GospodarkaWiadomości

Chiny: Rośnie problem braku rąk do pracy

Jak informuje portal finansowy Tencent, pomimo rosnącej liczby nielegalnie zatrudnianych pracowników z krajów Południowo-Wschodniej Azji, w tym dzieci, problem braku rąk do pracy uznaje się w Chinach za przesadzony.

Od kilku lat obserwuje się w Chinach rosnący problem braku rąk do pracy. To zjawisko, zaskakujące w najbardziej ludnym państwie świata, ma kilka swoich przyczyn. Najważniejszymi z nich są zmiany demograficzne oraz bazujące na nich gwałtowne przemiany relacji społecznych w Państwie Środka.

Chiny pod koniec lat 50-tych XX wieku stały się miejscem nieprawdopodobnego boomu demogaficznego. Zaledwie w ciągu 20 lat ludność tego kraju podwoiła się i przekroczyła liczbę 1 miliarda. Władze Chin w obliczu pawdziwej klęski demograficznego urodzaju postanowiły wprowadzić prostą zasadę brzmiącą: "każda chińska rodzina może posiadać jedno dziecko". W początkach swego funkcjonowania zasada ta napotykała duży opór ze strony mieszkańców wsi, gdzie tradycyjnie rodziny były wielodzietne, a zgodnie z wierzeniami Chińczyków w synach żyły duchy przodków. Posiadanie syna było świętym obowiązkiem młodych par wobec rodziców, dziadków, pradziadków. 

Zasada wprowadzona przez państwo i przez nie surowo egzekwowana zaczęła z czasem działać. Przyrost naturalny udało się zahamować. Od początku lat 80-tych XX wieku do dnia dzisiejszego ludność Chin zwiększyła się zaledwie o 300 milionów mieszkańców. Polityka demograficzna Chin przyniosła jednak trzy efekty uboczne:

1. Społeczeństwo chińskie zaczęło się gwałtownie starzeć, powstała wielka dysproporcja pomiędzy ilością ludzi starszych a liczbą młodych, pomiędzy tymi, którzy wchodzą w okres wieku poprodukcyjnego, a tymi, którzy w taki okres wchodzą.

2. Brak jakichkolwiek ograniczeń dotyczących aborcji spowodował, że chłopcy zaczęli zdecydowanie przeważać pośród nowonarodzonych Chińczyków. Już dzisiaj ponad 30 milionów chłopców nie znajdzie w kraju żony wśród rówieśniczek.

3. Pokolenie dzieci obowiązywania prawa "jednego dzicka", to dzieci zepsute: rozpieszczone przez rodziców, dziadków i innych członków rodziny, którzy skupili na nich całą swoją uwagę kiedyś dzieloną na wielu potomków.

Reasumując: liczba potencjalnych młodych pracowników dostępnych dzisiaj jest znacznie mniejsza od ilości pracowników gotowych do pracy na początku lat 90-tych XX wieku. Młodzi ludzie nie są zainteresowani ciężką, żmudną i nieambitną pracą. Zostali bowiem wychowani w atmosferze skłaniającej ich do podejmowania zajęć lekkich, a przy tym niezykle dochodowych. Ludzie ci nie są odporni na stres. W sytuacjach trudnych porzucają pracę i wracają pod skrzydła rodziców, dziadków. Na nich zawsze mogą liczyć.

Normą stał się w ostatnich latach obraz "head hunterów" delegowanych przez fabryki z delty Perłowej Rzeki, którzy koczują na dworcach Kantonu, Shenzhen, Yantian, a których zadaniem jest wyłapywanie z tłumu wracających ze świąt Chińskiego Nowego Roku pracowników, których kusi się większymi płacami, lepszymi warunkami socjalnymi. To swoiste polowanie nie zapewnia firmom uzupełnienia vacatów. Właściciele firm z południa Chin sięgją więc po siłę roboczą z Wietnamu, Laosu, Kambodży. Łamią w ten sposób chińskie przepisy, które pozwalają zatrudniać obcokrajowców wyłącznie na stanowiskach menadżerskich, zabraniają zaś zatrudniać zagranicznych robotników. Oficjalnie kara za naruszenie tego przepisu to grzywna w wysokości od 5 do 50 tysięcy yuanów (2,5 tysiąca – 25 tysięcy złotych) za każdego nielegalnego pracownika. Wietnam, Laos, czy Kambodża to kraje biedniejsze niż Chiny, mieszkańcy tych krajów skłonni są pracować po 16-18 godzin dziennie za stawki, które satysfakcjonowały Chińczyków dekadę temu.

Coraz powszechniejsze staje się na południu Chin zatrudnanie dzieci poniżej 16 roku życia. Pracownicy młodociani są jeszcze bardziej atrakcyjni dla firm chińskich. Praca 12 letniego dziecka kosztuje przeciętnie bowiem 2000 yuanów (1 tysiąc złotych) za 12 godzin pracy przez 7 dni w tygodniu. W odróżnieniu od dorosłych dzieci nie żądają zapłaty za nadgodziny. Kary za zatrudnianie dzieci jest też niższa niż za zatrudnianie dorosłych. Firmy, na które nałożono grzywny zmuszone były zapłacić 600-1200 yuanów (300-600 złotych) za każde zatrudnione dziecko. Jak przyznają właściciele firm z Guangzhou kary takie po prostu opłaca się płacić. Praca dzieci i ich rodziców z krajów Azji Południowo-Wschodniej nawet obciążona grzywnami pozwala Chińczykom utrzymywać konkurencyjność cenową. A to przecież w chińskim eksporcie najważniejsze.

W zeszłym roku w prowincji Guangzhou zabrakło ponad 10 milionów par rąk do pracy. Mimo to chińscy specjaliści od demografii twierdzą, że struktura wiekowa chińskiego społeczeństwa będzie miała znaczący negatywny wpływ na gospodarkę Chin dopiero po 2020 roku. Znaczy: mamy całe 6 lat luzu….

Źródło: SCMP, WCT

 

Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close