Technologie

Chiny, czyli komunikacja 2.0

 

Jak nie trudno zauważyć milczałem dłuższą chwilę. A to dlatego, że nowe wyzwania i nowe projekty ponownie zaciągnęły mnie do Chin. Rozpoczynam kolejną chińską przygodę w mieście, w którym pierwszy raz byłem w 1995 roku. Potem, już w obecnym stuleciu, mieszkałem i pracowałem tu przez ładnych kilka lat. Ostatnio odwiedziłem je bodaj 8 lat temu, żeby spotkać się ze starymi znajomymi.

Wróciłem na stare śmieci? Nie. Tamtego miasta już nie ma. Jest metropolia. Przykład zmian, których tempa nie można sobie uświadomić w Polsce, w Europie. W kolejnych tekstach powrócę do miasta samego, ale dzisiaj piszę o innych zmianach i o ich tempie, czyli: komunikacja 2.0.

Podczas spotkań, prelekcji, konferencji, szkoleń dla firm, które miałem przyjemność prowadzić w ciągu ostatnich 2~3 lat bardzo często dotykałem tematu komunikacji pomiędzy firmami zachodnimi i chińskimi. Najczęstszym problemem, z którym spotykała się strona zachodnia, była mała efektywność komunikacji e-mailowej. Delikatnie rzecz ujmując. No bo co to za komunikacja, kiedy wysyłamy istotnego maila, a odpowiedź nań otrzymujemy po kilku dniach, albo w ogóle. Co więcej odpowiedź otrzymujemy najczęściej wtedy, kiedy zadzwonimy, żeby o sprawie przypomnieć i ponaglić drugą stronę do udzielenia odpowiedzi, bo przecież sprawa pilna.

A ja od 2~3 lat powtarzam: e-mail w Chinach, Szanowni Państwo, po prostu nie działa. Może jeszcze 5 lat temu była to w miarę efektywna droga komunikacji z Chinami. Ale dzisiaj taką nie jest. I nie będzie. Jeśli chcemy sprawnie, efektywnie, skutecznie komunikować się z naszymi chińskimi partnerami, współpracownikami, musimy zacząć korzystać z komunikatorów, pośród których Skype jest rozwiązaniem takim sobie, a najwłaściwszym jest WeChat. Nie dlatego, że jest najlepszy (ale chyba jest :)), tylko dlatego, że jest chiński i korzysta z niego każdy Chińczyk posiadający smartfon. Czyli każdy Chińczyk.

Ale po kolei. Do Polski internet dotarł wprost ze Stanów Zjednoczonych. Był to początek lat 90. XX wieku. Byliśmy więc już w obozie „pasków i gwiazd”, z aspiracjami członkostwa w NATO i Unii Europejskiej. Przyjęliśmy rozwiązania amerykańskie z całym dobrodziejstwem inwentarza. Nie było to trudne, ponieważ już od drugiej połowy lat 80. XX wieku w polskich firmach i domach pojawiły się powszechnie kolejne modele komputerów osobistych, począwszy od ZX Spectrum, skończywszy na PC składanych jeszcze przez firmy polonijne (pamięta ktoś jeszcze Kajkowscy Studio???). Komputerów w Polsce było naprawdę sporo, kiedy więc przyszedł do nas internet, a znim możliwość komunikacji za pomocą e-maili, przyjęliśmy to rozwiązanie szybko i bez większych oporów. No może poza instytucjami administracji państwowej i sądami, które bardzo, bardzo niedawno uznały korespondencję e-mailową za korespondencję formalną. W polskich firmach zaś od niemal dwóch dekad e-mail to forma komunikacji tożsama z listem poleconym, czy tak do niedawna popularnym faksem. Pod koniec lat 90. XX wieku w polskich domach komputer stał się normą jak telewizor, czy pralka. W 1999 w Polsce, podobnie jak na Zachodzie, mieliśmy około 50 komputerów na 100 mieszkańców. Mogliśmy zatem bez przeszkód komunikować się e-mailowo z pracy i z domu. Komunikowaliśmy się, komunikujemy, i nie rozumiemy dlaczego inni nie mieliby funkcjonować tak samo.

Chiny w połowie lat 90. XX wieku były biedne do bólu. Ludzie pracowali w fabrykach za 50~70 dolarów miesięcznie, pracując po kilkanaście godzin na dobę, przez 7 dni w tygodniu, z jedyną w zasadzie przerwą urlopową w czasie Chińskiego Nowego Roku. Niewiele osób prywatnych stać było na posiadanie komputera. Dostęp do internetu był licencjonowany i kosztowny. Owszem, w firmach pojawił się bardzo szybko, firmy chińskie również bardzo szybko uzbroiły się w sprzęt komputerowy. Tam komunikacja mailowa była mile widziana chociażby przez wzgląd na redukcję kosztów związanych z wykonywaniem milionów telefonicznych rozmów międzynarodowych, czy wysyłaniem niezliczonych ilości faksów do zagranicznych klientów. Jednak poza chińskimi firmami końca lat 90. XX wieku dla przeciętnego Chińczyka internet w zasadzie nie istniał. Na 100 Chińczyków przypadało wtedy 1,2 komputera, przy czym ogromna większość tych urządzeń należała do przedsiębiorstw. E-mail dla przeciętnego Chińczyka w ogóle nie istniał, bo i internet był opowieścią o żelaznym wilku. Pierwsza zmiana nastąpiła na przełomie stuleci. Wtedy to ogromną popularnością w Chinach zaczęły cieszyć się kawiarenki internetowe. W państwie o bardzo ograniczonym – podówczas – wyborze tanich rozrywek, kawiarenki internetowe wypełniły niezagospodarowana lukę. Klienci kawiarenek głównie „rozrywali się” grami komputerowymi. Natychmiast też pojawiły się internetowe komunikatory ze słynnym QQ (ciu-ciu) w roli głównej. Komunikator pozwalał na szybką komunikację w czasie rzeczywistym, informował sieć znajomych o tym, że dany użytkownik podłączył się do sieci. Chińczycy zatem mordowali hordy fantastycznych stworzeń występujących w grach, równolegle czatując z licznymi znajomymi i krewnymi. E-mail nie posiadał takich zalet. Kiedy Chińczyk wysyłał e-mail z kawiarenki internetowej, nie miał przecież pewności czy i kiedy zostanie on odczytany oraz kiedy potem będzie mógł sprawdzić, czy dostał nań odpowiedź.

I to jest kluczowy czynnik stanowiący o nieefektywności e-maili w Chinach. Ta komunikacja nie odpowiada po prostu chińskim doświadczeniom. Nie odpowiada też przyzwyczajeniom i pewnym kulturowym uwarunkowaniom. Chińczycy Ludowi cenią sobie o wiele bardziej ustalenia face-to-face niż te spisane. Przedkładają komunikację werbalną ponad tą oficjalną, na piśmie. Wolą komunikację szybką, tu i teraz, niż taką, nad którą nie do końca się panuje. Wolą wysłać komunikat i natychmiast uzyskać odpowiedź. Nawet jeśli to odpowiedź (co też jest normą), że odpowiedź będzie jutro.

Ostateczny śmiertelny cios zadał e-mailowi w Chinach internet mobilny. Twórca QQ, firma Tencent wprowadziła na chiński rynek komunikator WeChat. A w nim na przykład funkcjonalność „czatowania” za pomocą przesyłania kilkusekundowych nagrań dźwiękowych. Na Zachodzie bez sensu. W Chinach napisanie prostego tekstu w „mandaryńskim uproszczonym” to w przypadku telefonu komórkowego z klasyczną klawiaturą konieczność mozolnego składania chińskich znaków z elementów umieszczonych na klawiaturze numerycznej. To zabiera ogrom czasu. Wysłanie pytania: „gdzie jesteś?”, „czy idziemy na kolację?”, „ile chcesz za ten towar?” itd., dzięki nowej funkcjonalności w „komórce” stało się kwestią sekund.

Smartfon i jego dotykowy ekran daje możliwość pisania chińskich znaków palcem. A pomimo to przesyłanie krótkich plików dźwiękowych wciąż jest popularne. W trakcie prowadzenia samochodu szczególnie. Co akurat mnie osobiście cieszy niezwykle.

Dzisiaj WeChat to nie tylko komunikator. To na przykład platforma do zbierania bonusów uzyskiwanych podczas zakupów, to sposób płacenia kilku juanów za jedzenie u ulicznego sprzedawcy, możliwość przesłania „czerwonej koperty” krewnemu lub znajomemu z okazji urodzin, czy Chińskiego Nowego Roku. To platforma do gier, nawet takich gdzie daje się grać „na pieniądze” (a przecież hazard w Chinach jest przestępstwem), źródło filmów, programów TV, możliwość prowadzenia rozmów „telefonicznych”, videokonferencji itd., itp. Skype, czy Facebook w porównaniu z WeChat nie mają nic specjalnego do zaoferowania. Skype w Chinach jest. Facebooka nie ma. Z Whatsapp sprawy mają się tak, że możliwość załadowania aplikacji przez internet jest już zablokowana. Nikt w Chinach nie potrzebuje takiej konkurencji, nieprawdaż?

Dzisiaj Chińczyk, który chce być z nami w kontakcie zada nam pytanie: jaki jest numer naszego telefonu, jaki jest nasz identyfikator WeChat (podaje się numer telefonu, albo – jak w Skype – „nick”, pod którym się tu występuje). I tyle. E-mail? Tego się nie używa. Do skrzynki mailowej trzeba wchodzić, przeczytać mail, zazwyczaj dość długi, potem odpowiedzieć, wysłać. Z WeChatem jest szybciej, łatwiej, z pisania można się od razu przerzucić na gadanie, co o tyle łatwe, że przecież telefon ma się ciągle w ręce. Każdy Chińczyk, bez względu na wiek i płeć ma smartfon przyklejony do dłoni, jak Ike „the Spike” (karzeł-zabójca z najnowszej części Twin Peaks”) pistolet. Chcesz czegoś od Chińczyka natychmiast ciśnij go przez WeChat. Maila może nie przeczytać przez kilka dni. Może nie mieć na to czasu. Tyle się dzieje na WeChacie. A zapewniam, że to nie jedyny komunikator, nie jedyne źródło impulsów informacyjnych, których doświadcza dzisiaj przeciętny Chińczyk. Nasze opowieści o „zalewie informacyjnym”, to naprawdę spora przesada w konfrontacji z chińską współczesnością.

No i to by było na tyle. A ponieważ zmian i nowych historii jest całe mnóstwo będę dzielił się nimi sukcesywnie.

Leszek Ślazyk

..

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close