Chiny subiektywniePolska

Dlaczego jesteśmy zaściankowi?

 

 

Każdy kolejny pobyt w Chinach, skłania mnie, czasem nawet wbrew mojej woli, do dokonywania porównań tego co tam, z tym co tu. I czym dalej w las, tym częściej mam wrażenie, że wypadamy w tym porównaniu coraz bardziej jako prowincjusze. Dlaczego jesteśmy zaściankowi? Czemu tego nie widzimy i jak nam to szkodzi? Porównując Polskę z Chinami, obserwowanymi od chwili zmian, czyli od 1989 roku, dochodzę do następujących wniosków:

Rok 1989 był dla obu naszych państw rokiem znamiennym. W obu dokonano wyborów, dokładnie tego samego dnia, czyli 4 czerwca. W Polsce były to pierwsze po latach „komuny” wybory, gdzie przynajmniej część wybieranych nie została wskazana przez partię. W Chinach Deng Xiaoping zdecydował uciąć jakiekolwiek rozmowy o demokracji, cokolwiek miałaby ona znaczyć w chińskich realiach. Plan Tiananmen. W Polsce zaczęto realizować wolę ludu (przynajmniej wedle deklaracji rządzących). W Chinach zaczęto bez dalszych zbędnych dyskusji realizować wolę partii. Dla dobra ludu. U nas natychmiast rozpoczęły się spory i waśnie. O to, kto ważniejszy, bardziej polski, ludowy, europejski, jakikolwiek. Tam z kolei najpierw musiano odczekać okres embarga nałożonego po wypadkach na Tiananmen, potem Deng musiał jeszcze nagiąć do swej wizji partyjny beton, który nie chciał zmian proekonomicznych, a pragnął okopać się na pozycjach ideologicznych, zbudowanych przez Mao Zedonga kosztem milionów istnień rodaków. Po 3 latach, w 1992 Deng Xiaoping pokonał wszystkie przeszkody i zmiany ekonomiczne ruszyły z kopyta, zgodnie z założeniami i planami partii. W Polsce w tym czasie w najlepsze rozkręcały się emocje związane z dyskusjami co ma pierwszeństwo: gospodarka, czy idee.

W 1993 roku w Polsce widać już było przejawy zmęczenia zmianami. Bo inflacja, bo zaciskanie pasa, bo z pracą różnie, generalnie miało być lepiej, a coś nie bardzo. W efekcie lud wybrał sobie do rządzenia tych co wcześniej trzymali wprawdzie za mordę, ale i pożyć dali. Wraz z powrotem tych starych wyjadaczy wszystko co się wcześniej ułożyło trzeba było zdemontować. Bo w demontowaniu jesteśmy mistrzami, co dzisiaj widać szczególnie mocno. Tymczasem w Chinach określone cele realizowano z żelazną konsekwencją. I tu i tam bez większego kłopotu określono pola największych zapóźnień w stosunku do państw wysoko rozwiniętych. Infrastruktura. U nas dawaj gadać o tym, czy można, jak i za co. W Chinach ruszyły projekty infrastrukturalne dotyczące budowy dróg, mostów, kolei (i to nie tych super szybkich, tylko zwykłych), lotnisk, ale także telekomunikacji. Kiedy ruszałem d Chin pierwszy raz w 1994 roku opuszczałem Polskę, w której wybrańcy posługiwali się telefonami komórkowymi wielkości i o ciężarze skrzynki z piwem. W Chinach mój współpracownik wyposażył mnie w mały telefon z wysuwana antenką i klapką. Bodaj Sony. GSM. Poszło z górki. Coraz nowsze drogi, coraz szybsze auta, pociągi, coraz lepsze samoloty, coraz nowocześniejsze domy. Metro w każdym większym mieście. Internet światłowodowy instalowany na całym wschodzie Chin w 1998 roku.

A u nas dyskusje o wyższości jednego rozwiązania nad innym. Lud zmęczył się wybranymi przez siebie „komuchami” i postawił w ogólnonarodowym głosowaniu na „solidaruchów”. Ci z dużym zapałem zaczęli wprowadzać wreszcie reformy, które czekały od lat. W Chinach zmiany nabierały coraz większego tempa. Zmienili si przywódcy. Ale nie zmieniło się myślenie o istocie zmian, o drodze dochodzenia do nich.

W Polsce narzucono model małej stabilizacji. Mały domek (jak niemiecki), małe auto (niemieckie), małe ambicje, małe emocje (wycieczka do Egiptu). W Chinach Chińczycy zewsząd otrzymywali sygnał „the sky is the limit” – „tylko niebo jest granicą”. Pracuj, walcz, możesz mieć pałac, garaż pełen najdroższych fur i księżniczkę za żonę (albo księcia za męża). Możesz mieć jak ci w Stanach, Francji, Niemczech. Władze chińskie uruchomiły niezliczoną ilość narzędzi, dzięki którym prostaczek z chińskiej prowincji, który założył firmę produkująca na przykład gwoździe mógł dotrzeć do niemal każdego zakątka na ziemi z tymi swoimi gwoździami i je sprzedawać. Prostaczków z Chin można było od połowy lat 90. XX wieku zobaczyć na każdej imprezie targowej, dowolnej branży, w dowolnym punkcie na kuli ziemskiej. Prostaczków nie znających języków, komunikujących się z Arabami, Szkotami, czy Zulusami za pomocą kalkulatora. Odzianych w te same garnitury, w których spali, w których targali taczki z piachem przy budowie swojej fabryki, w których załatwiali sprawy urzędowe. W Polsce kolejne władze założyły, że lud jest od tego, żeby sobie radził sam. Więc sobie radził tak jak umiał. W odizolowaniu od świata. Bez większej wiedzy praktycznej na temat tego co za graniami, bez wizji możliwości, które dają te wielkie odległe rynki. Chińscy przedsiębiorcy od zarania działali globalnie, często jak zawstydzone dzieci wypychane, żeby publicznie powiedzieć wierszyk, zmuszani różnymi naciskami, żeby pokonać swoje ograniczenia i jechać w świat. Oni zarabiali ściągając kasę z całego świata, my zaś zarabiając na tym co od nich sprowadziliśmy i sprzedaliśmy swoim krajanom.

Władze chińskie od lat 90. XX wieku nieustannie przypominały swoim obywatelom jaka była przeszłość Chin. Ta nieodległa, czasów panowania Wielkiego Sternika i ta nieco bardziej odległa okresu wojen opiumowych, zależności od imperiów, czy wreszcie okupacji japońskiej. Przypominając o czasach biedy, głodu, poniżenia władze pytały nie zadając tego pytania wprost: „chcielibyście powrotu tamtych czasów?”. W Polsce tymczasem nikt nigdy nie powtarzał w kółko, nie pokazywał jak wyglądała nasza ojczyzna w 1988 roku, a jak już zaledwie 10 lat później. Nikt też nie przypominał nigdy, i nie powtarzał w kółko, jak bardzo byliśmy zacofani wobec świata, ile nas dzieli, jak wiele trzeba zrobić, żeby świat dogonić. Zamiast dystansu, refleksji, pokory, każda kolejna „dobra zmiana” od świtu do zmierzchu walcowała problematykę wyjątkowości Polski i Polaków. Wielkość Rzeczpospolitej Sienkiewiczowskiej. Dorobek zrywów narodowych. Powstania. Krew. Za nią należało nam się NATO i Unia Europejska. I oczywiście najważniejsze miejsce w polityce zagranicznej państw nam geograficznie i strategicznie bliższych, czy dalszych. Należało się, koniec, kropka.

Po „solidaruchach” znów mieliśmy „komuchów” z ich „żelaznym kanclerzem”. I dawaj skakać po tym co „solidaruchy” zaczęły budować. Dawaj zmieniać priorytety, metody, ludzi. Weszliśmy do Unii. Się nam należało.

Już w tym czasie coraz częściej można było usłyszeć zdanie, że nie rozwijamy się tak szybko jak moglibyśmy się rozwijać. A dlaczego? No, to oczywiste. Za sprawą knowań Niemców, albo Ruskich. Albo jednych i drugich. My w tym wszystkim jesteśmy rzecz jasna bez winy. Sprawa okazała się oczywista dla ludu, więc wybrał po „komuchach” tych, co zawsze deklarowali walkę z „komuchami” do ostatniej kropli krwi. Powalczyli wszystkiego dwa lata.

A Chiny? Chiny tymczasem już dawno przestały być potwornie biednym krajem, zaczęły szybko przesuwać się ku najwyższym miejscom w rankingu największych gospodarek świata. Coraz częściej stawały się organizatorami imprez o światowym zasięgu, począwszy od wyborów Miss czegoś tam, poprzez Olimpiadę, po Expo. Władze w Pekinie wyciągały wnioski z wielorakich działań w kraju i poza granicami. Zaczęły się intensywnie uczyć siebie i świata, by rozumieć teraźniejszość i móc przewidywać przyszłość. U nas uznano patrzenie w przyszłość za postawę niegodną, no bo przecież „komuchy” chciały patrzeć w przyszłość, żeby zamazać swoja przeszłość.

I tak w kółko, i tak do dzisiaj.

Od 1989 roku minęło 28 lat. W tym czasie Chiny stały się jednym z dwóch (no, dobra, z Rosja trzech) najważniejszych graczy na świecie. Polska naprawdę osiągnęła wiele. Kiedy patrzę na zdjęcia mojej okolicy z lat 80. i porównuje je z tym co mogę zobaczyć dzisiaj, to wątpliwości nie mam. Ale wiem też, że Chiny zmieniły się zewnętrznie, jak również wewnętrznie. My zaś tkwimy mentalnie wciąż gdzieś tam w roku 1989. Dajemy sobie wmawiać historie i o wielkości, i o wyjątkowości, i o tym, że się nam należy. Wciąż szukamy winnego tego, że nie mamy „jak na Zachodzie”, a przecież powinniśmy już tak mieć! Nasz biznes poza drobnymi wyjątkami, ma bardzo lokalny charakter. Przedsiębiorcy o świecie mają nikłe pojęcie, bo go nie zaznali biznesowo, no bo za co? Tkwią więc wewnętrznie wciąż na tym Stadionie X Lecia, działając wyłącznie wedle zasady tanio kupić, drogo sprzedać, bez myślenia w perspektywie kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu lat, co stanowi fundament budowania firm wielkich, międzynarodowych. Chiny mkną do przodu (rzecz jasna z ogromną ilością problemów, wyzwań, ryzyk), my robimy kilka kroków do przodu, żeby za chwilę się cofnąć troszeczkę. Chiny działają jak komputer Apple, gdzie software i hardware opracował jeden zespół. My jak źle skonfigurowany PC, przy którymś co rusz grzebie „fachowiec” losowo wyłowiony z internetu.

Bez spójnej idei, myśli, konsekwentnie realizowanej przez kolejnych zarządców nie zrzucimy z siebie przekleństwa prowincjonalizmu nie tylko światowego, ale nawet tego europejskiego, w który dajemy się od lat wpychać z różnym nasileniem. Obciążeni zaściankowością, mitami przeszłości, przesądami dotyczącymi działalności gospodarczej w większej skali i przestrzeni, przedkładając ideologie, wierzenia, przesądy ponad pragmatyzm i racjonalność decyzji nie będziemy w stanie przewidywać przyszłości, budować dla tej przyszłości scenariuszy, najlepszych wyjść z możliwych sytuacji. Chiny takie programy budują od lat. Konsekwentnie. (Nie wnikam w ich etyczną stronę, ich znaczenie dla kwestii wolności jednostki, etc.) My też powinniśmy, dla wspólnego dobra. Tylko kto ma być źródłem tych myśli, tej idei? Petru, Kukiz, Schetyna, czy może Kaczyński? No właśnie….

Leszek Ślazyk

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Related Articles

Back to top button