Blog importera

Przekleństwo Chińskiego Nowego Roku

Każdy, kto miał nawet tylko przelotny kontakt z Chinami dowidział się na pewno, że w państwie tym istnieje jedno naprawdę ważne święto. Zwane jest ono Chińskim Nowym Rokiem, albo Świętem Wiosny (od angielskiego Spring Festival). Znaczenie tego święta można porównać do naszego Bożego Narodzenia, do tego połączonego z Wielkanocą.  U nas oba te święta trwają 5 dni. W Chinach obchody Nowego Roku zaczynają się z pierwszym dniem pierwszego miesiąca według kalendarza księżycowego (po chińsku: 正月; pinyin: zhēng yuè), a kończą się 15 dnia tegoż miesiąca Świętem Latarni. Tak jak w przypadku naszej polskiej Wigilii najważniejszym dla wielu Chińczyków dniem dwutygodniowego święta jest Wigilia Nowego Roku, kiedy to odbywa się uroczysta kolacja (chú xī – 除夕), w której udział biorą wszyscy członkowie rodziny, przybywający na nią z całego świata.

I tak jak nasze Boże Narodzenie, Chiński Nowy Rok dla dzieci oznacza prezenty, pieniądze podarowywane w czerwonych kopertach, dla seniorów spotkanie z dziećmi i wnukami, które wyfrunęły z rodzinnego gniazda i osiadły gdzieś tam w odległych miejscach, a dla średniego pokolenia święto to oznacza wydatki, wydatki, wydatki. Kto przybywa do swojego domu na Chiński Nowy Rok musi mieć pieniądze. Nie tylko na prezenty, na czerwono-złote dekoracje domów, przepiękne fajerwerki i najlepsze potrawy. Pieniądze w kieszeni pozwalają zatryumfować nad braćmi, siostrami, kuzynami,  pochwalić się swoim sukcesem, pozwalają dać radość rodzicom z powodzenia dzieci, które cały długi rok ciężko pracowały.

W latach dziewięćdziesiątych zeszłego stulecia (jak to brzmi archeologiczno-muzealnie) miałem okazję kilkukrotnie przebrnąć przez Chiński Nowy Rok oglądając go z bliska w Suzhou, Szanghaju, Shaoxingu. Dwa tygodnie nudy, siedzenia przy stole, obżerania się mniej lub bardziej tajemniczymi wynalazkami i strzelania w zadymione niebo wszelkiego rodzaju sztucznymi ogniami. W czwartym dniu tego „festiwalu” miałem zwyczaj popadać w jakąś formę stężenia psychiczno-fizycznego, a dzień Święta Latarni witałem jak królewna więziona w wieży swojego zakutego w blachy wybawcę. Po dwóch tygodniach laby Chińczycy potrzebowali jeszcze około tygodnia, żeby się ogarnąć, wciągnąć pępuszki i zabrać się do normalnej roboty, czyli po kilkanaście godzin na dobę, 7 dni w tygodniu i 30 dni w miesiącu. A ja z nimi.

Po każdym Spring Festival’u znajomi Chińczycy zadawali mi pytania: na co wam te urlopy, wakacje i inne sposoby na urwanie kilku dni z tygodnia pracy? Przecież jak człowiek jedzie na urlop, to przed urlopem musi tyrać za dwóch, żeby nadgonić, to co może się wydarzyć podczas nieobecności w pracy, a jak już z urlopu wraca, to potrzebuje przynajmniej dwóch tygodni, żeby nadrobić wszystkie zaległości. To przecież nie ma żadnego sensu. A było to w czasach kiedy nawet w Szanghaju wszystkie firmy pracowały w soboty. A ja z nimi.

Pierwsze zmiany w rytmie noworocznym obowiązującym w Chinach nastąpiły po 1995 roku. Do tego czasu pracodawcy zwykli wypłacać swoim pracownikom co miesiąc 50% uzgodnionych wynagrodzeń, a pozostałe 50% wypłacali jednorazowo tuż przed Nowym Rokiem. Robotnicy nie wydawali zbyt wiele w ciągu roku, właściciele firm miel pewność, że pracownicy będą pracowali tak długo jak trzeba, aby zrealizować wszystkie zaplanowane projekty. Chyba w 1997 roku doszło w prowincji Zhejiang do serii linczów dokonanych na właścicielach fabryk przez rozwścieczonych robotników. Zdarzyło się bowiem w kilku miejscach, że owe 50% wynagrodzenia, na które robotnicy czekali przez rok przepadało za przyczyna słabości właścicieli fabryk do gier hazardowych, lub hulaszczego trybu życia.

Tych kilka, czy kilkanaście samosądów spowodowało wprowadzenie w Chinach oficjalnego przepisu zabraniającego dotychczasowej praktyki przetrzymywania przez pracodawców części miesięcznego wynagrodzenia. Teoretycznie bardzo chwalebna decyzja. W praktyce zaczęła ona stopniowo zmieniać czas Chińskiego Nowego Roku z budzącego ciepłe uczucia święta w rodzaj kataklizmu.

Dlaczego? A weźmy za przykład nasz nowy rok 2011. W tym roku Chiński Nowy Rok zaczyna się 3 lutego. Wigilia Roku Królika (bo taki będzie obowiązywał według chińskiego kalendarza w 2011 roku) przypada zatem 2 lutego. Zatem ktoś kto mieszka nawet bardzo daleko od miejsca pracy powinien wybierać się w podróż do domu pomiędzy 20 a 25stycznia. Ale w związku ze zmianami w oficjalnych przepisach jak i podejściu pracowników przyjezdnych do samej pracy ludzie zaczęli opuszczać zakłady pracy już w pierwszych dniach stycznia. Tuż po otrzymaniu pensji za grudzień. Dla robotników zarabiających niewielkie pensje nie ma sensu pozostawanie w pracy do 15, czy 20 stycznia, żeby zarobić dodatkowe kilkaset yuanów. Czym będzie bliżej Święta Wiosny, tym ceny biletów kolejowych i autobusowych będą wyższe. W rezultacie to wszystko co robotnicy zarobią ekstra, wydadzą na droższe bilety. Bez sensu. Pakują więc swoje toboły i wracają do domu, bez niepokoju o przyszłość.

Wszystkie wschodnie prowincje Chin, te najlepiej rozwinięte cierpią na brak rąk do pracy. Pracownicy przyjezdni mogą sobie teraz przebierać w propozycjach. A może się również okazać, że wcale nie będą musieli w tych propozycjach przebierać. Może się bowiem okazać, że od ostatniego Spring Festival w ich rodzinnej wiosce ktoś wybudował nową szwalnię, montownię, przetwórnię, że praca jest na miejscu i nie trzeba będzie do niej jechać pociągiem przez dwie doby, ale wystarczy popedałować 20 minut rowerem.

A gdzie tu kataklizm, skoro ludziom żyje się lepiej? Kataklizm dotyczy planowania produkcji. Kiedyś sprawa była jasna: tydzień przed świętem + dwa tygodnie świąt + tydzień po świętach = cztery tygodnie przerwy w normalnej pracy fabryk, trochę więcej niż dwa tygodnie w normalnej pracy biur. W tym roku przepada cały styczeń, święto trwać będzie do 18 lutego, a dokładając te 10 dni na powroty z domów do fabryk mamy całe dwa miesiące przerwy w produkcji. A będzie tego więcej niż dwa miesiące, ponieważ od dwóch lat pogłębia się efekt „post-świąteczny”, polegający na tym, że od zakończenia festiwalu każda fabryka zaczyna polować na przyjezdnych robotników. Polowanie obejmuje nie tylko wyłapywanie ludzi w okolicach dworców, ale bezceremonialne podkupywanie robotników, którzy zaczęli właśnie pracę u sąsiada. Może się okazać, że duża część fabryk jeszcze pod koniec marca nie będzie w stanie funkcjonować normalnie. Zamówienie złożone pod koniec lutego może się więc produkować i produkować. Nie tygodniami jak do tej pory, ale kwartałami…

Wydawać by się mogło, że rozwiązaniem problemu jest przerzucenie produkcji do tych nowo otwieranych fabryk na głębokiej chińskiej prowincji. Nie jest to jednak takie proste. Głęboka prowincja oznacza problemy z komunikacją, transportem, możliwością bieżącej kontroli jakości, no a przede wszystkim generuje dodatkowe koszty, chociażby związane z koniecznością częstego latania samolotami. Dla importera to nie jest interesujące rozwiązanie. Dla Chińczyków z Szanghaju, Kantonu, czy Qingdao również nie. Jak na razie nikt chyba nie ma gotowego rozwiązania narastającego problemu. Co zatem robić? Chyba najlepiej przyjąć klasyczną chińską postawę i zamiast tracić energię na poszukiwanie wątpliwych rozwiązań po prostu poczekać, aż sprawy same się zaczną jakoś układać. Jaki sens ma kopanie się z koniem? Przecież z góry wiadomo jak będzie rezultat takiego pojedynku. Pytanie zasadnicze (a niepokojące niezwykle) brzmi: ileż do czorta potrwa to czekanie? Tu się mogę zakładać: tego nie wie absolutnie nikt.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close