Chiny subiektywnie

Koronawirus jako wykrywacz głupoty,

czyli o sztuce latania "na gołębicę".

Za słusznie minionej PRL w polskiej telewizji można było oglądać serial medyczny, czechosłowacką wersję seriali typu „Ostry dyżur”, albo „Klinika w Szwarcwaldzie”. Wersja ta nosiła tytuł „Nomocnice na kraji mesta”, po polsku „Szpital na peryferiach”. Do kanonu języka potocznego weszła z tej telenoweli kwestia wypowiedziana przez doktora Strosmajera do siostry Penkavovej:

Dziś tym powiedzeniem można kwitować niezliczoną ilość wypowiedzi i zdarzeń.

Wczoraj (12.03.2020) pan premier Mateusz Morawiecki w swój specyficzny sposób opisując sytuację w państwie, jak i przedstawiając środki stosowane i planowane przez kierowany przez niego rząd, raczył był zaznaczyć, że nie zakłada stosowania rozwiązań wprowadzonych (i sprawdzonych) w Chinach, gdyż „Chiny (krótki śmiech) nie są – delikatnie rzecz ujmują – państwem (…) demokratycznym”. Akurat przemieszczałem się krokiem szybkim z punktu A do punktu B, i kiedy treść tej wypowiedzi wreszcie dotarła do mego rozumu, stanąłem jak wryty. Ja rozumiem, że politycy funkcjonują w innej rzeczywistości niż przeciętni zjadacze chleba, bagietek, hamburgerów, czy ryżu. Ale szokiem jest nagłe uświadomienie sobie faktu, że osoba, na której spoczywa odpowiedzialność za kierowanie zarządcze całym państwem (sporym) wypowiada, ot tak sobie, słowa po prostu głupie. Głupca godne. Czy inaczej myślelibyśmy o dowódcy sił zbrojnych, który a priori odrzuca sprawdzone, skuteczne rozwiązania taktyczne na polu walki, bo zostały opracowane przez stratega, który wyznaje inną religię, albo z którym naszemu dowódcy nie po drodze ideologicznie? Czy inaczej myślelibyśmy o dyrektorze zarządzającym należącą do nas spółką, który wypiera możliwość zastosowania konkretnych narzędzi sprzedażowych, o potwierdzonej efektywności wyliczonej na bazie aktualnych doświadczeń rynkowych, ponieważ stosowane są przez jego byłego kolegę ze studiów, na którego jest śmiertelnie obrażony? Jak człowiek przeciętnie rozgarnięty może oświadczać publicznie, że wyklucza zastosowanie sprawdzonych rozwiązań gwarantujących wzmocnienie bezpieczeństwa publicznego, pozwalających stawić czoła zagrożeniu i uratować ileś istnień ludzkich, ponieważ rozwiązania te zostały opracowane i przetestowane „w ogniu” przez system różny od tego, któremu hołduje (pozornie, bo przecież nie praktycznie) ów oświadczający?

Kto za parę tygodni okaże się jedyną stabilną, realną siłą mogącą pomóc każdemu potrzebującemu stabilizacji? Każdemu państwu, instytucji finansowej, globalnej korporacji, społeczeństwu?

Tak, to będą Chiny.

O koronawirusie, jak również o potencjalnym jego wpływie na świat piszemy na www.chiny24.com od końca stycznia. Swoich informacji nie uzyskujemy w sposób pokrętny i tajny. Do wyciągania wniosków i kojarzenia faktów nie potrzebujemy wsparcia intelektualnego szachowych arcymistrzów z niegdysiejszego ZSRR. Wiadomym było, że wirus rozprzestrzeni się po świecie (wystarczy sprawdzić sobie w google ilość połączeń lotniczych dziennie z i do Chin), że dotrze do Polski. Pytanie nie brzmiało „czy?”, ale „kiedy?”. I w jakiej skali. Pytanie, które głośno już wybrzmiewało w drugiej połowie stycznia, 8 (OSIEM) tygodni temu. Każda normalnie zarządzana firma posiada procedury na czas kryzysu, na czas nieprzewidywalnych wydarzeń, które wstrząsają fundamentami branży, gospodarki, codziennego życia. Zazwyczaj powstają pod hasłem „Business Continuity Plan”, czyli choćby paliło się i waliło, my staramy się ciągnąć nasz wózek dalej. Takie procedury opracowuje się na wypadek nieznanego. W przypadku COVID-19 nie ma mowy o nieznanym. Może nie jesteśmy w stanie określić wszystkich cech tego wirusa, ale potrafimy go wykrywać, i wiemy jak możemy mu stawić czoła. Dlatego też już 8 tygodni temu agendy rządowe powinny przygotowywać się na najgorsze, które niekoniecznie musi się wydarzyć, ale może. Od 8 tygodni powinny być gromadzone zapasy maseczek i ubrań jednorazowych, powinna być uruchamiana dodatkowa produkcja tych asortymentów. To samo winno dotyczyć środków dezynfekujących. Na wszystkich przejściach granicznych należałoby wprowadzić obligatoryjne mierzenie temperatury i opracować, a potem realizować procedurę postepowania z osobami, u których stwierdzono podwyższoną nienaturalnie temperaturę. Wiadomo było, że w przypadku pojawienia się wirusa w Polsce, trzeba będzie zamknąć szkoły, przedszkola, uczelnie. A zatem trzeba będzie zapewnić kontynuację nauki, opiekę tym osobom, które z miliarda powodów nie mogą ot tak przestać chodzić do szkoły, trzeba będzie zagwarantować nauczycielom pensje (której nauczyciele nie dostają, kiedy szkoły są nieczynne, bo nie świadczą w tym czasie pracy), trzeba będzie zabezpieczyć budynki szkolne, których ot tak nie można porzucić, i już. A co z rodzicami? A co z pracodawcami tych rodziców? A co z rodzicami, którzy pracują „na swoim”? To jakieś 2 miliony osób, które nie mają żadnej osłony typu „Business Continuity Plan”, bo niemal od zawsze traktowane są jako jednostki co najmniej podejrzane.

I tak dalej, i tak dalej.

Na opracowanie „Planu B” na przypadek realizowania się czarnego scenariusza było sporo czasu. No, ale ludzie unoszący się pod sufitami gabinetów i tak zwanych izb parlamentu nie mieli zupełnie do tego głowy. Ha! Co ja tutaj…? Jakiej głowy…?

Tymczasem rząd Włoch wprowadził radykalne przepisy zbieżne z tymi, które obowiązywały w Chinach. Wprowadził je na zasadach stanu wyjątkowego, bo inaczej się nie dało. Tymczasem indeksy na światowych giełdach papierów wartościowych, surowców, towarów lecą na pysk. Tymczasem rośnie niepewność, kolejne państwa przeżywają czyszczenie półek sklepowych z papieru toaletowego i makaronu (ciekawe, bo w Chinach było dokładnie tak samo z tym makaronem…). Tymczasem się okazuje, że w Europie (ale i USA) nagle nie ma maseczek ochronnych. Maseczek, które jeszcze kilka tygodni temu różnej maści szmalcownicy proponowali mi po 5 złotych za sztukę, żebym sprzedał je w Chinach. Włosi obrazili się na Europę, zwłaszcza na Niemców, bo Niemcy nie chcieli pozbyć się swoich zapasów maseczek i ubrań jednorazowych, i odmówili wysłania ich do Italii. Wiadomo, Niemcy serca nie mają. A kto ma serce? No cóż, bez pomocy tajnych źródeł informacji, jak i bez wsparcia intelektualnego byłych arcymistrzów szachowych z byłego ZSRR znałem odpowiedź na to pytanie już 4 tygodnie temu. Dziś, wciąż jeszcze z wirusem „na karku”, wielkie serce innym państwom okazują Chiny. Kto samolotami zaczął dostarczać do Włoch maseczki i respiratory, których nie ma dla Italii w Europie? Tak, Chiny.

Kto za parę tygodni okaże się jedyną stabilną, realną siłą mogącą pomóc każdemu potrzebującemu stabilizacji? Każdemu państwu, instytucji finansowej, globalnej korporacji, społeczeństwu?

Tak, to będą Chiny.

Jak w 2008 roku. Tylko bardziej.

Studio "France 24": komentator z UK "Ten gest chiński to czysty PR, powiem, że taki wręcz smieszny PR". Komentator włoski: "Zapewniem pana, że nikt we Włoszech tak tego gestu nie odbiera. Wszyscy Włosi są Chinom wdzięczni i wręcz uwielbiają Chińczyków". Komentator z UK – mina jakby właśnie musiał zjeść cytrynę, o której wiadomo, że jest skażona wirusem…. (13.03.2020)

Tymczasem prezydent Trump uznał, że głównym źródłem zarażeń COVID-19 w USA są osoby, które „złapały” wirusa w Europie. I w związku z tym zawiesił połączenia lotnicze z Europą (za wyjątkiem Wielkiej Brytanii) na co najmniej 30 dni. Nie wspomniał przy tym o połączeniach z Chinami, Japonią, czy Koreą Południową. Świat po epidemii nie będzie już taki sam jakim był na początku 2020 roku.

Show More

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Related Articles

Back to top button