Społeczeństwo

Święta, święta i po…. A może raczej przed?

U nas już po Świętach. Teoretycznie, bo przecież w praktyce przeżywamy właśnie najdłuższy weekend nowoczesnej Europy. Kto pokombinował odpowiednio z urlopami ma fajrant do 6 stycznia włącznie. W Chinach natomiast rozpoczęły się przygotowania do Chińskiego Nowego Roku. Zgodnie z kalendarzem zaczyna się 31 stycznia. Praktycznie zaś zakłóca normalne życie już teraz. Rozpoczęto bowiem sprzedaż biletów lotniczych, kolejowych i autobusowych na okres "Spring Festival".

Wielu moim rozmówcom i respondentom trudno wytłumaczyć fenomen ludzkiego eksodusu przed i po Chińskim Nowym Roku oraz skalę jego wpływu na funkcjonowanie chińskich przedsiębiorstw. Podstawę klasy robotniczej współczesnych Chin wciąż stanowią robotnicy wędrujący, czyli mieszkańcy wsi i odległych miast z zachodnich prowincji, którzy podążają tysiące kilometrów na Wschód, aby w bogatych miastach Guangdongu, Fujianu, Zhejiangu, Jiangsu, czy Shandongu znaleźć pracę. Robotnicy wędrujący to ponad 200 milionów ludzi, którzy w ogromnej swej większości pragną wrócić do odległych domów, do swoich rodzin, aby świętować najważniejsze święta chińskiego tradycyjnego kalendarza. Żeby dotrzeć do celu muszą kupić bilet. Zazwyczaj na pociąg, bo najtańszy.

W niedalekiej przeszłości właściciele chińskich fabryk wypłacali swoim pracownikom każdego miesiąca 50% należnego, umówionego wynagrodzenia. Pozostałe zsumowane połowy miesięcznych pensji bossowie wypłacali robotnikom wraz z zapłatą za pracę za miesiąc poprzedzający Spring Festival. Taki system powodował, że robotnicy pracowali w fabrykach do ostatniej chwili, aby odebrać nie tylko ostatnią pensję, ale również połowę swoich rocznych dochodów. Pracowali z nadzieją na otrzymanie pieniędzy, które pozwalały dojechać do domu, jak również kupić prezenty i smakołyki dla niewidzianych od zeszłych świąt dzieci i wypełnić czerwonymi banknotami czerwone koperty dla rodziców, może też braci i sióstr. System dyscyplinował robotników, nie miał jednak żadnego wpływu na dyscyplinę chińskich "fabrykantów". Ci – eufemistycznie rzecz ujmując – niezwykle prości ludzie, z niezwykle skromnym wykształceniem oraz jeszcze bardziej niezwykle ograniczonymi zdolnościami intelektualnymi, mieli zazwyczaj podstawowe problemy z rachunkami. Powszechnym problemem w prywatnych fabrykach stały się sytuacje, w których to właściciele fabryk na kilka tygodni przed Chińskim Nowym Rokiem odkrywali z niemałym zdziwieniem, że nie mają pieniędzy na wypłaty dla swoich robotników. Nie mają, bo to co powinni odłożyć, wydali na nowy samochód, złoty łańcuch na szyję, lub zwyczajnie przegrali w karty. Ludzie, którzy pracowali dla nich przez 11 miesięcy, którzy przez rok wyrzekali się wszystkiego, aby pokazać się na bogato w domach rodzinnych, z jakichś powodów nie przyjmowali z wyrozumiałością informacji o tym, że kasy nie ma i nie będzie. W wielu miejscach Chin dochodziło do aktów przemocy na tle problemów z rozliczeniami rocznych wynagrodzeń robotniczych. W kilkudziesięciu przypadkach doszło do linczu właścicieli fabryk. W paru lincz objął nie tylko właścicieli, ale również ich krewnych pełniących w zakladach funkcje kierownicze. Władze Chin Ludowych dostrzegły problem i wprowadziły zarządzenie zabraniające przetrzymywania przez przedsiębiorców 50% wynagrodzeń pracowników. Robotnicy wędrowni zaczęli otrzymywać pełne wynagrodzenia za każdy miesiąc pracy.

W czasach kiedy w kasie fabryki spoczywały połowy rocznych pensji pracowników, pracowali oni do ostatniej chwili przed Chińskim Nowym Rokiem. Każdy człowiek w fabryce starał się pracować jak najszybciej (niekonicznie jak najlepiej), by bieżące zamówienie skończyć i wysłać do portu przed świętami. Pracowano zatem i po 20 godzin na dobę. Robiono wszystko, żeby bieżące zamówienie zamknąć, a co za tym idzie otrzymać pieniądze i móc wyjechać do domu. Od wprowadzenia zakazu częściowych rozliczeń wynagrodzeń za pracę, od kiedy do kieszeni pracowników trafiają całe miesięczne pensje, pojawił się nieoczekiwany efekt uboczny. Otóż gdy właściciel fabryki wypłaca pensję za pracę w grudniu, już następnego dnia z zakładu znikają ludzie. Nie zostawiają żadnych pisemnych rezygnacji, nie rozwiązują umowy, nie dzielą się powodami swojej decyzji ani werbalnie, ani w formie pisanej. Po prostu znikają. Pojedynczo, małymi grupkami, czasem całymi wydziałami. Jeśli bieżące zamówienie nie zostało zakończone przed wypłatą tych "ostatnich" pensji, to szanse na jego zakończenie przed świętami są znikome. Chyba, że sami zakaszemy rękawy i zastąpimy robotników, którzy po prostu porzucili pracę.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego ludzie "znikają" z fabryk i biur? Celem wyjaśnienia posłużę się bieżącym przykładem, czyli tym co ma miejsce w Chinach obecnie.

Chiński Nowy Rok zaczyna się 31 stycznia. Ale – podobnie jak w Polsce – najważniejszym emocjonalnie świątecznym dniem dla wszystkich Chińczyków jest wigilia Nowego Roku. Tego dnia członkowie rodziny, klanu, winni zasiąść przy świątecznym stole, aby celebrować rodzinną wspólnotę, jedność, rodzinę samą w sobie. Żeby wypełnić obowiązek, by zasiąść przy wigilijnym stole, szczególnie w przypadku dużych odległości z miejsca pracy do domu rodzinnego, trzeba wyjechać z Shenzhen, Kantonu, Xiamenu, Fuzhou, Hangzhou, Shaoxingu, Qingdao, Szanghaju, czy Suzhou nie później niż 25 stycznia. Aby odbyć podróż do upragnionego celu należy kupić bilet. Ten zaś Chińczycy muszą sobie wystać w kilometrowych kolejkach, albowiem na czas Spring Festivalu bilety przez internet są trudno dostępne. Sprzedaje je jedna jedyna agencja państwowa. W ten sposób próbowano ukrócić praktyki chińskich "koników" kupujących ogromne ilości biletów na popularne trasy, które potem odsprzedawano za wielokrotność pierwotnej ceny. Oczywistym jest, że ludzie stojący w kolejkach po bilety nie pracują. Zwłaszcza ci, którzy otrzymali wynagrodzenie za poprzedni miesiąc. Oni już i tak nie wrócą do pracy. Stoją w kolejkach i kupują bilety na pierwszy wolny kurs do domu. Ci zaś, którzy otrzymać mają wynagrodzenie około 15-20 stycznia robią się coraz bardziej nerwowi. Czym bliżej daty wigilii Nowego Roku, tym wyższe ceny biletów w okienkach kasowych. Zaczyna się gorączkowe liczenie: czy bardziej opłaca się wziąć tą ostatnią pensję i kupić droższy bilet, czy zrezygnować z tego wynagrzodzenia, rzucić pracę już zaraz i kupić sporo tańszy bilet? Kto w takich okolicznościach ma czas na skupianie się nad obowiązkami? Myśli krążą wyłącznie wokół biletów, gonitwę myśli podsycają zaś kolejne plotki i pogłoski o tym, że na jakąś trasę biletów już nie ma. Czy w tych okolicznościachi jakiekolwiek zamówienie jakiegokolwiek klienta z jakiegokolwiek zakątka ziemi (nawet z dumnej Polski) ma jakiekolwiek znaczenie?

Koniec końców wszyscy zainteresowani stają się właścicielami biletów na przejazd do domu. Potem posiadacze biletów muszą ruszyć do walki z podobnymi sobie szczęśliwcami (którzy wpadli na podły pomysł, by jechać tym samym autobusem, tym samym pociągiem, a nawet tym samym samolotem), żeby wepchnąć się przed nimi przez drzwi, okna i inne możliwe otwory do wnętrza pojazdów. Wreszcie jadą. Aby za kilka tygodni znów stać w kolejkach, znów wlaczyć o życie w ścisku, znów spędzić kilka dób w podróży i znów podjąć nudną zazwyczaj pracę.

O przepraszam. Zagalopowałem się.

Dzisiaj coraz mniej robotników wędrownych wraca do pracy na Wschodzie. Z każdym rokiem przybywa firm, zakładów, fabryk, przedsiębiorstw, które przenoszą się ze Wschodu na Zachód, do tych prowinicji mniej rozwiniętych. Przybywa firm, które już nie czekają na wędrownych robotników, ale same wybierają się ku nim, w ich pobliże. Obecnie czas po Chińskim Nowym Roku to dla właścicieli fabryk na Wschodzie prawdziwy horror. Statystyczną normą jest około 30% vacat po świętach. Normą stało się gorączkowe szukanie robotników na dworcach, a także w sąsiednich fabrykach, wyłapywanie chętnych do pracy, których dramatycznie mniej niż miejsc pracy. Normą też jest solidny wzrost oferowanych po Spring Festivalu wynagrodzeń. To cena podkupienia ludzi z innych fabryk. Dziś, po każdym Święcie Wiosny trzeba im zaproponować lepszą płacę i lepsze warunki bytowe. Tu znów na prostych właścicieli fabryk czychają przykre niespodzianki. Wyższe płace oznaczają wyższe koszty produkcji, czego nie wszyscy chińscy bossowie są świadomi. Uświadamiają sobie tą niedogodność podczas realizacji naszych zamówień. Nie mogąc renegocjować z nami zakontraktowanych wcześniej cen, zaczynają kombinować niczym koń w zaprzęgu pod stromą górę. No i kłopociki gotowe…

Moi rozmówcy i respondenci upierają się przy internetowej wiedzy, według której tegoroczny Spring Festival trwać będzie od 31 stycznia do 6 lutego. Przykro mi. Nie będzie. Chiński Nowy Rok dla firm produkcyjnych zaczął sie już dziś. Już dzisiaj małe i średnie przedsiębiorstwa borykają sie z organizowaniem produkcji na bazie kurczących się gwałtownie, a nieprzewidywalnie zasobów ludzkich. Około 15 stycznia w fabrykach pozostaną jedynie "lokalesi" i wariaci. 25 stycznia zamilkną maszyny. Jeśli się nawet napniemy i zmusimy naszego dostawcę, aby zapakował "to co ma" do kontenera i wysłał do portu, to okaże się, że w porcie nie ma już dźwigowych. Albo kierowców suwnic samobieżnych. Albo kogokolwiek innego.

Pierwsze sygnały przebudzenia zaczniemy dostrzegać w fabrykach chińskich około 10-15 lutego. Niektóre z fabryk nie wrócą do poprzedniej wydajności na skutek braku pracowników. Niektórym kompletowanie załóg zajmie czas do końca lutego. A to oznacza, że produkcje, których nie ukończono przed świętami będą gotowe do wysyłki nie wcześniej niż w pierwszej połowie marca. I tak się właśnie sprawy mają.

Kiedyś, z pewnym podziwem pomieszanym z niedowierzaniem, mówiliśmy o Chińczykach Ludowych, którzy pracują dzień i noc przez cały boży rok, aby doczekać się 15 dni Chińskiego Nowego Roku, praktycznie jedynego sezonu urlopowego. Dzisiaj – jak chyba wszystko w Chinach – rzeczy mają się zupełnie inaczej. Zdaje się, że Chiny Ludowe chcą zająć pierwsze miejsce również w kategorii ilości dni wolnych od pracy. Wszystko wskazuje na to, że się im uda. Obawiam się jednak, że wygrana w tej konkurencji może poważnie zaszkodzić kondycji spowalniającej przecież gospodarki Chin. Ale to już zupełnie inna historia. 

Tymczasem życzmy sobie wszystkiego co najlepsze w nadchodzącym Nowym Roku 2014, który zarazem bedzie Rokiem Konia. Koń to natura narowista i trudna do okiełznania. Szczęście będzie zatem niezwykle mile widziane. Czego wszystkim Państwu serdecznie życzę.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

1 thought on “Święta, święta i po…. A może raczej przed?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close