Chiny subiektywnieWiadomości

Zamieszkałem wysoko, albo sąsiedzi

 

Przybyłem, zobaczyłem, zamieszkałem. Nowa dzielnica, w zasadzie zupełnie nowego miasta. Kiedy przyjechałem tu pierwszy raz w 1995 roku nie zapałałem miłością do miejsca. Kilka krzyżujących się ze sobą betonowych jezdni. Obskurny hotel, ale za to z licencją pozwalającą meldować się w nim obcokrajowcom. Przed hotelem, na betonowej ulicy krowa i kulka kur. W hotelu trochę zwierząt, poczynając od tłustych karaluchów, kończąc na śmigłych jaszczurkach. Łóżko pościelone kocami, które tak jak i cały hotel przesiąknięte były zapachem wilgoci i ogromnych ilości spalonych, wonnych papierosów. Żadnej przestrzeni dla ciepłych uczuć.

 

Potem bywałem tu dość często, bo miasto wyrosło na jeden z najważniejszych chińskich ośrodków przemysłu tekstylnego, a w takiej branży podówczas siedziałem. W 2002 roku wreszcie na jakiś czas tu zamieszkałem. Nie dlatego, że podobało mi się tu bardziej niż na przykład w Suzhou, ale dlatego, że wszystko co tutaj robiłem wymagało bezpośredniej i nieustannej kontroli. Wystarczyło jakiekolwiek zadanie zostawić lokalnym siłom, żeby po chwili cały projekt rozlazł się z niewiadomych przyczyn i jak Tytanic płynął ku nieodwracalnej katastrofie. Tak po prostu tu było. Szybko się sobą zmęczyliśmy ja i to miasto. Czy raczej bardzo duża wieś z prawami miejskimi.

 

Nieważne. Wyjechałem rzucając za siebie „nigdy więcej”, co jak wiadomo jest zasadniczo i głupie, i bez sensu. Nigdy nie mów nigdy, powiedział ktoś kiedyś, a wiedział co mówi. Kilka lat temu, może 8, może 9 zatrzymałem się tu na dzień, czy dwa przejazdem. Coś sprawdzić, z kimś się spotkać i pogadać, kogoś komuś przedstawić. Wtedy, po dłuższej przerwie zauważyłem jakieś zmiany. Miast się rozrosło. Wtedy dokładnie dorobiło się ogromnego, nowego szpitala, który był temu miastu niezwykle potrzebny. Miałem swoisty przywilej stać się pacjentem starego szpitala – ten będzie mi się śnił do końca moich dni, to pewne. Ale poza szpitalem i ogromną ilością nowych, naprawdę dobrych dróg dojazdowych, niewiele się tu zmieniło. Prowincjonalna dziura.

 

I stało się. Po latach wróciłem, żeby pobyć tutaj dłużej. Popracować, pomieszkać. Przez pierwszych kilka dni nie mogłem wyjść z permanentnego szoku. Przez 8-9 lat prowincjonalna dziura urosła znacznie, co więcej dorobiło się zupełnie nowego centrum. Stara część miast, ta z pamiętnym hotelem jakby się wycofała przed nowym. A nowe powstało wedle recepty: „dzisiaj tutaj ryżowisko, jutro będzie San Francisco”. No i jest. Wylądowałem w centrum nowej dzielnicy na 23 piętrze 30 piętrowego wieżowca. Wcale nie najwyższego w okolicy, bo ponad wszystkimi budynkami miasta góruje sąsiadująca wieża hotelu Crown Plaza ze swymi 50+ piętrami. Ale o tym innym razem. Pewnie lepiej to będzie po prostu pokazać niż opisywać.

 

Ucieszyłem się, że tym razem w pakiecie wraz z wynagrodzeniem za wykonanie zadania do realizacji znalazło się również lokum. Kto był zmuszonym szukać mieszkania do wynajęcia w mniejszych miejscowościach chińskich niż Szanghaj wie, czym to pachnie. Co też opiszę przy okazji. Moja radość trwała krótko. Okazało się, że zgodnie z lokalnym obyczajem mieszkanie, które się wynajmuje, trzeba najpierw odgruzować. Tu, w mieście powiatowym, wciąż obowiązuje niezrozumiały obyczaj posiadania w głębokim poważaniu stanu technicznego (nie wspominając o higienicznym) danego lokalu przez jego właścicieli. Skoro w mieszkaniu nikt nie mieszka, nie pracuje, to po co je sprzątać? Po co wyrzucać graty po poprzednikach? Może się komuś przydadzą? Po co sprawdzać i utrzymywać w dobrej kondycji wentylację i klimatyzację, skoro nikt z niej aktualnie nie korzysta? Przekroczyłem próg mieszkania i wiedziałem, że przynajmniej najbliższą noc spędzę w hotelu jednak. Czekało mnie sporo pracy.

 

Następnego dnia od rana zabrałem się za wyrzucanie niewyobrażalnej ilości papierów, gratów, tajemniczych przedmiotów. Intensywnie kursowałem pomiędzy mieszkaniem, a wyznaczonym na piętrze, na wewnętrznej klatce schodowej z windą techniczną miejscem gdzie wyrzuca się śmieci i zostawia zbędne rzeczy. Podczas tego kursowania zwróciłem wreszcie uwagę na moich sąsiadów przez ścianę. Najpierw dotarła do mnie muzyka. Transowy ambient, co w okolicznościach chińskiego miasta powiatowego powszechnym nie jest. Muzykę słychać było i przez ścianę, no i na klatce schodowej. Głównie pewnie dlatego, że sąsiedzi prowadzą tradycyjną politykę otwartych drzwi. Jak im gorąco to otwierają drzwi na oścież. A jest gorąco jak diabli. Więc mają otwarte na okrągło. I to pół biedy, w chińskich hotelach ten model funkcjonowania też można zauważyć często. Nic niezwykłego. Ale przechodząc obok tych otwartych na oścież drzwi po raz n-ty poczułem się jakbym raz za razem doznawał deja vu. W sensie w kółko powtarzającego się wrażenia, że tą scenkę już kiedyś widziałem. I jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz. Otóż wewnątrz dużego salonu-gabinetu, do którego wchodzi się wprost z korytarza sąsiedzi rozstawili zacną ilość ciężkich, drewnianych mebli. Tak zwanych antyków, pasujących do nowoczesnego wnętrza jak pięść do oka. No ale się wykosztowali na chińską wersję mebli gdańskich, więc kto im zabroni. Tych mebli nawpychali do środka tyle, że niewiele miejsca zostało do ich omijania. I to również nic niezwykłego. Dziwnym detalem całości był rozebrany do gaci młodzian, wpatrujący się bez mrugnięcia powieką w duży monitor komputerowy stojący na jednym z dwóch ciężkich biurek. Tak stał i nie mrugał dobrych kilka godzin. Ja się przemieszczałem wte i we wte, spocony, tak, że mógłbym wziąć udział w konkursie miss mokrego podkoszulka bez dodatkowego polewania z wiaderka. Idę wyrzucić kolejne graty, łyp w otwarte drzwi: stoi i nie mruga, gapi się. Wracam bez gratów, łyp w otwarte drzwi: stoi, nie mruga, gapi się. Mijała godzina za godziną, a ten stoi i się gapi. I nie mruga. Sześć godzin jak nic. „Na rekord idzie?” pomyślałem sobie. „A może to jakaś szajba? Teraz tak stoi, się gapi, a jak się zbierze w sobie to wyskoczy przez otwarte drzwi z tasakiem (podstawowym narzędziem chińskiego kucharza) i zacznie się mścić, Bóg wie za co. Ja w końcu postanowiłem sobie zrobić przerwę. Prysznic i poszukać czegoś do zeżarcia. Idę. Czekam na windę. A tu z otwartych drzwi wychodzi koleżka w samych gaciach, na klapku typu japonek, Nie ten od gapienia i nie mrugania. Inny. Łeb podgolony, na bok uczesany. Na klacie wydziarany smok. W lewej skórzana pedałka na banknoty i dokumenty. W prawej smartfon rzecz jasna. Chińczyk bez smartfona to wariat, albo po prostu trup. Ten wyraźnie żył. Dziarsko mlaskając klapkiem o podłogę sunął się ku mnie. Winda zajechała z fasonem, się udaliśmy do jej wnętrza. Tam oczywiście gość yp na smartfona, bo szkoda czasu marnować. Przełożył smarfona z prawej do lewej, na której nadgarstku elegancko dyndała sobie pedałka nieco w estetycznym konflikcie z gaciami i japonkiem oraz gołym torsem. Po ekranie zaczął smerać prawą. No i wtedy ujawnił mega pazury palca małego i serdecznego. Takie solidne 6 centymetrów pazura. Do bólu zadbanego. Czyściutkiego i oszlifowanego w zakładzie od szlifowania pazurów „Nail Paradise” w nieodległym centrum handlowym. Ja wysiadłem na parterze, on zjechał do podziemnego garażu, gdzie oczekiwał na niego zapewne pojazd mechaniczny na wypasie. Bo pojazd mechaniczny na wypasie to w powiatowym mieście być albo nie być człowieka interesu. Bez pojazdu na wypasie się tu po prostu nie liczysz, o siostro, o bracie. Tak tylko się zastanawiałem, jak on na goło zasiądzie na ciepłej skórzanej tapicerce. To się organizm przecież klei….

 

Nieważne. Pokręciłem się troszkę w najbliższej okolicy wybrałem miejsce, które robiło dobre wrażenie i zeżarłem co tam dawali. Wróciłem na swoje 23 piętro. Idąc z windy do siebie musiałem przejść koło otwartych na oścież drzwi sąsiadów. Nie muszę chyba pisać, że muzyka grała. A ten tamten stał i się gapił. Ale nie wiem, czy nie mrugał, bo stał tyłem. Przeniósł się tymczasem do drugiego biurka i drugiego monitora. A na monitorze wyświetlały się po prostu te takie „random animation”, te takie „pioruny” i „elektryczne wyładowania”, które są jakimś tam dodatkiem do windowsowego odtwarzacza muzyki. No i wtedy strach mnie zdjął. Nie wiem na czym jadą moi chińscy sąsiedzi, ale nie jest to lekka jazda.

 

Z odgruzowaniem się uporałem, wywalczyłem swój kawałek podłogi. Ambient za ściną rusza tak około 9 rano, milknie w okolicach 23. A ten tam stoi i się gapi. Dzisiaj głównie tyłem. Tego z pazurami, podgolonego nie spotkałem po raz drugi. Może to nie sąsiad, ale kolega jakiś. Albo „business partner”. Tylko co to kurna za biznes?

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “Zamieszkałem wysoko, albo sąsiedzi”

  1. Haha, jak się tak zaczytałem to w pewnym momencie miałem wrażenie, że jakiś kawałek dobrej prozy mi się trafił. Może jest coś do napisania o Polaku w Chinach w dłuższej formie? Najlepiej kryminał, może przestępstwa gospodarcze? Żarty żartami, ale poczytałbym coś takiego. Wszystko przed Polakami.

  2. Jest do napisania. Oj, jest. rzeba się zabrać i napisać :) Ewa wzywa 07 się nie umywa :) To nzaczy nie będzie się umywać….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close