Chiny subiektywnie

Powódź w Chinach, czyli dowód w sprawie

O wyższości relatywizmu nad humanitaryzmem, czyli kim tak naprawdę jesteśmy.

W Chinach ma miejsce wielka tragedia. Ale czy na tyle wielka, abyśmy chociaż zadeklarowali pomoc? O wyższości relatywizmu nad humanitaryzmem, czyli kim tak naprawdę jesteśmy.

W Chinach, a w zasadzie w ich części dzielącej Państwo Środka na północ i południe, czyli wzdłuż wielkiej rzeki Jangcy od ponad dwóch miesięcy leje. Zaczęło się normalnie, bo początek czerwca, to okres kiedy na pogodową scenę Chin wkracza pora deszczowa, po której nad południem kraju przetaczają się tajfuny. Jednak w tym jakże obfitującym w emocje 2020 roku pora deszczowa w Chinach nie skończyła się po 3 tygodniach. W Azji, w pasie szerokości geograficznych zajmowanych przez Jangcy deszcz pada w niektórych miejscach 45 dni (obie Koree),a w niektórych nawet 60 dni bez przerwy. Trzecia pod względem długości rzeka na świecie zaczęła wylewać już pod koniec czerwca. Po dwóch miesiącach walki z żywiołem Chińczycy przygotowują się na kolejną, czwartą z rzędu falę powodziową.

Opady w czasie pory deszczowej w Azji mają charakter gwałtowny i dają w kość. Najprecyzyjniej opisał je niejaki Forrest Gump w powieści pod tytułem „Forrest Gump”.

Hasło “Jangcy” nie mówi wiele. Ale wystarczy rzucić okiem do Wikipedii, żeby uświadomić sobie, czym jest ta rzeka dla Chin:

Jangcy, Yangzi Jiang, Cháng Jiāng; (dosł. „długa rzeka”) – rzeka w Chinach, najdłuższa w Azji i trzecia po Amazonce i Nilu pod względem długości na Ziemi. Najważniejsza pod względem gospodarczym rzeka w Chinach; na obszarze dorzecza Jangcy mieszka około 40% ludności Chin i zbiera się 75% ogólnokrajowych zbiorów ryżu. Jangcy jest najważniejszym szlakiem chińskiej żeglugi śródlądowej. Długość, według pomiaru chińskich geografów wynosi 6300 km, choć w różnych źródłach można znaleźć różne wartości – od 5520 do 6300 km. Powierzchnia dorzecza wynosi 1,8 mln km² i zajmuje ok. 1/5 powierzchni Chin. Źródło znajduje się w górach Tangla w prowincji Qinghai na Wyżynie Tybetańskiej. W dolnym i środkowym biegu rzeki, na Nizinie Jangcy, występują liczne jeziora oraz osuszone rozlewiska i zabagnione tereny stwarzające dobre warunki dla rolnictwa. Rzeka uchodzi do Morza Wschodniochińskiego (Ocean Spokojny) tworząc deltę. W ujściu uformowały się z naniesionego materiału liczne wyspy, z których największą jest Chongming na obszarze miasta wydzielonego Szanghaj.

Owe wspomniane 40% ludności to 560 milionów ludzi. Cała Europa. Niemal dwie Ameryki. O ich zmaganiach z klęską żywiołową w polskich mediach „głównego nurtu”, czyli tych dużych, z budżetami i zasięgami nie mówi się właściwie nic. Czasem ktoś opublikuje jakieś migawki, woda rwie, woda się leje, woda niszczy. No cóż, kolejna katastrofa, mamy inne, bliżej, trudno przejmować się bardziej zjawiskami odległymi tak bardzo jak Chiny.

I pewnie byłoby lepiej, gdyby o katastrofalnej powodzi w Polsce nie mówiło się w ogóle. Ale mówi się i pisze w „sinologicznych niszach”. To nie jest jakiś gorący temat, ale wspomina się o nim. I zawsze w zaskakującym od takiej czysto ludzkiej strony kontekście.

„Czyli Konfucjusz zesłał deszcz. Może odkopią jeziora które ich poprzednicy zasypali w imię socjal/postępowego podporządkowywania sobie przyrody.”

„Krytycy skupiają się (a przynajmniej powinni) na rządzie i KPCh, ale ta ostatnia powtarza w kółko, że partia to Chiny, a Chiny to partia, więc duża część winy za taki stan rzeczy (…), leży po ich stronie. Chińczykom należy współczuć i pomagać, ale KPCh powinna upaść jak najszybciej.”

„Powodzie nie ustępują, a poprawy na horyzoncie wciąż nie widać. Xi Jiping musi się pokazywać jako przywódca energicznie zwalczający żywioł, ale w rzeczywistości władze już tylko zarządzają kryzysem.”

Mamy więc tragedię, która dotyka ponad pół miliarda ludzi i dystansujemy się od niej z wyższością, no bo rzecz ma miejsce w kraju, który rządzony jest przez podłą KPCh, która w sumie jest winna tej katastrofie (przypomnę: deszcz leje od dwóch miesięcy), więc współczujemy, ale KPCh życzymy wszystkiego najgorszego. No, a poza tym:

„O tej powodzi usłyszałem pierwszy raz od ciebie. Wydaje mi się że pieniędzy to raczej nie potrzebują bo kieszenie KPChh głębokie, ale masz rację prostemu ludowi z serca współczuję i postaram się pomóc. Pomagajmy tym w potrzebie, ale pomagajmy rozsądnie dobrze oceniając potrzeby.”

Nie, nie wymyśliłem tego. To są autentyczne cytaty.

Przez niemal 25 lat żyłem, mieszkałem, pracowałem z Chińczykami z dołów. Dziewczynami i chłopakami z wiosek i małych miast, którzy dzięki swemu uporowi i pracowitości pokończyli studia i wyrwali swój kawałek z pęczniejącego cielska chińskiej ekonomii lat 90. XX wieku. To nie były bajki dla grzecznych dzieci. Sypialiśmy na kartonach zimą w przemarzniętych na wskroś odlanych z betonu fabrykach. Próbowaliśmy spać latem ociekając potem od buchających żarem ulic w zawszonych, zakaraluszonych przyfabrycznych noclegowniach mordując moskity i siebie dymem z kadzideł Bayera. Były łzy, nerwy, a bywało, że lała się krew, jak w „Ziemi obiecanej”. I było wiele, wiele radości. Nikt tym ludziom nie dał nic oprócz szansy. Nikt ich nie wspierał, nie dofinansowywał, nie osłaniał żadnym parasolem. Tam gdzie mieszkałem, w Szanghaju, w Jiangsu, w Zhejiang tamten znój sprzed dwóch dekad zamienił się w sukces. Taki, o którym w Polsce pomarzyć może pewnie pierwsza setka najzamożniejszych. Ale Jangcy licząca 5000 czy tam 6000 kilometrów długości, w swoim środkowym i górnym biegu, jak maszyna czasu, jest osią życia ludzi, którzy są tam, gdzie ja i moi przyjaciele byliśmy 20 lat temu. Oni, ci znad środkowej i górnej Jangcy dziś próbują wyrwać swój kawałek cielska chińskiej ekonomii, bo rozrosła się tak, że wreszcie dotarła i do nich. I kiedy już dotarła, kiedy przyszła na nich kolej, zaczął padać deszcz, wielka Jangcy wylała, żeby zabrać im to wszystko, co dopiero zdołali zdobyć. Potem, łzami, czasami i krwią. Bo tam się nikt nad nimi specjalnie nie pochyla, nikt ich nie osłania, nie wspiera zanadto. Bo ich tam setki milionów.

U nas o nich niewiele słychać. A jeśli już, to w sensie, że sami sobie winni. Czwarta falę powodziową na trzeciej co do wielkości rzece świata w Polsce przebija informacja, że kmiot z Bydgoszczy strzelił z pięści ekspedientkę w sklepie. I, że policja bardziej się interesuje wielokolorowymi flagami, niż innymi kmiotami, którzy mają za herosa gościa, który kazał wymordować pół Polski. Ale to było przed wynalazkiem smartfonów. Czyli nigdy.

Od kilku dni przyglądam się temu co o Chinach mówią politycy, co mówią i piszą media. Wnioski z tego przyglądania wyciągam takie sobie. Zachód, który ostatnio w polskiej perspektywie zawęża się do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i oczywiście Polski, jest w mocy cynicznych cwaniaków u sterów politycznych i medialnych. Ich utylitarna polityka pozbawiona jest idei, ich media zatrudniające “media workerów” zamiast dziennikarzy nie służą rozpowszechnianiu informacji. Ludziom tym brak potencjałów intelektualnych, aby zrozumieć, że prowadzone przez nich bicie w chiński bęben jest przeciwskuteczne. To całe wieszanie psów na Chinach i Chińczykach trwające od dłuższego czasu, uzasadniane koniecznością pokonania, złamania (no właśnie, dokładnie czego…?) KPCh, w samych Chinach, przez samych Chińczyków odbierane jest jako atak wymierzony w nich osobiście. Nie w żadne KPCh, tylko w nich, w ich wysiłki, ich sukcesy. Gdyby było inaczej, gdyby temu całemu Zachodowi o ludzi chodziło, no to przecież rządy USA i ich najwierniejszych sojuszników, takich jak Polska, rzuciłyby się z ofertami pomocy wszelakiej. Kiedy w Bejrucie wybuchła saletra amonowa niszcząc pół miasta, już w następnych po katastrofie godzinach zaczęto Libanowi oferować pomoc na wyścigi niemal. Deszcz zalewa Chiny tygodniami, a Donald Trump nie wyrywa się z propozycją wsparcia Chińczyków, choćby symboliczną. Zamiast tego, mówi, że załatwi chińskiego Tik Toka, no chyba, że Chińczycy sprzedadzą go amerykańskiemu Microsoftowi. Gdzie w tym wszystkim są zwykli ludzie, którym rzeka zabiera wszystko co mieli?

I tak oto na scenie w Chinach pozostaje samotnie KPCh, która może nie jest fajna, ale przynajmniej wyczuła Zachód, który Chińczykami gardzi i gotów jest ich oskarżyć o wszystko, a w nieszczęściu nawet nie jest w stanie udawać zainteresowania. W tym samym czasie polskie kręgi (krążki raczej) specjalistów od Chin puszczają wodze, by dyskutować o tym, że partia pęka, że Xi się nie utrzyma, że już jest jego następca, że uderzenie w WeChata, to amerykański majstersztyk, itd., itp. Ludziom tym, tak pozornie Chinami zainteresowanym, umyka zupełnie niepostrzeżenie 1 miliard 400 milionów ludzi. To się kiedyś zemści. Bo albo kiedyś tam sami będąc w potrzebie usłyszymy pytanie: „a cóżeście dla nas zrobili, kiedy było źle?”, albo okaże się, że musimy przystać na jakieś warunki bez prawa do negocjacji.

Póki co KPCh ma się znakomicie. Coraz lepiej. Bo chyba słyszeliście Państwo od „pękania pozornego monolitu partii” o takim mechanizmie jak konsolidowanie się społeczeństwa wokół władzy w sytuacji zagrożenia? A czy tym zagrożeniem jest powódź, czy będzie nim chęć odebrania Chińczykom tego co osiągnęli, to już wszystko jedno. Słyszeliście Państwo od „niechybnego upadku Xi”, że Chiny dążą do samowystarczalności i – po dawnemu – odizolowania się w miarę możliwości od świata zewnętrznego, pełnego chaosu i nieprzewidywalności?

Odcięcie od amerykańskich technologii? Zablokowanie jakichś gospodarczych obszarów działania? A może stara, dobra wojna? Każde z tych działań wzmocni KPCh. I sprawi, że różne projekty, które miały być realizowane latami, zostaną przeprowadzone w trybie pilnym. Moimi faworytami są DCEP i CIPS. Że o blockchain nie wspomnę. Ale to już zupełnie inna historia.

Żywioł
Człowiek
Ludzie
Ludzie
Ludzie
Ludzie
Ludzie
Ludzie
Ludzie
Ludzie

 

Show More

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Related Articles

Back to top button