupełnie sama. I woli taką sytuację, niż powrót do miejsca swego urodzenia, swego dzieciństwa. Fascynujące zjawisko i podróż w czasie zarazem. Kto czytał „Awans” Redlińskiego (lub oglądał jej ekranizację w reżyserii Zaorskiego), ten pamięta, że koniec końców „nowi miastowi” zaczęli wracać na wieś. Bo wiejskość stała się doskonałym sposobem zarabiania pieniędzy. A nic tak nie kręci tych z biednych wiosek, jak i tych „nowych miastowych”, którzy z dziur zabitych dechami się wyrwali, jak strumień żywej gotówki, zwłaszcza taki, którego uruchomienie nie wymaga większego wysiłku, czy poświęcenia, poza udawaniem, że na wsi żyje się „wiejsko i sielsko”, że jest wspaniale jeść ciągle to samo, pić na umór, myć się w zatrważająco zimnej wodzie, spać w izbie, po której przez cała dobę snuje się dym z paleniska i świętować dubeltowo każde święto, każde wydarzenie. Jak na przykład wizyta kolejnej grupy turystów, dla których można zatańczyć, zagrać i zaśpiewać, zainscenizować rodzinną awanturę, namalować jakąś akwarelę (w istocie wydrukowaną na drukarce atramentowej), których można nakarmić lokalnymi specjałami, i którym w ramach tych wszystkich aktywności można porządnie wydrenować kieszenie. "Awans"

 

Póki co mody na wiejskość, na posiadanie daczy na wsi, czy agroturystykę szeroko rozumianą w Shenzhen nie zaobserwowałem. Ale wiadomo, że świat się zmienia. Zaś bardziej poważnie: w Chinach zachodzą procesy społeczne, jak to w Chinach, w ogromnej skali, które będą miały przemożny wpływ na przyszłość chińskiego społeczeństwa w perspektywie 20-30 lat. Konfrontacja starego porządku z nowoczesnością buduje międzypokoleniowe mury, kopie głębokie rowy między rodzicami i dziećmi. Jeśli nie uda się tych barier zlikwidować, rosła będzie liczba samotnych, starych ludzi, żyjących w odległych regionach Chin, gdzie trudno zorganizować jakąkolwiek formę opieki instytucjonalnej. Będzie również rosła liczba osób młodych, zdanych wyłącznie na siebie, pozbawionych kontaktu ze swoimi rodzinami, wbrew społecznej normie. Może się okazać, że to dla tych osób zbyt duże wyzwanie, zbyt duże psychiczne obciążenie. Chiny mają niekwestionowane osiągnięcia w zakresie rozwiązywania problemów natury ekonomicznej i politycznej. Problemy natury społecznej, socjologicznej wymagają jednak zupełnie innych doświadczeń, innych działań, innych narzędzi. I nie ma na nie jednej, systemowej recepty. Czasami sprawy muszą się po prostu ułożyć same. Bywa, że to bardzo boli. "Awans"

 

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “„Awans” po chińsku”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close