Gospodarka

Eksport do Chin, czyli ch…, d…. i kamieni kupa

Miałem się nie zajmować polskimi klimatami, ale najwidoczniej jestem człowiekiem słabej silnej woli. Postanowienie moje złamała nota PAP mówiąca o zbliżających się problemach polskich eksporterów kosmetyków spowodowanych zmianami w chińskich przepisach. Nota ta utwierdza mnie jedynie w smutnej konstatacji: daleko nam Polakom do chińskiego rynku. Bardzo daleko.

W obszernej nocie PAP czytamy:

„Chińska Agencja Żywności i Leków (CFDA) – jak ostrzega branża kosmetyczna – przygotowała regulacje, które oznaczają w praktyce, że kosmetyki eksportowane na ten rynek trzeba będzie wkładać w specjalne opakowania. Wprowadzają one bowiem zakaz zakrywania oryginalnych etykiet produktów kosmetycznych naklejkami (podkreślenie L.Ś.) Sprawą ma się zająć podczas rozpoczynającej się właśnie sesji Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych – chiński odpowiednik parlamentu. „

Zatem na drodze do podbicia ogromnego rynku chińskiego staną naklejki.

„"Konieczność przygotowywania oddzielnych opakowań specjalnie na rynek chiński skutecznie zablokowałaby import produktów i wpłynęłaby negatywnie na zdolność polskich przedsiębiorstw do prowadzenia działalności w Chinach. Dlatego Konfederacja Lewiatan i Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego apelują do naszych władz o interwencję, aby zapobiec wejściu w życie zmian w chińskim prawie" – napisały obie organizacje w apelu „ – czytamy dalej.

Na larum biją nie tylko polskie dzwony. Grzmią organizacje europejskie, takie jak Cosmetics Europe które „wyliczyło też w swojej opinii trudności, jakie będą ze sobą niosły nowe (chińskie – L.Ś.) regulacje dla branży. Jak twierdzi, wprowadzenie takiego zakazu skutkowałoby jednorazowymi kosztami zaprojektowania nowych opakowań, a także ciągłymi kosztami dotyczącymi odrębnych linii produkcyjnych do wytwarzania opakowań, napełniania produktów i zarządzania zapasami. Opóźniłoby to również wprowadzenie na rynek nowych produktów o co najmniej 4-6 miesięcy lub nawet dłużej, gdyby drugie opakowanie zostało odrzucone w drodze oceny rejestracji produktu przez CFDA.

Czytam to raz, drugi, trzeci i nie wierzę. Po prostu nie wierzę, żeby dorośli ludzie, którzy twierdzą, że są ludźmi poważnymi, reprezentującymi poważne interesy poważnych firm chcieli tracić czas i energię na takie pierdoły zamiast po prostu zająć się konstruktywnym rozwiązaniem problemu. Dlaczego?

Po pierwsze sprawa dotyczy opakowań. No zastanówmy się: kto na świecie jest największym producentem opakowań wszelakich…. Albania! Nie? No to może Wenezuela? Nie?! Hmmm, hmmm…. Chiny….? Bingo.

Nie chce mi się wchodzić w szczegóły dotyczące możliwości technologicznych, którymi dysponują chińscy producenci tychże opakowań. W Chinach można zrobić dowolne opakowanie, w dowolnej dostępnej na świecie technologii, a do tego można je zrobić szybko. Szczególnie takie, które nie wymaga pracy od projektu poprzez prototypy do kształtu finalnego, ale które fizycznie istnieje. Szklane, papierowe, plastikowe, metalowe, gumowe, z żywic, kamienia, drewna, lub dowolnych połączeń materiałów. Większość z tych firm, które lamentują, że nie będą mogły naklejać jak dotychczas naklejek z informacjami o składzie kosmetyków dla chińskich konsumentów, produkuje te cholerne opakowania właśnie w Chinach. Bo taniej, w niedostępnych (lub bardzo drogich) w Europie technologiach, a co więcej – szybciej.

Po drugie sprawa dotyczy decyzji władz chińskich. Czy kwestia polskich kosmetyków na rynku chińskim jest dla władz w Pekinie kwestią kluczową, na przykład odpowiadającą swym ciężarem gatunkowym energetyce, czy, powiedzmy, obronności? Nie? Więc co może dać zmuszanie polskich dyplomatów z Chin, żeby „interweniowali u chińskich władz”? Czy ktoś przy zdrowych zmysłach spodziewa się, że Chińczycy wskutek polskiej interwencji stropią się bardzo i niezwykle gorąco przepraszając wycofają się ze swoich nieodpowiedzialnych, a złych dla polskiej branży kosmetycznej decyzji? Czyżby chińscy konsumenci nie mieli prawa do tego, aby na kosmetykach sprzedawanych w ich kraju za ciężkie pieniądze informacje na temat składu i właściwości tych kosmetyków umieszczone były przyzwoicie, w ich języku, a nie za pomocą małej białej naklejki z miniaturowymi rozmazanymi znakami naniesionymi sitodrukiem? Ponoć my tu w Europie jesteśmy piewcami równości. W każdym tej równości znaczeniu…

Po trzecie rzecz dotyczy Chin, kraju zamieszkanego przez 1 miliard 370 milionów potencjalnych konsumentów. To nie Estonia, gdzie mieszka w sumie ludzi mniej niż w Warszawie. Trzy miasta: Szanghaj, Suzhou i Ningbo z przyległościami to rynek większy (i bardziej skłonny do zakupów) niż cała Polska. Rozumiałbym, gdyby decyzja zmuszała producentów do przygotowywania zmienionych opakowań dla rynku, gdzie sprzedaż 100 kremów, lub szamponów to już osiągnięcie. Przygotowując się na serio do zaistnienia w jednym chińskim mieście trzeba przygotowywać każdy produkt w tysiącach, dziesiątkach tysięcy sztuk. Czy w tym przypadku przygotowanie opakowań z oznaczeniami po chińsku wciąż nie ma sensu?

Nie ma sensu zadawać takich pytań. Po co się denerwować? Ciśnienie i tak przekroczyło bezpieczne poziomy. Szkoda tylko, że również w biznesie w polskim wydaniu, tak jak w polskich kalkulacjach politycznych więcej emocji i chciejstwa, niż zimnej kalkulacji.

Ta zimna kalkulacja – znana nacjom takim jak Duńczycy, Japończycy, czy Amerykanie – podpowiada, że zamiast tracić energię na beznadziejne bicie piany należałoby się natychmiast zająć dostosowaniem do zmienionych warunków działania. Nie, żebym się czepiał, ale ponoć ta zdolność jest oznaką inteligencji. Skoro produkty eksportowane do Chin napotyka tyle problemów, to może należałoby pomyśleć o produkcji na miejscu, w Chinach? Szczególnie w takiej formule, która pozwala nosić produktowi wyprodukowanemu w chińskiej fabryce, za pomocą chińskich maszyn, przy udziale chińskich pracowników, opakowanemu w chińskie opakowanie informację o miejscu pochodzenia brzmiącą: „Made in Poland”? Dzięki specyficznym przepisom chińskim można to zrobić. Jak? Wiem, ale nie powiem. Jestem po prostu podły.

Leszek Ślazyk

Show More

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Related Articles

Back to top button