Ludzie

Chiński punkt widzenia. “Słaba reakcja USA na COVID-19 jest wypadkową wielu czynników”

 

Chciałbym dzisiaj zaprezentować coś wyjątkowego – chiński punkt widzenia na temat USA. Jakie Chiny są każdy widzi, a przynajmniej tak się nam wydaje kiedy czytamy, słuchamy, oglądamy co na temat Chin mają nam do przekazania media zachodnie (polskie tematem interesują się umiarkowanie, chyba że w Państwie Środka urodzi się świnia z dwiema głowami), czy, na przykład, zainteresujemy się przemyśleniami w tej kwestii pana Pompeo.

Do poziomu i merytorycznej jakości tych wypowiedzi odniosę się może przy innej okazji. Jak i do braku rzetelnej informacji o przemianach, postępie społecznym i technologicznym w Chinach, czy procesach, które przyspieszył i katalizował Trump. Dziś jednak nie o tym.

Chiński punkt widzenia – Tu Zhuxi

Chińskiego punktu widzenia na próżno szukać go w mediach zachodnich (o polskich z litości zmilczę). I nie chodzi tu o ten oficjalny, „partyjny” sposób patrzenia na Zachód, ale ten będący wynikiem indywidualnego osądu. Bo Chiny, Chińczycy patrzą na nas również. A może nawet bardziej, niż my na nie. Chiny mają swoje think-tanki. Żywa i obszerna jest tam niezwykle publicystyka na temat stosunków międzynarodowych, zmian w WTO, zagrożeń klimatycznych, imperialistycznej (w rozumieniu oderwanym od socjalistycznego stygmatu tego pojęcia) polityki Stanów Zjednoczonych, itp. itd. Publicystyka ta jest kompletnie nieznana na Zachodzie. Nie mamy pojęcia jak nas, Zachód, widzą intelektualiści, publicyści, specjaliści zajmujący się tematyką międzynarodową.

Poniżej zamieszczam skromny przykład: tłumaczenie jednego z artykułów opublikowanych na blogu na WeChat. Artykuł przedstawia przemyślenia autora na temat amerykańskiego systemu wyborczego, jego znaczenia dla tożsamości narodowej Amerykanów i wynikających z tych konsekwencji. 

Autorem tekstu jest niejaki Tu Zhuxi, co można tłumaczyć jako Przewodniczący Królik. To pseudonim literacki Ren Yi – chińskiego blogera (absolwenta Harvardu), którego posty na WeChat obserwuje 1.6 miliona użytkowników.

Artykuł zawiera, podkreślam to ponownie, opinie autora, czyli subiektywny osąd problemu. Nie trzeba się z nim zgadzać. Można sobie przy lekturze mruczeć „to nie tak”, albo „tu przesadził”. Ważne jednak, żeby dzięki tekstowi móc na pewne rzeczy spojrzeć z innej perspektywy. Bo to kluczowa metoda dla dojścia do obiektywnej prawdy o nas: konfrontacja tego jak siebie widzimy sami, z tym jak nas postrzegają inni. Pewne „oczywiste oczywistości” nabierają zupełnie innego wymiaru, to co do tej pory uznawaliśmy za zalety, może nagle okazać się wadami, albo utracić jakikolwiek walor. 

Moim zdaniem autor w swoich obserwacjach „niepokojąco zbliżył się do prawdy” i „coś jest na rzeczy”. Ale oczywiście mogę się mylić. Ocenę pozostawiam Państwu.

(Forma tekstu, w tym podtytuły zachowane zgodnie z oryginalna wersją tekstu. Redaktor dokonał kilku „cięć”. Dotyczą one dygresji nie mających znaczenia dla głównej tezy, za to zdecydowanie wydłużających proces zapoznawania się z argumentami. Dla pragnących poznać tekst artykułu – wersja angielska: TUTAJ)

Karykatura Ren Yi / South China Morning Post

Tu Zhuxi

Amerykańska „Rewolucja”: „Czarna dziura” amerykańskiego systemu wyborczego i jakie z tego płyną wnioski dla Chin 

Przeczytałem dzisiaj wywiad z profesorem Ezrą Feivel Vogelem, którego udzielił Global Times: „90-cio letni profesor Vogel: Niestety, istnieje możliwość zbrojnej konfrontacji między Stanami Zjednoczonymi i Chinami”.

Zasłużony profesor, który całe swoje życie poświęcił badaniu Chin oraz Azji Wschodniej i promował rozwój kontaktów między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, wyraża swoje głębokie zaniepokojenie będąc świadkiem gwałtownego pogorszenia się relacji chińsko-amerykańskich za czasów administracji Trumpa (zwłaszcza w okresie ostatnich dwóch lat). Po prostu nie mógł przemilczeć tego co się dzieje.

Wywiad pojawił się w najlepszym (dla mnie) momencie, ponieważ przystaje doskonale do tematyki, którą chciałbym poruszyć w niniejszym tekście. Oto fragment tej rozmowy:

Vogel: W czasopiśmie Atlantic ukazał się artykuł Jamesa Fallowsa, który jest najbardziej obszernym wyjaśnieniem tego co się wydarzyło [W kwestii koronawirusa (Red.)]. I bez żadnych wątpliwości obarcza odpowiedzialnością administrację Trumpa.

Zanim pojawił się koronawirus, poprzednie administracje opracowały plany na wypadek epidemii. Mieliśmy dobre plany ogólne. Trump w ogóle z nich nie skorzystał. Początkowo nawet nie przykładał większej uwagi do epidemii koronowirusa. W efekcie jakiekolwiek działania podjęto z opóźnieniem. W oczywisty sposób odpowiedzialność za to spada na Trumpa.

Kiedy piszę ten tekst, Stany Zjednoczone mają około 3,8 miliona potwierdzonych przypadków zakażeń, 140.000 osób zmarło i dziennie pojawia się w statystykach około 64 tysięcy nowych zarażeń. Diagnoza intelektualistów i ekspertów jak Stany długie i szerokie jest jedna – to wszystko wina administracji Trumpa.

Koronawirus w USA

Cóż. Przede wszystkim amerykański „dobry plan ogólny” działania na wypadek epidemii został opracowany na okoliczność wystąpienia masowych zakażeń podobnych do grypy pod względem transmisji, ryzyka zakażenia i śmiertelności. (…) Każdego roku, w każdym niemal zakątku kraju, przeprowadza się ćwiczenia na wypadek pandemii, ale przy założeniu, że rozprzestrzeniająca się choroba będzie przypominać grypę. COVID-19 nie mieścił się w założeniach amerykańskich planów, co więcej, nie mieścił się w założeniach podobnych planów innych państw, stworzonych jako zasady postępowania w razie wystąpienia tam epidemii choroby dróg oddechowych. (…)

Wspomniany plan ogólny w Stanach Zjednoczonych w konfrontacji z COVID-19 okazał się absolutnie niewystarczający. Doktor Anthony Fauci mówił o tym wielokrotnie, zwłaszcza w początkowym etapie epidemii: amerykańskie założenia są i niewystarczające, i całkowicie nieskuteczne w starciu z COVID-19. Fauci odnosił się do tej kwestii wyłącznie z punktu widzenia systemu opieki zdrowotnej i jego analiza nie wykraczała poza te obszary.

Śledziłem doniesienia prasowe, informacje i komentarze pojawiające się w mediach amerykańskich, tych prawicowych, jak i tych lewicowych. Krytyka sposobu reakcji na epidemię pochodziła głównie ze środowiska Demokratów: przeciwników Trumpa (anti-Trump) i/lub liberalnych intelektualistów powiązanych z Demokratami. Pomimo mijającego czasu bardzo rzadko można było tu natrafić na materiały, które podejmowałyby próbę dogłębnej analizy niedoskonałości i problemów amerykańskiej odpowiedzi na COVID-19 z perspektywy całego systemu politycznego, społeczeństwa, sposobu sprawowania władzy, kultury i ekonomii.

Ogólnie rzecz biorąc, publikowane analizy stawiały pytania i próbowały znaleźć odpowiedzialnych w zakresie „przywództwa politycznego” – zazwyczaj wskazując palcem na prezydenta, Biały Dom i gubernatorów stanowych jako winnych. Przeważająca większość tych analiz wskazuje jako głównego winnego samego Trumpa osobiście.

Zgodnie z tą logiką źródłem słabej reakcji amerykańskiej na epidemię jest tylko i wyłącznie Trump. Gdyby ktoś inny był prezydentem, Stany Zjednoczone mogłyby pokonać COVID-19.

(…)

W niniejszym tekście wykazuję, że ze względu na system polityczny i prawny obowiązujący w USA, wdrożenie tu powszechnego i skutecznego systemu przestrzegania dystansu społecznego, jak również kwarantanny obejmującej całe aglomeracje miejskie [co jest podstawą walki z epidemią stosowaną w Chinach, Korei Południowej, Japonii, czy Wietnamie (Red.)], jest po prostu niemożliwe.

 

(…)

Nieefektywna reakcja USA na epidemię z chińskiego punktu widzenia

We wcześniej publikowanych artykułach opisałem i podsumowałem trzynaście przyczyn słabej (nieefektywnej) reakcji USA na epidemię:

  1. System rządów: rozdział władzy między rządy federalne, stanowe i lokalne;
  2. System rządów: rozdział władzy między legislatywę, egzekutywę i sądownictwo;
  3. Głębokie rozwarstwienie klasowe i rasowe;
  4. Kultura, która uważa indywidualizm za cnotę nadrzędną, nawet kosztem interesów społecznych lub grupowych;
  5. Nadmierny, jednostronny nacisk na prawa polityczne i cywilne;
  6. „Kult broni palnej”: duch Deklaracji Niepodległości, prymitywny indywidualizm i militaryzm;
  7. „Kult Biblii” i anty-intelektualizm;
  8. Niejednorodne społeczeństwo bez wspólnej płaszczyzny porozumienia lub konsensusu;
  9. Rząd i media, które mają w zwyczaju intensyfikowanie, a nie łagodzenie napięć społecznych;
  10. System wartości, w którym nie szanuje się starszych i nie otacza się ich specjalną ochroną;
  11. Model rodziny, który nie sprzyja zwalczaniu COVID-19;
  12. Fatalna sytuacja ekonomiczna amerykańskiej klasy średniej i klas niższych (niepewność finansowa, życie od czeku do czeku, problemy kredytowe);
  13. Inne czynniki kulturowe, takie jak na przykład sprzeciw wobec noszenia masek.

Istnieje z pewnością wiele innych aspektów oprócz tych, które wymieniłem. Co ważne: słaba reakcja Stanów Zjednoczonych na COVID-19 jest wypadkową czynników politycznych, prawnych, społecznych, kulturowych i ekonomicznych. Biały Dom będąc jednym z najistotniejszych autorytetów publicznych (władza wykonawcza rządu federalnego), ma w rzeczywistości ograniczony wpływ na ten szerszy kontekst.

Koronawirus w USA a polityka

Stany Zjednoczone nie są w stanie wdrożyć skutecznie systemu „social distancing”, ani objąć pełną kwarantanną dużych miast, ani zakazać podróży międzystanowych. Wprowadzenie na urządzeniach mobilnych kodów QR pomagających monitorować sytuację epidemiologiczną jest absolutnie niewykonalne w atmosferze nacisków obywateli na ochronę prywatności. Kiedy dla przeważającej części społeczeństwa takie wartości jak indywidualizm i anty-intelektualizm mają najwyższy priorytet, trudno mówić o jakimkolwiek zarządzaniu epidemią. To problemy, których da się rozwiązać zmianą prezydenta. Jestem przekonany, że jeśli obecnie prezydentem USA byłby nawet Obama, Hilary, czy Biden, to żadna z tych osób nie byłaby w stanie zmienić obrazu konfrontacji USA z COVID-19, nawet jeśli wykazałaby się większą efektywnością, choćby poprzez wcześniejsze przejęcie inicjatywy, czy zdecydowane stanowisko w sprawie powszechnego stosowania masek.

Wynika to z faktu, że walka z epidemią nie zależy od woli politycznej czy działań prezydenta, ale przede wszystkim od sprawności funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej, systemu prewencji na poziomie całego kraju, systemu, obejmujących każdego: od samej góry do samego dołu, wszystkich, bez wyjątku. Władza publiczna musi powszechnie, efektywnie i spójnie wdrażać zalecenia (tak by na poziomie lokalnym nie było „własnych” wersji zaleceń), nie może również pozwolić, aby jakakolwiek instancja władzy sądowniczej ingerowała w rozwiązywanie problemów na jakimkolwiek poziomie władzy wykonawczej. Na szalach, na których położone zostają interesy jednostki i społeczeństwa, zdecydowanie przeważać musi interes społeczny. „Prawa polityczne i prawa jednostki” należy w takich trudnych czasach odsunąć na dalszy plan.

Fundamentem koncepcji amerykańskich instytucji politycznych i prawnych jest ograniczanie praw zbiorowych. Istotą amerykańskiego systemu rządów jest rozdział władzy. Prawa polityczne i prawa jednostki to podstawa amerykańskich wartości politycznych. Negowanie tych wartości jest równoznaczne z negowaniem kwintesencji amerykańskości.

Postrzeganie mizernej reakcji USA na COVID-19 jedynie w kategoriach „przywództwa politycznego” i wskazywanie palcem na Trumpa, jako wyłącznie odpowiedzialnego za stan rzeczy jest nie tylko powierzchowne, ale powoduje, że umyka nam istota problemu. Przywoływanie prostych odpowiedzi nie pozwala podjąć wysiłku poszukiwania rzeczywistych przyczyn problemu.

Ameryka: obserwator czy uczestnik gry?

Przez ostanie kilka miesięcy obserwowałem komentarze polityczne z lewej i prawej strony amerykańskiej sceny politycznej (…). Na palcach jednej ręki można policzyć osoby, które próbują sięgać poza konstrukcję polityczną USA i próbować analizować sytuację z innej perspektywy. Dlaczego? Widzę ku temu dwa powody:

  • Amerykanie są jak skonfundowany przebiegiem partii gracz: czasami obserwator z boku widzi więcej niż uczestnik gry. Amerykanie naprawdę wierzą, że amerykański system jest wyjątkowy, najlepszy na świecie. Jest to wiara dogłębna i niezłomna, którą cechuje autentyczna pewność siebie co do obranej „drogi, zasad, systemu i kultury” („Cztery pewności siebie” z Myśli Xi Jinpinga). Amerykanie po prostu nie są w stanie wątpić, lub przeciwstawić się amerykańskiemu systemowi. Ponieważ jest on idealny, to jeśli epidemia generuje problemy, to oczywistym jest wniosek, do którego dochodzi Amerykanin, że perturbacje wynikają z wyboru złego polityka. Konkludując dalej, winny sytuacji jest ten, kto ma największą władzę – w tym konkretnym przypadku Trump. Na poziomie niższym można winą obciążyć na przykład gubernatora Florydy DeSantisa. Tak głęboka jest mniej więcej perspektywa postrzegania sytuacji przez większość Amerykanów.
  • Krytykowanie systemu amerykańskiego to błąd polityczny. Bowiem to sfera tabu. Taka krytyka jest antyamerykańska, „niepatriotyczna”, „nieamerykańska”. Uderza w samo serce Stanów Zjednoczonych. Dlatego też, pomimo tego, że widać, iż „król jest nagi”, nikt nie odważa się powiedzieć tego głośno. Zresztą jestem przekonany, że większość społeczeństwa nawet nie dostrzega nagości króla – społeczny mózg został wyprany ideałem systemu amerykańskiego. Mniejszość, która to dostrzega, to zapewne liberalni intelektualiści, lub niektórzy Demokraci. Znają przyczyny problemu, ale nie odważają się o nich mówić. Dzieje się tak dlatego, że wskazanie istoty problemu nie spowoduje jego natychmiastowego naprawienia, ale wywoła falę krytyki skierowaną przeciw nim. Lepiej zatem wskazać palcem na Trumpa.

Reasumując: porównując Chiny i Stany Zjednoczone natrafiamy na interesujące zjawisko.

Chiny i USA a krytyka rzeczywistości

Kiedy Chińczycy krytykują rzeczywistość, to mają w zwyczaju kierować krytykę pod adresem systemu. „Problemy systemowe”. Nawet jeśli w praktyce poruszane problemy mają swoje źródło na poziomie indywidualnym [generowane przez konkretną osobę (Red.)], to z pewnością wynikają one z szerszego kontekstu systemowego. „Ponieważ to system ukształtował taką osobę”, „ponieważ to system nie wykrył, lub nie ograniczył złych działań tej osoby”. W przypadku roztrząsania problemu i jego źródła analiza przypadku nieodmiennie prowadzi ku problemom systemowym.

Kiedy Amerykanie krytykują rzeczywistość, to skupiają się na konkretnych działaniach konkretnego polityka. To nie system jest winny, ponieważ system jest idealny, lub prawie idealny [„nie wymyślono dotychczas lepszego systemu” (Red.)], zatem winny musi być polityk, jego zła osobowość, jego niskie kwalifikacje. (…) Z drugiej strony, jeśli nieustannie wybiera się osoby niekompetentne, a nawet wybiera się je ponownie– na przykład, gdyby Trump został ponownie prezydentem – to wina leży po stronie wyborców. I na tym poziomie niestety analiza musi się zakończyć. Wśród fundamentalnych wartości amerykańskiego systemu politycznego leży przekonanie, że preferencje polityczne każdego obywatela są równoprawne, że nie wolno podważać woli wyborców.

Podczas kampanii prezydenckiej w 2016 roku Hilary Clinton wyraziła się negatywne o wyborcach Trumpa i spadła na nią za to fala krytyki, w efekcie zapłaciła najwyższą polityczną cenę – prawdopodobnie właśnie dlatego przegrała wybory. Co zatem pozostaje? Krytykować w mediach wpływy polityczne, sposoby finansowania kampanii i środowiska lobbingowe. Dalej iść nie można. Tu analiza i krytyka muszą się kończyć. W tak ograniczonych ramach dialogu łatwo przekroczyć cienką granicę – pytając na przykład czy system elekcyjny w Stanach Zjednoczonych nie zawiera być może „fundamentalnych błędów konstrukcyjnych”.  To wchodzenie na pole minowe, mogące skutkować natychmiastowym strąceniem w polityczne niebyt.

Czytaj również: Jaka będzie rola Chin w odbudowie globalnego ładu po pandemii?

W tak skonstruowanym systemie wyborczym można mieć co najwyżej nadzieję, że popierany przez określone osoby lub środowisko kandydat polityczny obejmie władzę i w ciągu najbliższych kilku lat zrealizuje swój program, a w ten sposób będzie w stanie zabezpieczyć interesy grupy, która go wspierała. W takich okolicznościach (…) Amerykanie (…) nie będą się zastanawiać nad niedoskonałościami systemowymi, całą swoją uwagę skupiają na skutecznych metodach walki politycznej. [Polityka utylitarna, której istotą nie są idee, a wyłącznie sukces polegający na przejęciu władzy (Red.)]

To z kolei powoduje, że politycy amerykańscy myślą i działają w kategoriach krótkoterminowych. Dlatego też unikają dotykania problemów, których rozwiązanie wymaga długiego czasu, odnoszą się do nich ewentualnie w sytuacjach, które pozwalają im doprowadzić do szybkiego rozwiązania problemów bieżących. Nawet jeśli w kraju są naukowcy i analitycy, którzy potrafią przygotować wieloletnie projekty w szerokim kontekście historycznym i społecznym, to trafiają one ostatecznie na biblioteczne półki, zostają zamknięte w „wieżach z kości słoniowej” – dalekie od bieżącej praktyki politycznej.

Źródło: theatlantic.com

“Nasza rewolucja” – Bernie Sanders i jego diagnozy

W tydzień po ogłoszeniu wyników wyborów w 2016 roku, Bernie Sanders, jeden z demokratycznych kandydatów do urzędu prezydenta, wydał swoją książkę „Nasza rewolucja”. Jak wszyscy pamiętają w 2016 roku w finale wyborów prezydenckich starli się ze sobą Trump i Clinton. Bernie Sandersa określano jako radykalnego, lewicowego (uzyskał nawet etykietę socjalisty) kandydata Partii Demokratycznej, przegrał ówczesne prawybory z Clinton. W trakcie kampanii pozyskał jednak wielu zwolenników w partii, zwłaszcza wielu młodych. W książce przedstawił swoje przemyślenia na temat tak różnych zagadnień jak nierówności w dochodach, rasizm, problemy środowiskowe, problemy służby zdrowia, niebezpieczne powiązania grup medialnych i partii politycznych, różnice w zarobkach kobiet i mężczyzn, czy problemy z Wall Street i mega korporacjami.

Diagnozy Sandersa przedstawione w książce, a dotyczące problemów Ameryki pokrywają się w części z diagnozami Trumpa. Różnica polega na tym, że Sanders kieruje je do znacznie szerszego kręgu odbiorców (w tym do mniejszości etnicznych, kobiet, osób wykluczonych, czy z niepełnosprawnościami), a Trump jest w swym przekazie bardziej zaściankowy. (…) Oczywiście podczas całej kampanii Sandersa w powietrzu wisiało niewypowiedziane pytanie – czy pochodzący z wielkiego miasta, amerykański żyd z Brooklynu naprawdę zdobędzie tyle głosów, by zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych? (…)  Jak na razie widać, że odpowiedź jest negatywna.

Nie chcę jednak pisać o poglądach Sandersa lub jego pochodzeniu, ale o jego sloganie – „nasza rewolucja”.

„Nasza Rewolucja” stała się sztandarową akcją lewej strony amerykańskiej sceny politycznej, zainicjowana w trakcie kampanii Berniego Sandersa z 2016 roku, trwa dalej i przyciąga kolejnych zwolenników, wywodzących się spośród członków Partii Demokratycznej, jak i spoza niej.

„Nasza rewolucja” stawia sobie trzy główne cele – „Przeforsujmy nasze rozwiązania”, „Zreformujmy Partię Demokratyczną” i „Wybierajmy osoby postępowe na wszystkich etapach głosowania”.

Warto zauważyć, że Sanders jest największym zwolennikiem rewolucyjnych zmian pośród wszystkich amerykańskich polityków głównego nurtu. Chciałbym uświadomić jednak moich chińskich czytelników, że jego rozumienie „rewolucji” jest niczym więcej niż promowaniem własnych pomysłów i rozwiązań pośród szerokiego ogółu odbiorców celem uzyskania sukcesu wyborczego przez ludzi z nim związanych, jak i przez siebie samego.

Chińskie i amerykańskie podejście do rewolucji

W chińskiej debacie politycznej – co jest oczywiste dla osób z nią zaznajomionych – mamy do czynienia z rozróżnieniem pojęć „rewolucja” i „reforma”.

Rewolucja to przewrót i rozpoczęcie od nowa; upadek starego systemu, starego porządku i tworzenie nowego systemu. Rewolucja jest często pełna przemocy, gwałtowna, jest śmiertelnym zagrożeniem dla starego systemu, który się przed nią broni. Z punktu widzenia marksizmu rewolucja to walka klas, gwałtowny ruch robotniczy. Z punktu widzenia leninizmu, to akt pełen przemocy. Według Mao Zedonga:

Rewolucja to nie proszona kolacja. Pisanie eseju, malowanie obrazu lub haftowanie; nie może być tak wyrafinowana, refleksyjna i uprzejma, umiarkowana, grzeczna, ograniczona i wielkoduszna. Rewolucja to powstanie, akt przemocy, za pomocą którego jedna klasa obala inną.

W chińskim kontekście, a w zasadzie w większości kulturowych i społecznych kontekstów „rewolucja” jest działaniem intensywnym, rewolucja wymaga obalenia istniejącego systemu. Podporządkowanie się obecnemu systemowi, ruch wewnątrz niego i istniejącego porządku to zaledwie reforma.

W Stanach Zjednoczonych wygląda to inaczej. Podważanie i obalanie systemu to tematy tabu. Są po prostu niemożliwe. Dzieje się tak dlatego, że system amerykański uważany jest za świętość, coś idealnego. Tu tylko dane osoby stwarzają problemy, tu tylko pojedyncze problemy powodują kłopoty. System sam w sobie nie jest problemem. Zatem wszelkie podejmowane akcje mogą być przedsiębrane wyłącznie przy założeniu, że system na nie pozwala. Jedyna droga wiedzie przez wybory – wygraj wybory, by móc osiągnąć punkt wyjścia do zmian społecznych.

Może zainteresuje Cię również: Powódź w Chinach, czyli dowód w sprawie

W związku z tym w retoryce politycznej Berniego Sandersa nie znajdziemy radykalnej rewolucji lub transformacji, ale całkowite podporządkowanie się amerykańskiemu systemowi. Ponieważ 100% Amerykanów popiera i jest posłuszne systemowi, eliminuje to jakąkolwiek możliwość znaczącej krytyki lub podważania istniejącego porządku. Amerykański system całkowicie wyklucza jakiekolwiek zmiany w swym funkcjonowaniu. Nawet „radykałowie” muszą mieć na sztandarach amerykański system i mogą próbować wpływać na społeczeństwo wyłącznie w jego ramach – promując swoich kandydatów w wyborach.

Kilka tygodni śmierć George’a Floyda będąca efektem brutalności policji spowodowała masowe protesty Amerykanów na ulicach miast.

Zamieszki w Atlancie (Stany Zjednoczone) 29 maja 2020. Zdjęcie: Ben Gray/Atlanta Journal-Constitution via AP

Czy widzieliśmy w trakcie tych protestów kogokolwiek kontestującego samą istotę amerykańskiego systemu politycznego, jego instytucji, rządów? Osobę, która spaliła konstytucję? Spaliła amerykańską flagę? Czy ktokolwiek zaproponował konkretne działania prowadzące do przewrotu?

Nic takiego się nie wydarzyło. (…) Każde napięcie uświadamiające konieczność zmian nieodmiennie prowadzi do wyborów.

Stany Zjednoczone wykorzystują mechanizm podziału władzy, by osłabić większość napięć społecznych poprzez przekierowanie ich na polityków na różnych szczeblach jurysdykcji. W efekcie obywatele chcąc rozwiązać problemy – stosując jedynie dostępny mechanizm wyborów – koncentrują się na krytyce konkretnych polityków a nie instytucji. To daje ludziom poczucie, że mają władzę w swoich rękach i mogą wpływać na polityków poprzez głosowanie, co niesie nadzieję na zmiany w ich życiu.

(…)

Licencja na moralizowanie w Stanach Zjednoczonych

Kilka tygodni temu, kiedy w całych Stanach Zjednoczonych wybuchły zamieszki, sekretarz stanu Pompeo miał czelność strofować i pouczać Chiny – u nas jest wolność zgromadzeń, wyrażania przekonań i wolność protestów. 

System amerykański wypracował sobie następujący mechanizm: dajmy ludziom prawo do zgromadzeń i prawo do protestów, żeby mieli poczucie, że są ważni i poważani, i żeby uważali, że wszystko im wolno.

W jednym z moich poprzednich artykułów pt. „Od „licencji na moralizowanie” i „odzianych na czarno wojowników” po „chorych ludzi Hong Kongu” wyjaśniałem mechanizm „licencji na moralizowanie”:

Ludzie wierzą, że jeśli kiedyś zrobili coś dobrego, to mogą sami sobie wybaczyć (lub pobłażać), jeśli w przyszłości zrobią coś niezbyt dobrego (nawet jeśli ich czyn stoi w sprzeczności z wyznawanymi przez nich samych standardami moralnymi).

Warunki w jakich działa system w Stanach Zjednoczonych są następujące: jeśli pozwolimy ludziom na wyrażanie swoich przekonań, pozwolimy im na swobodne sarkanie i narzekanie na rząd, to damy im „prawa polityczne i obywatelskie”. To samo w sobie da systemowi amerykańskiemu wyższość moralną, pomimo pozorności całego zabiegu. Bo potem, rząd amerykański nie musi już robić nic więcej: „wysłuchaliśmy was bardzo uważnie, ale zdecydowaliśmy, że nic z tym nie zrobimy”. Fakt, że w ostatnich kilku dziesięcioleciach było tu tak wiele konfliktów rasowych i zamieszek na tle klasowym dobitnie ukazuje, że ten rodzaj „swobody wyrażania” w żadnej mierze nie prowadzi do jakiejkolwiek znaczącej zmiany politycznej. Społeczeństwo amerykańskie nie doświadczyło żadnych fundamentalnych zmian. Ludzie, którzy nie mogą już znieść swego losu, mogą co najwyżej wyjść na ulice, co i tak niczego nie zmienia.

Amerykański system wyborczy jest systemową, narodową formą „licencji na moralizowanie”. Na początku daje on ludziom prawo głosu, przydziela im kilka praw politycznych i obywatelskich, i pozwala myśleć, że mają władzę i sprawczość, co wywołuje u nich poczucie moralnego samozadowolenia.

Następnie politycy i elity mogą wychwalać wielkość i chwałę systemu, jego praworządność, moralność. „Pozwalamy Afroamerykanom wychodzić na ulice. Nasz system jest postępowy”. „Mieliśmy Obamę jako prezydenta, jak można zarzucać naszemu społeczeństwu, że dyskryminuje Afroamerykanów?” (…)

Polecamy: Kronika zapowiedzianej śmierci

Rozdział władzy i system wyborczy w Stanach Zjednoczonych stworzyły idealną „pułapkę poznawczą” – ludzie wierzą, że system pozwala im na nieograniczone wzmacnianie znaczenia jednostki i oferuje niezmierzone możliwości dokonywania zmian. W istocie to systemowa czarna dziura, która wysysa cały potencjał i go rozprasza, sprawia, że wszelkie działania w jej polu nie prowadzą do jakichkolwiek realnych zmian.

Wierzę, że w Stanach Zjednoczonych nie dojdzie do żadnego powstania, ponieważ nie ma tam siły, która mogłaby obalić lub przekształcić amerykański system. Jest on tak potężny, że przeinacza znaczenie słów. Tu „rewolucja” to reforma ograniczona ramami obowiązującego systemu wyborczego. To naprawdę wspaniały i potężny system.

Tylko potężny nacisk z zewnątrz może zmusić Stany Zjednoczone do przemiany.

Chiny już wywierają taki nacisk na USA. Na początku był to nacisk pośredni, niezbyt odczuwalny, ale staje się coraz bardziej wyraźny w miarę rozwoju Chin.

Dlaczego Ameryka nie może krytykować swojego własnego systemu?

Amerykański system wyborczy oprócz „dawania władzy” ludziom, stwarzającego u nich fantastyczną iluzję posiadania władzy politycznej i możliwości wpływania na jej kształt, jest zarazem bardzo mocno związany z poczuciem własnej tożsamości amerykańskiego obywatela.

Jak napisałem dwa dni temu w artykuleDlaczego Stany Zjednoczone nie rozumieją Chin – od deklaracji założycielskiej Komunistycznej Partii Chin, po cywilizację europejską i politykę amerykańską” – Stany Zjednoczone to kraj wieloetniczny, asymilujący ludzi różnych narodowości, ras, kultur i społeczeństw. Żeby stworzyć z nich jeden organizm, kraj nie mógł odwoływać się do więzów krwi, wspólnego pochodzenia czy wspólnej kultury, ale zamiast tego oparł się na wspólnych wartościach politycznych – akceptacji konstytucji Stanów Zjednoczonych i zgody na fundamentalne wartości polityczne Stanów Zjednoczonych.

Polityczne wartości i system amerykański to dwa fundamenty „tożsamości narodowej” Stanów Zjednoczonych.

Podważanie systemu amerykańskiego jest równoznaczne z podważaniem tożsamości narodowej Amerykanów, to z automatu czyni takie działania antyamerykańskimi.

Każda cywilizacja musi opierać swe istnienie na tożsamości narodowej.

Tożsamości narodowe krajów europejskich bazują na wspólnej rasie, krwi, ziemi oraz języku i kulturze. Negowanie czyjegoś pochodzenia, krwi, ziemi i języka to działanie podważające jego własną tożsamość narodową i jako takie jest nieakceptowalne.

Chiny są również krajem wielonarodowym, a swoją tożsamość budują na kulturze i języku, ktoś kto potrafi się zintegrować z narodem chińskim na tej właśnie bazie, zostanie zaakceptowany. Ziemia (miejsce urodzenia) jest rzeczą wtórną, choć kwestie etniczne i więzy krwi mogą odgrywać pewną rolę. Jednakże ogólnie rzecz biorąc Chińczycy dosyć łatwo akceptują i przyjmują innych – etniczność, więzy krwi i inne temu podobne czynniki mają dość znikome znaczenie. Z chińskiej perspektywy podważa chińskość lub jest nielojalny w stosunku do Chin ten, kto podważa chińską kulturę, historię, tradycje lub chiński punkt widzenia na granice państwa i ziemie chińskie.  

Ulica Nanjing w Szanghaju Zdjęcie: © Aly Song / Reuters

Z perspektywy amerykańskiej pochodzenie, więzy krwi, ziemia, język, kultura i historia nie mają większego znaczenia – liczą się tylko wartości polityczne. Podważanie amerykańskiego systemu to negowanie „narodu amerykańskiego”.

W każdym narodzie działania zmierzające do podważania jego tożsamości narodowej są nieakceptowalne – czy to w Europie, czy w Chinach, czy w Stanach Zjednoczonych. To co wyróżnia Stany Zjednoczone to fakt, że ich tożsamość narodowa oparta jest na fundamencie systemu politycznego i jego wartości.

W jakich zatem warunkach społeczeństwo lub naród może podjąć działania podważające własną tożsamość narodową?

Obecnie uważam, że jest to możliwe włącznie w sytuacji zaistnienia poważnych napięć etnicznych lub międzynarodowych.

Tylko w obliczu wielkiej klęski możliwe jest takie samo-negowanie lub wręcz samo-nienawiść.

Chińska idea narodowości jest oparta o kulturę i cywilizację. W trakcie ostatnich dwustu lat z okładem Chiny były świadkiem zagranicznych inwazji i upokorzeń, poczucia zacofania i własnej słabości – w rezultacie zaczęły wątpić we własną kulturę i system. Ten rodzaj samo-zwątpienia i samo-podważania odciska swoje piętno po dziś dzień. Chińczycy mają skłonność do poszukiwania swoich „dziedzicznych słabości” wynikających z tradycyjnej kultury.

W miarę rozwoju chińskiej ekonomii i wzrostu znaczenia kraju na arenie międzynarodowej, ludzie zaczęli się zmieniać, nabierać pewności siebie i dostrzegać pozytywne cechy tradycyjnej kultury chińskiej i współczesnych praktyk społecznych.

Chiński rozwój a USA i stosunki międzynarodowe

Stany Zjednoczone są podobne. Amerykański koncept tożsamości narodowej oparty jest na ich własnym systemie i wartościach politycznych. Nic mniej dotkliwego niż głęboka frustracja – być może spowodowana dogonieniem lub wyprzedzeniem Stanów Zjednoczonych przez Chiny, czy wręcz porażką w rywalizacji z Chinami – nie zmusi obywateli do przejrzenia na oczy. Podstawą amerykańskich „czterech pewności siebie” jest absolutna dominacja ich świata w ostatnim stuleciu. Siła Stanów Zjednoczonych sprawiła, że ludzie uwierzyli, że amerykański system musi być najlepszy na świecie, a co za tym idzie, amerykańska tożsamość narodowa również musi być najlepsza na świecie. USA żywiołowo bronią się przed atakami jakiegokolwiek kraju na ich mocarstwową pozycję na świecie. A to dlatego, że każde takie wyzwanie podważa zakładaną wyższość amerykańskiej tożsamości narodowej. 

Jeśli Chiny pewnego dnia rzucą wyzwanie amerykańskiemu systemowi i wyjdą z tego starcia zwycięsko, to z pewnością okoliczność taka zada wielki cios poczuciu pewności siebie Amerykanów.

I tylko wtedy Amerykanie mogą się ewentualnie zaangażować w głębszą analizę własnego systemu i wdrożą niezbędne zmiany i reformy.

Uważam amerykańskie społeczeństwo i elity polityczne za niezwykle inercyjne i niezdolne do samo-refleksji i samo-naprawy w najbliższym czasie, chyba że pod wpływem silnego nacisku z zewnątrz.

Chiny rosną w siłę – co to na Stany Zjednoczone?

Chiński rozwój jest i niewątpliwie będzie w przyszłości wywierał taki nacisk na Stany Zjednoczone. W pewnym momencie USA będą zmuszone do konfrontacji i przemyślenia swojego własnego systemu, zmienienia go, zreformowania. Jak na przełomie lat 70-tych i 80-tych, kiedy USA musiały stawić czoła Japonii w kwestiach przemysłowych i handlowych. Prędzej czy później Stany Zjednoczone w podobny sposób zaczną się przyglądać Chinom.

Im silniejsze będą się stawać Chiny, tym większy będzie ich wpływ na stosunki międzynarodowe. Jednocześnie USA będą doświadczać w tym zakresie relatywnego osłabienia, będzie słabła ich soft-power i wpływy polityczne. Chiny naprawdę mogą być czynnikiem, który rzuci wyzwanie, powie „sprawdzam”, w efekcie wzbogaci amerykański model, przy czym wyznaczą własną ścieżkę odmienną od zachodniej.

Ścieżka, którą obiorą Chiny wpłynie również na sposób rozwoju ludzkości i być może ujrzymy to jeszcze za naszego życia.

Zdjęcie: https://www.analyticsinsight.net/

Na zakończenie: jeśli z amerykańskiego nakierowania się na wartości systemu politycznego wynika jakaś lekcja dla Chin, to taka, że musimy nieustannie obligować się, byśmy pozostali skromni. Pod żadnym pozorem nie wolno nam stać się pełnymi samozadowolenia, nie wolno nam utracić czujności. Musimy nieustannie poszukiwać naszych niedoskonałości, wdrażać zmiany i reformy, wciąż się udoskonalać. „Cztery pewności siebie” są oczywiście bardzo ważne, ale jednocześnie musimy pielęgnować nasze – charakterystyczne dla Chińczyków – cechy takie jak, niewyróżnianie się, pragmatyczność, uważność, skromność i umiarkowanie.

Nie wolno nam naśladować amerykańskiej ślepoty, arogancji, braku zdolności do introspekcji i wybujałego samozadowolenia.

Tłumaczenie: Albert Borowiecki

Redakcja: Leszek Ślazyk

 

 

Show More

Yue Bilin

Pasjonat Chin od ponad 35 lat, uczeń Zhuang Zhou, miłośnik chińskiej literatury klasycznej, uważny obserwator Chin współczesnych.

Related Articles

Check Also
Close
Back to top button