Chiny subiektywnie

Masakra w Nankinie, czyli podobieństwo losów

Najnowszy wpis Toma na jego blogu przypomniał mi po raz kolejny niezwykle tragiczny i dramatyczny epizod z historii współczesnych Chin. Mam na myśli masakrę w Nanjingu, ówczesnej stolicy Republiki Chińskiej, trwający sześć pełnych tygodni (grudzień 1937 – styczeń 1938) okres rabunków, gwałtów i mordów dokonywanych przez żołnierzy japońskich na chińskich cywilach.

Zacznę od dygresji. Stosunek Chińczyków do Japończyków jest właściwie taki sam jak nasz, Polaków do Niemców. Nad oceną przez nas Niemców jako nacji zawsze wisi gdzieś tam wyżej, lub niżej, czarna i straszna chmura pamięci o II wojnie światowej. W każdej polskiej rodzinie żyje pamięć o “wojnie”, od której końca minęło już aż 67 lat. Siłą rzeczy niewielu naocznych świadków tamtych wydarzeń jest wśród nas. A pamięć jednak pozostaje żywa i bolesna. Wystarczy chociażby przywołać takie hasła jak Westerplatte, Piaśnica, Powstanie Warszawskie, czy te najgorsze: Auschwitz, Treblinka….

Podobne odczucia mają Chińczycy w stosunku do Japończyków.

W latach 30-tych i 40-tych XX wieku poddani cesarza Hirochito, a także zwolennicy Hitlera przekonali samych siebie i uwierzyli w swoją rasową wyższość ponad innymi nacjami, które postanowili sobie podporządkować. Jedni i drudzy zastosowali podobne metody. I Japończycy i Niemcy zdjęli maski nadludzi ujawniając swoją najgorszą, demoniczną, dewiacyjną naturę. Broń Boże zwierzęcą. Nie obrażajmy zwierząt porównując do nich zbrodniarzy, dla których nie stanowiło problemu roztrzaskanie o ścianę polskiego, czy żydowskiego niemowlęcia, lub zgwałcenie za pomocą bagnetu dziesięcioletniej chińskiej uczennicy szkoły podstawowej.

Według dokumentów japońskich podczas wielotygodniowej rzezi ludności cywilnej w Nankinie pochowano ponad 247 tysięcy ciał. Ilość ostateczna ofiar nigdy nie będzie znana, ponieważ po wielu masowych mordach i rozstrzelaniach zwłoki ofiar palono, lub wrzucano do Jangcy. Wiele osób zginęło zakopanych żywcem. Nie poznamy też liczby zaginionych, okaleczonych, rannych.

Wspominając co jakiś czas tragiczne wydarzenia w Nankinie, dzisiaj zwanym Nanjingiem, uzmysławiam sobie każdorazowo podobieństwo losów chińskich i polskich w latach wojny światowej. Przodkowie nasi i współczesnych nam Chińczyków doznali niewyobrażalnej ilości cierpień tylko dlatego, że urodzili się tam gdzie się urodzili, tylko dlatego, że ktoś uznał ich za gorszych nic nie wartych. My, Polacy de facto mieliśmy po wojnie nieco więcej szczęścia. Świat pamięta o obozach koncentracyjnych, o skali zbrodni i nieszczęścia. Z Chińczykami los obszedł się bardziej obcesowo. Mało kto pamięta o masakrze w Nanjingu, chociaż uznano ją za jeden z największych przypadków ludobójstwa w dziejach ludzkości. Co więcej my od Niemców usłyszeliśmy chociażby wymuszone i dyplomatyczne “przepraszam”. Japończycy woleli o sprawie okupacji Chin kulturalnie zapomnieć. Ale nie zapominają składać rokrocznie hołdu żołnierzom, którzy zginęli w Chinach i wielu rejonach Azji oraz Pacyfiku, gdzie armia cesarska występowała jako agresor, wysłannik imperium. Hołd ten składa premier japońskiego rządu. Pomyślmy: jak byśmy się czuli gdyby pani kanclerz Merkel raz w roku składała symboliczny pokłon niemieckim żołnierzom, którzy zginęli we wrześniu 1939 roku nad Bzurą, którzy zginęli podczas powstania w warszawskim getcie, lub podczas walk o Wrocław? Bylibyśmy na takie wydarzenie obojętni? Czy bylibyśmy obojętni na “dzieła naukowe” autorów twierdzących, że właściwie nic się nie stało, że ilość ofiar masakry w Nankinie to przesada, to element postwojennej propagandy? Czy ja mogę być obojętny na twierdzenia pana, który ponoć posiadł tytuł naukowy, a który obstaje przy twierdzeniu, że tacy ludzie jak mój osobisty dziadek nie zginęli w obozie śmierci w Auschwitz, tylko byli tam prawdopodobnie na wczasach i zmarli w wyniku nieszczęśliwego splotu wydarzeń, nie zaś celowego działania “nadludzi”?

W naszych relacjach z Chinami dzisiejszymi ignorujemy zupełnie element emocji, pewnej więzi wynikającej z podobieństwa losów naszych krajów i ludzi w naszych krajach mieszkających. Znając Chińczyków troszeczkę wiem, że są czuli na punkcie swojej historii, jak również na tragiczne koleje życia swoich nieznanych przodków. Nieznanych, bo pożartych przez tryby historycznej machiny. Tu też są podobni do nas, Polaków, nieprawdaż? Skoro tak, to może zamiast poświęcać energię na dyskusje o możliwości inwestowania w Chinach, powinniśmy tyleż energii skupić na nagłaśnianiu takich faktów jak masakra w Nankinie. Może powinniśmy bezwzględnie i bezkompromisowo przeciwstawiać się składaniu hołdu żołnierzom japońskim, którzy zginęli najeżdżając inne kraje. Może powinniśmy budować kapitał na bazie tej ogromnej liczby ofiar, ofiar bezsensownych i wymykających się jakiemukolwiek zrozumieniu, nie dla zysku własnego, ile bardziej dla spowodowania, żeby tym wszystkim dzieciom, kobietom, mężczyznom oddać należną im cześć, nadać ich ofierze choćby symboliczny sens.

Nas Polaków i Chińczyków dzieli przepaść geograficzna, cywilizacyjna, kulturowa. Kiedy nasi praszczurowie zaczynali się ogarniać jako tako, kiedy wydobywali się z mozołem z systemu plemiennego, aby rozpocząć tworzenie zalążków państwowości, tam w odległych Chinach funkcjonowało państwo wielkie, sprawne, samo sobie wystarczające. Jesteśmy różni pod względem fizycznym. Mówimy skrajnie odmiennymi językami. Wyznajemy absolutnie inne wiary. Ale łączą nas podobne losy. Takiej nici, takiego łącznika nie posiada żaden inny kraj w Europie, a może na całym świecie. Wykorzystajmy to.

Leszek Ślazyk

.
Show More

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Related Articles

Back to top button