Chiny subiektywnie

Kronika zapowiedzianej śmierci, wersja polska, rozszerzona, czyli jak położyć głowę między młot a kowadło

Figura 1: Czyli wstęp

„Kronika zapowiedzianej śmierci” to tytuł powieści Gabriela Garcii Marqueza. Tego od „Stu lat samotności”, Rebeki i żółtych motyli, wydanej po raz pierwszy w roku, w którym się urodziłem. Przypadek?

W „Kronice zapowiedzianej śmierci” zbiorowy narrator opisuje przebieg zdarzeń, które prowadzą do zabójstwa, nieuniknionej zbrodni, której nie sposób uniknąć, ponieważ ludzie uwikłani w ustalony przez siebie system pojęć, praw, zasad nie potrafią mu przeciwstawić. Rzeczy następują po sobie nieubłaganie, przy cichym przyzwoleniu narratora – lokalnej społeczności, która milcząco obserwuje wydarzenia zza kotar, zza węgła, zza półuchylonych drzwi.

Figura 2: Ofiara krwi

2 września minęła 75 rocznica zakończenia II wojny światowej. Tak, II wojna światowa zakończyła się we wrześniu 1945 roku, a nie w maju, o czym jesteśmy powszechnie przekonani. W maju poddała się III Rzesza, zamknął się europejski teatr zmagań wojennych, ale w Azji wojna trwała jeszcze 4 miesiące, zbierając swoje żniwo, w tym w Hiroszimie i Nagasaki. Wojna ta przewalała swoje cielsko głównie przez terytorium Chin. To tu bowiem, dzięki aktywności chińskich żołnierzy wiązano 2/3 japońskich sił działających w rejonie Azji i Pacyfiku.

Z rąk japońskiego najeźdźcy zginęło 35 milionów Chińczyków, w tym 3,8 miliona żołnierzy.

Ofiary cywilne doświadczały – jak w Polsce – okrucieństwa „wyższych rasowo” „nadludzi”. Chińczyków palono żywcem, żywcem zakopywano, ścinano im dla zabawy i dla wprawy głowy, kobiety gwałcono na śmierć, dzieci rozbijano o ściany budynków. Chińczycy służyli wybitnym japońskim lekarzom jako króliki doświadczalne. Więziono ich w obozach koncentracyjnych, zmuszano do niewolniczej pracy, również w Japonii.

W 75 rocznicę zakończenia wojny prezydent Xi Jin Ping powiedział publicznie, że ta ofiara, śmierć 35 milionów, stała się fundamentem, który pozwolił Chinom osiągnąć to, co osiągnęły dzisiaj. I, że heroiczna postawa tamtych, często nieznanych bohaterów stanowi wzorzec dla dzisiejszych Chińczyków, którzy gotowi są tak samo jak ich przodkowie, bronić swojego kraju. Takiego jakim jest.

Figura 3: Jednoznaczna dwuznaczność

Polskie władze, w stylu promowanym w ostatnich latach, czyli przez zaskoczenie przymierzają się do wprowadzenia nowelizacji do ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa (KSC). Jakaś tęga głowa (tudzież kanclerski łeb), umyśliła jak sprytnie zapisem ustawowym wprawić w zadowolenie największego sojusznika Polski. Nowa wersja ustawy o KSC ma zawierać m.in. nowy fragment mówiący iż: “Ocenie zostanie poddane prawdopodobieństwo, czy dany dostawca znajduje się pod wpływem państwa spoza Unii Europejskiej lub NATO, stopień i rodzaj takich powiązań, struktura własnościowa firmy, prawodawstwo państwa w zakresie ochrony praw obywatelskich, praw człowieka i ochrony danych osobowych oraz zdolność ingerencji tego państwa w swobodę działalności rynkowej dostawcy.”

Oczywiście intelektualnie wyrafinowany autor zapisu celował w Huawei, ale nadając zapisowi charakter ogólny będzie strzelać w każdy produkt i technologię „Made in China”.

A to może zostać odebrane przez stronę chińską jako swego rodzaju wypowiedzenie wojny.

Figura 4: Stawianie na kulawego konia

Wojna handlowa pomiędzy USA a Chinami trwa już 2 lata. Bilans handlowy pomiędzy państwami wciąż jest niekorzystny, ale o tym raczej w Waszyngtonie się nie mówi. Starcie gigantów nabrało nowego wymiaru: Donald Trump kolejno wskazuje palcem chińskie firmy, które stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego USA. Liderem wśród zagrożeń jest Huawei. No i TikTok. Światowy hegemon, orędownik demokracji, wolnego handlu, promotor przedsiębiorczości oraz postępu wziął na celownik firmę i postanowił się z nią zmagać. Przy okazji umyślił, aby w tych wysiłkach posłużyć się wsparciem sojuszników, których poprzez sekretarza stanu Pompeo stara się pozyskać, zwłaszcza pośród państw rozwiniętych. Reakcji jednoznacznych i zdecydowanych wielu nie ma. Przyczyna jest bardzo prosta.

W listopadzie odbywają się w Stanach Zjednoczonych wybory prezydenckie.

Notowania Donalda Trumpa nie dają mu gwarancji reelekcji. Wygląda na to, że może przegrać nawet z takim kontrkandydatem jak pan Biden. A pan Biden, jeśli wygra, przyprowadzi zupełnie nowych ludzi i zapewne odmienny „approach” względem Pekinu. Jaki? A tego nie wie nikt. No, może poza tą tęgą głową od nowelizacji KSC.

Figura 5: Chłopiec do bicia

Wojna handlowa pomiędzy USA a Chinami trwa już 2 lata. I w sumie można by się do niej jakoś przyzwyczaić i przestać zauważać. Jak owe 35 milionów chińskich ofiar II wojny światowej. W sumie to dość prosty zabieg. Po prostu się nie pamięta. W Chinach jednak sprawy mają zupełnie inny wymiar. Ludzie tam mieszkający trochę się napracowali przez ostatnie 40 lat. Było trochę wyrzeczeń, trochę potu, łez, czasem nawet krwi. I w 40 lat pobudowali Shenzhen. Zrobili z Szanghaju światowe centrum biznesu. Pekin stał się jedną z najważniejszych stolic świata. A Chiny usadowiły się mocno na drugiej pozycji w kategorii największa gospodarka świata. Z ambicjami na miejsce pierwsze. Przeciętny mieszkaniec chińskiego przeciętnego miasta, jeśli ma lat 40+ to wie jak było i jak jest. I wie, że nie wzięło się to wszystko z darów (autor był beneficjentem darów w formie paczek żywnościowych w okresie stanu wojennego). Pamięta, owszem, o tym, że Deng Xiao Ping napominał, aby głowę trzymać nisko. Ale ile razy można dostawać w łeb i z pokorą to przyjmować? No, bo i po co? Czy już nie czas zatrzymać tę rękę, która nawykła strzelać z liścia, kiedy jej to pasowało?

Chinom byłoby trudno wymierzyć kontr-policzek Stanom Zjednoczonym. Nie dlatego, że nie mogą, tylko, że to nierozsądne. Wizerunek ofiary sprzedaje się w konfliktach o wiele lepiej, niż obraz agresora. Ale Polska? Państwo, które nie dostarcza nic specjalnego, nic istotnego dla Chin, państwo, które w Unii nie ma raczej wielu gorących fanów, ostatnio wręcz odwrotnie? No cóż. Jest taka antyczna chińska maksyma: „zabij kurczaka, żeby wystraszyć małpy” (杀鸡吓猴 – shā jī xià hóu). A skoro to Polska zaczęła?

Siarczysty klaps wymierzony państwu, które postanowiło napiętnować wszystko co chińskie (a stosowane w cyberrozwiązaniach) i tylko dlatego, że chińskie, zapewne zostałby przyjęty z satysfakcją przez Chińczyków, którzy wyrzucają władzom centralnym, iż są zbyt uległe wobec Ameryki.

A przy okazji państwa takie jak Słowacja mogłyby ponownie przemyśleć swoje miejsce w starciu gigantów. Dwa w jednym. Brawo Polska!

Figura 6: Witajcie w Ciężkich Czasach

Witajcie w Ciężkich Czasach to tytuł powieści E.L. Doctorowa, która objawiła się światu w 1967 roku (tym samym, w którym opublikowano „Sto lat samotności”). Jej tytuł, jak i fabuła idealnie przystaje do tego, czego doświadczamy od początku jakże obfitującego w wydarzenia roku 2020. Turbulencje, które zaczęły się w styczniu, nie mają końca. Nikt przy zdrowych zmysłach nie odważa się jednoznacznie i bez wątpliwości zakładać co się wydarzy za miesiąc, za dwa, za pół roku, rok. Tego nie wie nikt. Jedyną pewną rzeczą, jedyną pewnością w otaczającej nas dziś rzeczywistości jest niepewność. Dotycząca na przykład skali rozłożonego w czasie negatywnego wpływu epidemii na gospodarkę.

Wiadomo, że będzie źle, nie wiadomo jak bardzo, jak długo.

W takich okolicznościach przyrody przeciętnie rozgarnięty przedsiębiorca rozgląda się za jak największą ilością potencjalnych dróg wyjścia. Nie odrzuca nawet tych rozwiązań, których w normalnych okolicznościach nie brałby pod uwagę. W normalnych okolicznościach nie, w nienormalnych tak. Pan Morawiecki (jego kariera wciąż przywodzi mi na myśl „Karierę Nikodema Dyzmy”) zapewnia, że „spoko”, że „luz”, Unia Europejska poda nam rękę w ramach programu o wartości 750 miliardów euro. Pan Morawiecki zapewnia, że się nam należy z tej kwoty zacny kawałek. Tyle, że Unia chce, aby środki poszły głównie na inwestycje w obszarze ekologii, a także nowych technologii. A ponieważ środki te mają charakter pożyczki, będzie się raczej upierać co do celów spożytkowania tychże środków. Pan Morawiecki, jako aspirujący do zastąpienia byłego ministra spraw zagranicznych w kwestiach europejskich, powinien mieć świadomość, że w Unii jest ponad 20 państw, a wszystkie one potrzebują środków pomocowych w rzeczywistości postpandemicznej. I każde z nich chętnie podłoży nam tłustą świnię. Tych zaś pan Morawiecki wyhodował z kolegami całe stadko. I w tej sytuacji pan premier postanawia definitywnie zdewastować relacje z Chinami?

Figura 7: Zakończenie, albo pytanie: po co?

To, czy Donald Trump będzie prezydentem USA przez kolejne 4 lata okaże się w listopadzie. A nawet jeśli uda mu się uzyskać reelekcję, to nie wiadomo, czy i jak zmieni się jego nastawienie do Chin. Może znajdzie innego wroga? Może skoncentruje się na tym, co będzie robił na prezydenckiej emeryturze, zacznie rozbudowywać swoje hotelarskie imperium korzystając z możliwości, które przez kilka lat jeszcze dawać mu będzie piastowana funkcja? A może przejdzie do historii i w Białym Domu pojawi się nowy gospodarz? Może, może, może… W Chinach takie pytania się nie pojawiają.

Wiadomo, że na czele państwa stać będzie Xi Jin Ping, albo ktoś spośród najważniejszych ludzi w KPCh. Tu nie ma miejsca na gwałtowne zwroty i wywracanie stolików. Tu jest plan, który trzeba konsekwentnie realizować, dostosowując metody do zmieniających się okoliczności.

Nie trzeba być mistrzem w rozwiązywaniu szarad, tudzież łączenia ze sobą kropek, żeby dodać dwa do dwóch. „Wyskakiwanie” z nowelizacją ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, która nie zawiera w sobie żadnych elementów merytorycznych (na przykład założenia do jednolitej procedury certyfikacji wszystkich dostawców na bazie kryteriów technicznych), mówić ma zaś o ocenie prawdopodobieństwa, w obecnych okolicznościach świadczy albo o braku rozumu wśród autorów tej propozycji, albo o niezwykle ostatnio popularnym wykorzystywaniu okoliczności dla własnych korzyści. Skrytość w jakim przygotowywano zmiany, nadzwyczaj krótki termin przeznaczony na konsultacje (14 dniowy, kiedy minimum to 21 dni), rozbieżność tego zapisu z innymi, a przede wszystkim brak zrozumienia konsekwencji wprowadzenia takiego zapisu, jak szybka i zdecydowana reakcja Chin zważywszy aktualne okoliczności, nie wyklucza ani pierwszego, ani drugiego.

Tylko Polski w tym nie ma zupełnie.

 

Show More

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Related Articles

Back to top button