Chiny subiektywnie

Chiny subiektywnie: muzyka, no i co?

Powinienem napisać coś rzeczowego, odnieść się do aktualnych wydarzeń, zwrócić uwagę na rollercoaster chińskiej giełdy (tego samego dnia rekordowy wzrost w skali 5 lat i rekordowy spadek w skali lat 6). Powinienem. Ale jak tu się odnosić kiedy przyroda tak żałuje światła, zmusza do życia w sztucznym świetle żarówek, podrabianym cieple kaloryferów, obłudnym mikroklimacie czterech ścian? Przecież kończy się rok, już niedługo, zamyka się coś, odchodzi, nie wróci. Nie? A wspomnienia?

No właśnie! Wspomnienia. Liche światło oferowane przez przyrodę zmusza do szukania bodźców pobudzających. Kawa może pobudzić ciało. Na umysł potrzebne są inne środki. W moim osobistym przypadku dopalaczem na umysł jest muzyka.

Powyciągałem z szuflad te wszystkie płyty, kompakty, uratowane przed chińskimi celnikami, którzy postanowili porobić amerykańskim krążkom dodatkowe dziury za pomocą 30 centymetrowych wierteł fi-osiem. Płyty, a raczej dźwięki na nich naniesione cyfrowo towarzyszyły mi n-lat temu w Chinach, dzień po dniu, noc po nocy. Chińskie są, chociaż pierwotnie amerykańskie, francuskie, brytyjskie, brazylijskie, polskie nawet. Ale czy na pewno chińskie? Smashing Pumpkins „Siamese Dream”. Dzisiaj, w półmroku południa, uświadomiłem sobie, że dla mnie tam w Chinach te dźwięki były mantrą. Budującą i chroniącą. Budującą, bo pozwalały wierzyć, że człowiek to jednak zmyślna bestia, która potrafi wyrażać siebie nie tylko gestem i słowem, ale również sposobami równie pięknymi, jak bezsensownie niepraktycznymi. Chroniącą, bo stanowiącą wyraźną granicę pomiędzy mną a nimi.

Bariera? Tak, bariera. Wśród setek, tysięcy Chińczyków, z którymi rozmawiałem, spotykałem się, których doświadczyłem jeden tylko rozumiał moje muzyczne fascynacje. Sam z siebie włączał Astrid Gilberto, Black Uhuru, Massive Attack. I pewnie dlatego osiągnął taki sukces prowadząc sklep muzyczny dla expatów. I pewnie dlatego wzmacniał moje poczucie wyobcowania, samotności. Muzyka to pewnie jeden z nielicznych dowodów na tezę głoszącą, iż nie jesteśmy wyłącznie zwierzętami, być może bardziej wyrafinowanymi. Muzyka nie przekłada się na przetrwanie. Przekłada się na emocje. Dzisiaj, w limitowanym przez naturę oświetleniu uświadomiłem sobie, że taka muzyka jaką mojemu światu dało Smashing Pumpkins jest zupełnie niezrozumiała dla doskonałej większości Chińczyków. Dla tej większości Chińczyków to chaotyczny hałas. Czy to źle? Nie. To ważne. To ważne, żeby zrozumieć, że jesteśmy światami osobnymi. Że studiowanie sinologii klasycznej dla pełnoletniego Europejczyka nie ma żadnego sensu. Bo próba pełnego zrozumienia przez niego chińskiej poezji z II wieku sprzed Chrystusa będzie tak sensowna, jak wymuszenie na przeciętnym chińskim studencie anglistyki zachwytu nad harmoniami Dyni z Chicago. Tylko tyle i aż tyle.

Dzisiaj siedząc w warszawskim hotelu słucham „Siamese Dream” poprzez Spotify. Nie sprawdzałem, czy ta aplikacja jest dostępna w Chinach. Pewnie nie. Sycę się harmoniami Corgana i Ihy. Czym bardziej fizycznie jestem oddalony od Chin, tym więcej ich we mnie. I tym więcej świadomości, że będę się wkrajał w nie jak nóż, niż rozpuszczał w nich jak cukier. Bom z innego świata jest. I udawać nie będę, że tak nie jest. Bo jest.

Leszek Ślazyk

.
Show More

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Related Articles

Back to top button