Chiny subiektywnie

V kolumna

Wkroczenie wojsk hitlerowskich do Austrii, Czech, Słowacji, czy Polski w latach 1938-1939 poprzedzone było działaniami nieformalnych struktur nazwanych przez historyków mianem V kolumny. Członkami owej V kolumny byli obywatele kolejno zagarnianych krajów sprzyjający planom Hitlera i objawiający swoje sympatie w formie czynów: cichej propagandy, aktów przemocy, działań o charakterze dywersyjnym, ale przede wszystkim poprzez wpływanie na lokalną opinię publiczną. Po co?

Oczywiście celem tej aktywności było zmniejszanie potencjalnego oporu obywateli krajów kolejno znajdujących się na celowniku Fuhrera. Wiadomo, że większość społeczeństw każdego kraju jest politycznie obojętna, doskonale bierna. Rządzący póki dają zarobić i zjeść, póty sobie tam mogą rządzić. Ci, czy inni, nie ma to większego znaczenia. Wystarczy przywołać przykład naszej Armii Krajowej, największej na świecie podziemnej organizacji bojowej  okresu II wojny światowej. Jej członkami i współpracownikami było 2% Polaków. Reszta „trzymała się od polityki raczej z daleka”. A przecież rządzącymi byli bezlitośni, bezmyślnie okrutni naziści. Zanim jednak przejęli rządy siłą „urabiali” te bierne 98% poprzez V kolumnę, poprzez rozmowy sąsiada z sąsiadem, poprzez pokazywanie pozytywów wynikających z przywództwa Fuhrera w Rzeszy, poprzez uświadamianie, że nie ma sensu opierać się zwycięskiej potędze.

Tak było w latach 1938-1939.

Dzisiaj mamy do czynienia z analogiczną sytuacją. Dzisiaj też wśród nas mamy członków V kolumny. Zmienił się znacznie jej profil społeczny, bo członkami tej nieformalnej organizacji są zarówno niepozorni ludzie, jak i przywódcy dużych państw, a przede wszystkim menedżerowie wielkich ponadnarodowych korporacji. Diametralnie zmienił się też beneficjent działań tej struktury. Nie ma już III Rzeszy, powstania IV nie chcą nawet sami Niemcy. Dzisiaj miejsce Rzeszy zajęła Chińska Republika Ludowa.

Bzdura? Nie omieszkam sypnąć przykładami.

Olimpiada Pekin 2008. Bez wątpienia pozwalała doszlusować Chinom do krajów z grona tych przodujących. Przypomnę, że w Polsce dotychczas nie odbyła się żadna, ani letnie, ani zimowa, ani przed wojną, ani też po niej. Chinom Ludowym przyznano prawo do zorganizowania Olimpiady dzięki prostym zabiegom dyplomatycznym, szczególnie w kręgu delegatów z Afryki. W krajach afrykańskich powstały za friko stadiony futbolowe, wdzięczni Afrykanie podczas głosowania powiedzieli "yes". I mówią tak do dzisiaj przy różnych okazjach, na różnych konferencjach.

Nicholas Sarkozy w chwilę po szczycie w Brukseli chwalił się publicznie, że rozmawiał telefonicznie z prezydentem Chin Hu Jintao, aby uzyskać od niego zapewnienie, że Chiny będą skłonne wrzucić do europejskiego skarbczyka pilnie potrzebne 100 miliardów dolarów. Nie zająknął się na temat konkretnego planu uzdrawiania europejskiej gospodarki. Co to to nie. Przecież lepszym i jak najbardziej oczywistym rozwiązaniem jest sięgnięcie do chińskich nadwyżek. Potem się coś tam Chińczykom da, na przykład szybsze pełne wejście do WTO.

Sarkozy ma w swoim ugrupowaniu politycznym niemalże zadeklarowanych członków nowej V kolumny. Jean-Pierre Raffarin, były premier Francji, a obecny współpracownik Sarkozyego publicznie mówi, że nie ma sensu buntować się przeciwko Chinom, bo "Nie poradzimy sobie sami. To Chiny przejęły teraz pałeczkę i stały się bankierem całego świata. Tak wygląda rzeczywistość XXI wieku."

Czyż to nie wzorcowa wypowiedź wywrotowca, czy rzecz określając wprost: zdrajcy?

Ogromnie wpływowym i potężnym członkiem V kolumny są międzynarodowe korporacje. Szczególnie w ich przypadku mamy do czynienia z poważnym nieporozumieniem. Wiele osób, z którymi rozmawiam jest przekonanych, że nie ma różnicy pomiędzy koncernami chińskimi (na przykład Wahaha, Alibaba, czy Haier), a koncernami światowymi. Otóż różnica jest i to do tego fundamentalna. Każde państwo, czy to zachodnie, czy wschodnie, traktuje swoją gospodarkę jako narzędzie działalności politycznej. Ale Coca-Cola, Volkswagen, czy Nokia może podjąć decyzje niezgodne z interesem swojego rządu, z dobrem swojego kraju. Podejmuje decyzje korzystne wyłącznie dla siebie. W Chinach zależność firmy od państwa rośnie proporcjonalnie do wielkości przedsiębiorstwa. Małe firmy mogą sobie robić co chcą. Wielkie koncerny muszą się podporządkować woli państwa. Jeśli firm Gelly kupuje Volvo to nie dlatego, że tego chce najbardziej na świecie, tylko dlatego, że dostaje takie polecenie lub przyzwolenie z Pekinu. Właściciel dowolnie wielkiej chińskiej firmy da szyję jeśli tylko zrobi coś wbrew decyzjom przywódców państwa. Koniec i kropka. Korporacje zachodnie korzystają więc krótkowzrocznie z możliwości wejścia na chiński rynek, z niedoszacowanego yuana, dzięki któremu mogą produkować taniej niż u siebie i zwielokrotnić zyski. W ciszy gabinetów polityków, w kuluarach światowych parlamentów przekonująco lobbują za liberalną polityką celną wobec chińskich towarów prezentując świetne wyniki finansowe uzyskiwane właśnie dzięki Chinom, a poprawiające przecież dane makroekonomiczne kraju. Tylko co zwykłym Niemcom po tym, że Volkswagen wyprodukował i sprzedał miliony aut na rynku chińskim? Pracę wykonali Chińczycy w chińskich fabrykach, auta sprzedali chińscy dealerzy, podatki zebrały chińskie urzędy skarbowe. Podobnie jest z wielkimi producentami zabawek, odzieży, produktów spożywczych. Co z tego, że w Europie jest coraz mniej pracy, że coraz trudniej zarobić na codzienne wydatki? Przecież wyniki korporacji są coraz lepsze i lepsze i jeszcze lepsze…

To tylko 3 przykłady z brzegu. Takie bardzo oczywiste. A są działania małe, zupełnie niezauważalne, jednak w swej niewielkiej skali niezwykle efektywne. Dyskusje pod artykułami o Chinach na przykład. Istnieje tajemniczy obóz internetowych wojowników, którzy są gotowi przegryźć gardło każdemu kto ośmieli się napisać jakiś nieprzychylny komentarz na temat Chin. Ileż tam wpisów o wielkości Chin, mądrości ich przywódców, nieomylności decyzji podejmowanych w Pekinie i tak dalej, i tym podobne. Nie sądzę, aby autorami tego typu komentarzy byli ludzie o lewackich poglądach, bo dla nich Chiny są raczej wrogiem, a nie przykładem do naśladowania. A więc kto? Ja? Pani? Pan?… No właśnie…

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Close