Chiny subiektywnie

Ho, ho, ho, Meli Kilsmas 2020, czyli niby wciąż tak samo, ale jednak zupełnie inaczej

Wiadomo, że czas Świąt Bożego Narodzenia w Polsce, to okres lenistwa i obżarstwa, które sprawiają, że szlag trafia wielomiesięczny program treningowy. Oczywiście w przypadku tych trenujących. Pozostali po prostu z góry wiedzą, że przybyło tak +3, a nawet +5 i to zaledwie w kilka dni. Normalnie przed Świętami wpadamy sami, lub za poruczeniem (pod groźbą utraty zdrowia i/lub życia) w obłęd. Wpadamy w szał, harujemy (a głównie zazwyczaj panie harują) gotując, sprzątając, latając po rozmaite sprawunki typu choinka, opłatek, tona komponentów, z których powstaną dwie tony pyszności do zeżarcia w 3 dni. Napinamy się do granic, poza którymi lubimy zdrowo przekląć, lub odbyć króciutką, acz ognistą wymianę poglądów z najbliższymi. Poglądów na temat tego gdzie zazwyczaj mamy te lampki choinkowe, teściową, lub kwestię oceny umiejętności kulinarnej naszej najlepszej połowy, przez inne najlepsze połowy, które również zasiądą przy tym samym wigilijnym stole już za kilka godzin.

Zazwyczaj.

W tym roku w wielu przypadkach było zupełnie inaczej. Z wielu powodów powiązanych z pandemią przystąpiliśmy do Wigilii w modelu 2+2. Taka wersja Świąt nie miała miejsca w naszym życiu od początku wspólnego przedzierania się przez codzienność, czyli od 26 lat. Byłoby nas przy stole jeszcze mniej, gdybyśmy nie podjęli decyzji o podróży przez pół Europy. Autem, bo to jedyne pewne rozwiazanie w tych dziwnych niepewnych czasach. To dziwne, wrócić do domu i rozmawiać z bliskimi przez videochaty, jakbyśmy wciąż byli tam u siebie, pod słońcem Prowansji, a oni tu, czyli gdzie zawsze. Kto rok temu przewidziałby taki scenariusz? Nie spotkamy się z najbliższymi, nie spotkamy się ze znajomymi, a jeśli już, to w wersji tajne przez poufne. I pomimo tego, że często psioczyliśmy na tamte ciśnienia, amoki, szajby przedwigilijne, to jakoś tak w tym roku tęskno za tym Zespołem Napięcia Przedwigilijnego. I chyba nie ma też tego ukojenia po osiągnięciu szczytów emocji, zwanych bardzo potocznie “kurwicą”. Fajnie jest być razem, nie musieć wpadać z wizytą do ciotek i kuzynostwa, ale… Brak tego męczącego zazwyczaj rytuału (bo to znów nie ma co na siebie włożyć, bo to znów “i prosze cię, nie przesadzaj z tą whisky”, bo to znów “no nie moge jej słuchać, z tym jej..pfff…. jakby nie wiadomo kim była…”) wcale nie uspokaja, wcale nie pozwala się odprężać. Ale może to tylko ja tak mam. Z wiekiem człowiek popada w różne rutyny, przywyka, zwłaszcza do tych czynności, które stały się traducją przez kilkadziesiąt lat. A już szczególnie do tych odziedziczonych po dziadkach i rodzicach. Bez nich jednak coś się nie zgadza, bez nich czas Świąt jest niekompletny.

Co zrobisz, jak nic nie zrobisz?

A właśnie, że nie! Pomyślałem sobie, że mam przecież już własne rutyny związane ze stroną chiny24.com. A jedną z nich jest odświeżanie tekstu o Bożym Narodzeniu w Chinach, tekstu napisanego pierwotnie w 2010 roku. Niech z niego będzie taki “Kevin sam w domu”, a co! Zwłaszcza, że w odróżnieniu od Kevina tekst poniższy można za każdym razem nieci “ubogacić”. Albo wręcz odwrotnie.

Wszystkiego dobrego Szanowni Państwo! A oto ten tekst, który pierwszy raz pojawił się w 2010 roku i przez lata ulegał drobnym korektom i poprawkom. No, bo niby Święta są jak co roku, ale jednak za każdym razem jednak nieco inaczej.

Podczas pierwszego mojego pobytu w Chinach w 1994 roku ze zdziwieniem odkryłem, że w państwie tym obowiązywało jedno święto, święto powszechne, wiążące się z jedynymi w roku dniami wolnymi od pracy. Był to oczywiście Chiński Nowy Rok. Od onego pierwszego do Chin przyjazdu miałem okazję spędzić kilka tych świąt w Państwie Środka. I zawsze myślałem sobie, że to dla mnie, obcokrajowca, taka frajda, jak spędzenie Świąt Bożego Narodzenia przez Afrykanina, na przykład z Rwandy, w kraju mym ojczystym, w Polsce. Jak to mówią: emocje jak na rybach…. Co więcej: u nas czas bożonarodzeniowego obżarstwa i siedzenia przy stole, lub w niedalekiej od niego odległości, w towarzystwie bliższej i dalszej rodziny, to maksimum trzy dni. W Chinach to dwa tygodnie z ogonkiem.

U nas śpiewa się kolędy, tam trzeba gruchnąć z petardy, racy, czy innego ognia sztucznego, ale prawdziwie głośnego. Czasem w efekcie puszczania rac grono rodzinne opuszcza na zawsze któryś z mniej czujnych członków familii (klanu). U nas od kolęd, nawet tych zaciekle fałszowanych, nikt jeszcze żywota swego raczej nie zakończył. Rzec można by: ot, różnice kulturowe.

Chiński Nowy Rok dla obcokrajowca to nuda. Jedzą, piją, gadają. Chińczycy, wkrótce po moim pierwszym przyjeździe do Chin (Przypadek? Nie sądzę!) stwierdzili, że takie pojedyncze święto raz w roku, do tego takie nudne, to wiocha. Rząd Chin Ludowych, ludowych niewątpliwie, no bo luda tam przeca od groma, energiczniej zaczął egzekwować  prawo klasy robotniczej do świętowania świąt związanych z ludową i robotniczą tradycją. Na tapetę trafiły okoliczności przystające do nowych świeckich tradycji:

  • 1 maja (święto pracy, rzecz jasna) – 7 dni laby ,
  • 1 października (święto proklamowania ChRL) – kolejne 7 dni laby.

Ale te dwa państwowe święta proponowały dramatycznie nudne rozrywki: akademie z okazji, z okolicznościowymi wierszami i patriotycznymi pieśniami. Masakra.  7 dni akademii – to może wykończyć nawet komunistycznego kombatanta, ocierającego się ze względu na wiek o niebyt. Dlatego też chińscy technokraci poważniej zabrali się za adopcję rozmaitych świąt ze świata, w ramach krzewienia idei internacjonalistycznych. Na pierwszy ogień poszły Walentynki. Był to strzał w dziesiątkę, podobny do sukcesu KFC w Chinach. Wiadomo bowiem powszechnie, że Chińczycy to naród kochliwy, rozmiłowany w miłosnej pieśni rzewnej, której zachodni ignorant pojąć nie jest w stanie. I tak jak naród ten ulubił czule kurczaka w panierce na ostro od pułkownika z Kentucky, tak samo natychmiast uznał Świętego Walentego za najlepszego kolegę swego.

A, że chiński przemysł zdolny jest wyprodukować każde cudo, rynek Państwa Środka już od połowy stycznia zalewany jest grającymi kartami z serduszkami, pluszowymi sercami w dowolnym rozmiarze, plastikowymi sercami piszczącymi lokalne przeboje o miłości, mrugającymi jednocześnie dziesiątkami kolorowych ledów, oraz specyficznymi chińskimi wyrobami cukierniczymi typu tort, o smaku niedrogiego kremu do golenia, z napisem „I love you” na wierzchu. Młodzież szkolna obdarowuje się kwieciem i maskotami, zaprasza na śpiewy do karaoke, lub na małe co nieco w restauracji hot-pot, no bo przecież to wciąż zima.

Następnym zaadaptowanym przez Chiny Ludowe zachodnim świętem stało się Boże Narodzenie. Dlaczego? No, bo takie fajne jest. Wiąże się z nim całe mnóstwo fajnych “gadżetów”: choinka, śnieg, Mikołaj w czerwonej czapce, renifery, bombki , dużo jedzenia i prezenty. Wow! Jedzenie i prezenty natychmiast przekonały Chińczyków do idei Bożego Narodzenia. Praca? Skoro laowai’e nie odpowiadają na maile i telefony, bo się lenią pod choinką, to jaki sens ma siedzenie w pracy po próżnicy? Też można wrzucić na luz i świętować. Jupi!

Powie ktoś: ale przecież ta choinka, te prezenty, to wyłącznie anturaż, to nie jest istota Bożego Narodzenia, przecież chodzi o narodziny Dzieciątka, które odda siebie w ofierze, żeby zbawić nas… Dla takich upiardliwców Chiny Ludowe mają gotową odpowiedź. Chcesz człowieku iść na pasterkę? A proszę Cię bardzo. W każdym większym mieście chińskim jest kościół katolicki. Nie rzymski, a pekiński. Tam księża i biskupi są zatwierdzani, a często też i wybierani przez Komunistyczną Partię Chin. (W roku 2018 kwestia ta została uznana przez Pekin i Watykan za obowiązującą normę – w ChRL to władze będą decydować kto będzie proboszczem, biskupem, kardynałem, Watykan zaś zasadniczo wybory będzie zatwierdzać ze swojej strony, nie wnikając zanadto w detale. Jak to mówią: biznes jest biznes.) Kościoły są ogrzewane, a po pasterce, zgodnie z lokalnym obyczajem, przekazuje się w nich drobne prezenty. Gift jest gift, warto się kopnąć na godzinkę do ciepłego pomieszczenia (a to ciągle w Chinach dla wielu rarytas), a to czy wierzysz, że ono Dzieciątko, kiedy stało się dojrzałym mężczyzną, dało się powiesić na krzyżu w imię wyższego dobra, to już Twoja sprawa. W końcu mamy w Chinach wolność słowa, wyznania i kilku innych rzeczy. Tak jak normalnie w innych krajach…

Miałem okazję uczestniczyć w chińskiej wersji Świąt Bożego Narodzenia kilkukrotnie. Muszę przyznać, że i tu Chińczycy wyprzedzili nas znacząco. U nas święta pomaleńku tracą wprawdzie swoje właściwe znaczenie, swoje osadzenie w europejskiej kulturze, europejskiej tradycji, religii. Ale musi minąć jeszcze sporo czasu, aby stały się one świętami dla samego świętowania, bez konkretnego kontekstu i powodu, poza tym, że się po prostu tak przyjęło, że zjada się zalatującą mułem rybę i ma się 2 i pół wolnego od pracy dnia. W Chinach Boże Narodzenie z zasady i od początku (niedawnego) świętowane jest bez zawracania sobie głowy Najwyższym i tajemnicą przybrania przez Niego ludzkiej postaci. Żadnych cudów, spraw wyższych, najważniejszych. Jest wolne i ma być wesoło. Jest Santa Claus, daje prezenty. Jest chudym Chińczykiem, więc broda biała i gęsta pasuje mu jak świni siodło. Jako Chińczyk nie mówi „r”, więc pokrzykuje niezbyt grubym głosem „Ho, ho, ho, Meli Klismas!”

W Polsce z okazji Świąt Bożego Narodzenia zwykło się życzyć – obecnie (tekst z 2010 roku!) zazwyczaj za pomocą SMS’a (dzisiaj, w roku 2020 to jednak głównie za pomoca maila, a masowo, szeroko przy użyciu mesendżera oraz wpisu na fejsbuku) – aby były one zdrowe, pogodne, itd. A ja, jakoś tak na poważnie chciałbym życzyć nam wszystkim pomiędzy Uralem, a Atlantykiem, pomiędzy Arktyką, a Morzem Śródziemnym, abyśmy bez względu na swój stosunek do „wiary przodków” nie zapomnieli skąd się nam te Święta wzięły, żebyśmy nie dali się pozbawić swojej tożsamości przez rozbuchaną i pustą konsumpcję, bo bez niej, bez poczucia tożsamości, europejskości, z wszystkim jej zaletami, jak i wadami, będziemy równie żałośni jak ten groteskowy Santa ogłaszający, że Klismas są Meli.

Może Cię zainteresować: Ho, hi, ho, Meli Klismas 2018

 

Leszek B. Ślazyk

e-mail: kontakt@chiny24.com

© chiny24.com 2010-2020

Show More

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Related Articles

Back to top button