Blog importeraPolska

O zachowaniu się przy stole

Sytuacja pierwsza

Okolice czternastej. Dzwoni telefon. Nie znam numeru, ale odbieram. Do 17-tej odbieram wszystko. Po drugiej stronie odzywa się mężczyzna, którego również nie znam. Stosunkowo młody. Ale zdążył się już naczytać tych wszystkich poradników o postawie zwycięzcy. 

– Słucham? – zagajam.

– Pan się orientuje w tych targach w Chinach? – pyta. 

– To zależy. O co dokładnie chodzi?

– Bo ponoć są targi z branży energetyki w Szanghaju za 10 dni.

– I?

– Ja koresponduję z Chińczykami od kwietnia no i już jest czas żeby sie spotkać i skomunikować, wie pan, werbalnie. No i jest okazja, bo są te targi akurat w Szanghaju. Oni na tych targach mają być.

– Ale w czym jest problem? – pytam, bo nie rozumiem.

– Ja nie wiem czy te targi są. Po chińsku nie sprawdzę bo nie znam języka, a po angielsku…

– Ale wciąż nie rozumiem: w czym jest problem?

– Oni jadą 900 kilometrów na te targi, my trochę więcej, no ale nie wiem czy te targi w ogóle są – mówi zniecierpliwiony, bo nie chwytam w lot.

– To niech pan po prostu do nich napisze, zapyta o szczegóły: gdzie dokładnie są te targi (bywa, że w Szanghaju odbywa się kilka imprez w jednym tygodniu),  kiedy się odbywają, czy Chińczycy pańscy są tam jako wystawcy, a jak tak to niech podadzą numer stoiska, a potem sobie pan to może sprawdzić, zweryfikować co, gdzie, kiedy i czy w ogóle ta impreza się odbywa.

– Ale ja bym chciał sam to sprawdzić – nalega. 

– Ale trzeba mieć jakiś punkt zaczepienia. Przecież jeśli pan zapyta o szczegóły Chińczyków może pan to sobie sprawdzić i potwierdzić przez internet. A potem podjąć decyzję.

– No to ja widzę, że sobie będę musiał jednak sam poradzić – mówi tonem człowieka, który doznał kolejnego życiowego rozczarowania. Odkłada słuchawkę…

Sytuacja druga

Mam przerwę w spotkaniu w kolejnym mieście, w kolejnym hotelu. Wyciszony telefon wibruje. Czekam na wiadomość, nie patrzę na wyświetlacz, odruchowo odbieram.

– Ślazyk, słucham – mówię.

– To te Chiny-dwadzieścia-cztery? – pyta mężczyzna albo w średnim wieku, albo w średnim stanie technicznym.

– Tak, słucham.

– Jestem zainteresowany dronami, wie pan co to są drony?

– Ogólnie owszem, ale konkretnie?

– Wie pan widziałem tu w telewizji taką promocję. W Szanghaju.

– Tak?

– Takiego klubu. Czuli, Czali, jakoś tak. Ja bym chciał takie drony sprowadzić do Polski.

– Tak?

– Tak. Pan mi się dowie czy to można kupić, ile taki dron kosztuje. No i czy w ogóle to można sprowadzić.

– ?

– Bo ja nie wiem czy to w ogóle można sprowadzić, a jak by cena była dobra, to ja bym chciał tego więcej sprowadzić.

– Wie pan – moja przerwa w spotkaniu się kończy, – musiałbym poznać trochę więcej szczegółów. Proszę przesłać wiadomość na mój adres mailowy.

– A który?

– Ten, który podany jest obok numeru telefonu, na który pan dzwoni.

– Acha – odkłada słuchawkę.

Mail nigdy się nie pojawia w mojej skrzynce.

Sytuacja trzecia

Do mojej skrzynki mailowej trafia taka oto wiadomość od autora kozi13:

Witam jestem zainteresowany importem z chin towarów
Jaka jest cena sprawdzenia czy kontrahent którego znajdę w internecie istnieje ma fabrykę i rozmawiam z nim a nie z kimś podstawionym 

Sytuacja czwarta

Kilka dni później pisze do mnie mc_camil:

"Witam. Mam kilka pytań.
1) Czy można importować np. odzież znanych firm z Chin? 
2) Ile biorą Państwo prowizji za import? 
3) Czy udzielają Państwo tylko porad czy tylko i wyłącznie import? 
4) Czy są jakieś tajemnice importu o których mało kto wie?"

Nie wiem kim są kozi13 i mc_camil. Prawdopodobnie wrodzona nieśmiałość nie pozwoliła im się przedstawić. 

Kiedyś wzmacniała mnie wewnętrznie świadomość powszechnej w Polsce przedsiębiorczości. Pamiętam dokładnie ten moment kiedy na ulice Gdyni wypełzły łóżka polowe, a na ich naprężonych sprężynami powierzchniach ujawniły się towary za socjalizmu nieosiągalne: banany, kasety magnetofonowe z metalizowanymi nośnikami, dżinsy, adidasy. Nareszcie ludziom wolno było zarabiać pieniądze jak chcieli i gdzie chcieli.

Minęło 25 lat, a w zasadzie niewiele się zmieniło. Te łóżka polowe wciąż są wokół nas. Nie na chodnikach, ale ukryte w biurkach, tych z Ikei i takich wypasionych od pozbawionego gustu i hamulców dizajnera wnętrz, stojących w biurach małych i dużych, w biurach tych co zęby na biznesach zjedli, jak i tych, co dopiero o biznesach marzą.

Tamte „pionierskie” miesiące, lata, pełne były działań przypadkowych, na czuja, obciążonych ryzykiem wynikającym z braku doświadczeń, wiedzy. Po 25 latach powinniśmy nabrać praktyki, powinniśmy dojrzeć. Powinniśmy, ale nie dojrzewamy. Wciąż chcemy robić wszystko na rympał, na patencie, jakby świat się nie zmienił, jakby nie zmieniły się okoliczności. Jakby handel z Chinami był dokładnie tym samym co żenienie dżinsów z łóżka polowego. Bez ogłady, bez języków, bez podstawowej wiedzy na temat świata, najmniejszej świadomości elementarnych prawideł handlu zagranicznego. Bez umiejętności formułowania pytań, jak również rozumienia, że wiedza w biznesie to wartość, za którą należy zapłacić, albo narazić się na straty. I wszystko chcemy robić sami, po swojemu, bo przecież wiadomo, że tak jest najlepiej.

Świat się zmienia szybko, a Chiny w tym świecie zmieniają się z szybkością światła. Dwie dekady temu kilka tysięcy dolarów, umiejętność komunikowania się na migi i duża dawka fantazji pozwalały na „robienie interesów” z Chińczykami na bazarach Pekinu, Szanghaju, Kantonu. Dzisiaj nie. 

Na niedowiarków czekają niezwykle sympatyczni, wyrozumiali i elastyczni sprzedawcy piasku oraz Internetowi oszuści pływających w odmętach Alibaby. Niedowiarków nie żal mi wcale. Serio.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close