Chiny subiektywniePolskaSpołeczeństwo

Chiny, Polska, utopia, dystopia

 

Podróżując ostatnio sporo po „kraju w ruinie” zupełnie sympatycznymi, nowoczesnymi pociągami od klimatyzowanych szynobusów, po dalekobieżne Pendolino, mam sporo czasu na zebranie myśli. A myśli te dotyczą nie tylko Chin, ale również, a może przede wszystkim, obrazu świata w niedalekiej przyszłości. Nasze tak zwane „elity” polityczne (to naprawdę „nadużycie semantyczne” w stosunku do tego niezwykle dziwacznego zbioru osób) cierpią na daleko posunięty brak umiejętności obserwowania świata poza pomieszczeniami, w których zajmują się bardzo ważnymi sprawami, a co za tym idzie, są immanentnie niezdolne do tworzenia strategii dla państwa. Dla nas. Szczególnie w obecnych czasach powinniśmy od tych ludzi wymagać szerszego spojrzenia na rzeczywistość i naszą niedaleką przyszłość. I nie chodzi mi wcale o Brexit, czy turbulencje europejskie. W bardzo krótkim czasie zaczniemy borykać się ze znacznie bardziej złożonymi problemami.

Podróżując i oglądając przez okna pociągów polskie lato w rozkwicie zastanawiałem się nad tym, co tak naprawdę jest obiektem ogólnego zainteresowania w Polsce. Pomijając rzecz jasna futbolowe Euro. Doszedłem do dość prostego wniosku, że dzięki najmiłościwiej nam panującym, a również dzięki mediom bezrefleksyjnym jak kot biegający za słonecznym „zajączkiem”, zajmujemy się nieustannie sprawami o dość powierzchownym charakterze. Jedynym wyjątkiem może być „awantura” dotycząca instytucji prawa w państwie (w tym rolo Trybunału Konstytucyjnego). Generalnie jednak skupiamy się świadomie, tudzież zupełnie mimowolnie na procesie wracania do przeszłości. Według przekonania, dość powszechnego wśród naszych decydentów w wieku 60+, wystarczy cofnąć zegary, wrócić do lat 70. albo 60. XX wieku i wszyscy będziemy młodzi, zdrowi oraz beztrosko szczęśliwi. No bo wtedy oni byli właśnie tacy. To nie jest jakaś nietypowa, wyjątkowa irracjonalność polska. Podstawą decyzji o Brexicie było właśnie takie przekonanie wśród starszego pokolenia Brytyjczyków: odetniemy się od Europy i znów będziemy Imperium Brytyjskim. Aby nasze dzieci i wnuki żyły w tak świetnych okolicznościach, w jakich myśmy żyli. I tu chociażby pojawiają się zafałszowania przeszłości. Wielka Brytania w latach 60. XX wieku wcale nie była taka świetna. Pamiętacie zespół The Beatles? No więc ten zespół podróżował w początkach swej kariery do klubów Hamburga. Czemu, ach czemu? Bo w Niemczech można było zarobić, w UK raczej nie. Większość brytyjskich gospodarstw domowych posiadała wychodki w podwórkach, Dzisiejsi dwudziestolatkowie przeniesieni w realia Polski lat 60. XX wieku zwariowaliby w kilka dni. Nie z braku internetu. Od szarości codzienności, powszechnych ograniczeń, codziennej siermięgi, brzydoty, biedy. O której się dziś nie pamięta.

Przez ostatnie 50 lat świat zmienił się niewyobrażalnie. Nie ma w nim miejsca na powrót do przeszłości, ponieważ dzisiaj i wczoraj już do siebie w niczym nie pasują. Świat się zmniejszył, otworzył, w jakimś sensie upowszechnił. Nawet w „zrujnowanej Polsce” przeciętny pracownik przeciętnej firmy może sobie planować wakacje w Egipcie, podczas gdy jeszcze 40 lat temu mógł co najwyżej nieśmiało marzyć o awansie, który pozwoli mu uciułać środki na wyprawę życia, czyli wakacje nad węgierskim Balatonem, albo – o mój Boże! – dwa tygodnie w Bułgarii nad Morzem Czarnym. Te ostatnie 50 lat to okres rozwoju technologii. Te dzisiaj powszechne jak smartfony, czy czytniki e-booków występowały w latach 60. i 70. XX wieku jako gadżety w filmach science-fiction. A dzisiaj są. W Twojej kieszeni, na Twoim biurku, na Twoim stole. Technologie zupełnie niezauważalnie zmieniają, wręcz rewolucjonizują naszą codzienność. Przywykliśmy do dynamiki tego postępu. 40 lat temu szczęściem było otrzymanie przydziału na telefon stacjonarny po dekadach pokornego nań oczekiwania. 20 lat temu zaczęliśmy nieśmiało korzystać z hiper drogich telefonów komórkowych wielkości cegły. Dzisiaj telefony komórkowe, o mocach obliczeniowych bijących na łeb dawne PeCety i z aplikacjami rozwiązującymi tak jeszcze nieodległe problemy (na przykład z odnalezieniem właściwej drogi w obcym mieście) mają nawet kloszardzi. Widzimy to, doświadczamy nieustannie. Jednocześnie nie mamy żadnej świadomości rozpychania się nowych technologii na rynku pracy. Nie potrafimy ani my, ani obecnie nam miłościwie panujący, zrozumieć konsekwencji przemian, które mają miejsce tu i teraz. Informacje na temat prac nad samochodami autonomicznymi uważamy za zabawy dorosłych przy forsie. Komunikat koncernu Adidas o uruchomieniu w Niemczech pierwszej w pełni zrobotyzowanej fabryki szyjącej obuwie sportowe traktujemy jak XIX wieczni mieszczanie powieści Juliusza Verne’a. Wiadomości o redukcji zatrudnienia w chińskiej montowni urządzeń mobilnych w Kunshan z 60 tysięcy robotników do 600 (słownie: sześciuset) na rzecz autonomicznych linii produkcyjnych i robotów zbywamy wzruszeniem ramionami, bo co nas obchodzą Chiny. News dotyczący zatrudnienia przez kancelarię prawną Baker & Hostetler pierwszego cyfrowego prawnika, który zajmie się sprawami dotyczącymi upadłości, zastępując około 50 pracowników tego działu firmy, po prostu ignorujemy, jak opowieści o żelaznym wilku. Ale to się dzieje, drodzy Państwo. To proces, który ruszył i postępuje.

Kiedy rozmawiam na ten temat z bardzo różnymi osobami, pojawia się zawsze jedna konstatacja moich rozmówców: „Ale co z tymi ludźmi, którzy stracą pracę? Przecież nikt nie dopuści do tego, aby ludzie pracy nie mieli”. Na pewno? Od czego, czy raczej od kogo zależy to abyśmy pracę mieli bądź nie? Od polityków? Od przedsiębiorców? Pośrednio owszem. Ale tak naprawdę, dzisiaj, w drugiej dekadzie XXI wieku zależy to od bezosobowego, beznarodowego, zupełnie zdehumanizowanego kapitału. Ten zaś podejmuje decyzje dotyczące opłacalności działań. Tu takie, czy inne losy jednostek, a nawet wielkich społeczności nie mają zupełnie znaczenia. Liczy sie yrażany liczbami wynik dodatni.

Badania D.L.Brito i R.F.Curla dowodzą, że już od końca lat 70. XX wieku rosnące znaczenie technologii i robotów w sektorze przemysłowym oraz usług formuje ostry podział społeczny. Umacnia się grupa społeczna stanowiąca zaledwie 10% wszystkich obywateli USA, które posiada wysokie, unikalne kompetencje, a co za tym idzie niezwykle wysokie dochody, wciąż zaś osłabia się 90% większość „dołów społecznych”, z których coraz większa część stanowi ludzi zmuszonych do konkurowania (beznadziejnego) o pracę z maszynami. Naukowcy poszukują rozwiązania problemu powszechnego braku pracy w społeczeństwie niedalekiej przyszłości. Bo mówimy nie o jakimś XXII wieku, ale o tym co będzie nas dotykać za 15 – 20 lat! I rozsądnego rozwiązania nie ma. Wyraźnie widać, że w chwili, gdy maszyny pozbawią pracy ogromne części społeczeństwa, tych ludzi, którzy są w stanie podjąć prace manualne, w magazynach, jako operatorzy maszyn, czy kierowcy, ale także na przykład agentów celnych i prawników-kancelistów, jedynym rozwiązaniem będzie budowa państwowego systemu redystrybucji. Pensja państwowa, czy obywatelska. Dokładnie to rozwiązanie, które zaledwie dwa tygodnie temu w referendum odrzucili Szwajcarzy.

A teraz – jak zwykle w moim przypadku – zobaczmy co do tego wszystkiego mają Chiny. Według mnie bardzo wiele. Stany Zjednoczone, Japonia, Niemcy, wielkie źródła inwestycji w Chinach, zarazem najważniejsze źródła wszelakich technologii, których Chiny są głodne, wyraźnie dążą ku ponownemu zajęciu się produkcją na własnym terytorium. Produkcja w Chinach przestała się opłacać. To raz. Nowe technologie pozwalają przenieść produkcję do siebie i dzięki maszynom uczynić ją konkurencyjną nie tylko cenowo, ale również jakościowo. To dwa. Chiny widzą takie zagrożenie i pracują intensywnie nad tym, aby wyprzedzić nieskoordynowane działania środowisk biznesowych najbardziej rozwiniętych państw świata poprzez systemowe uczynienie Państwa Środka nie tylko liderem produkcji zautomatyzowanej, ale również liderem światowym produkcji robotów przemysłowych, autonomicznych maszyn i autonomicznych linii produkcyjnych. Produkcji masowej, a przez to taniej. Już dzisiaj mówi się o tym, że roboty produkowane w Chinach mają kosztować 20-25 tysięcy dolarów amerykańskich. Już dzisiaj mówi się o tym, że w jak najkrótszym czasie większość z nich ma mieć umiejętność uczenia się i dostosowywania do zmiennych warunków pracy. Co to oznacza dla polskiego pracownika? Załóżmy, że chiński robot-spawacz kosztuje 25 tysięcy dolarów. Niech będzie, że to 100 tysięcy złotych. Polski przedsiębiorca kupuje go na kredyt, w sumie w ciągu 3 lat musi zapłacić 130 tysięcy złotych. Dodajmy jakąś amortyzację, prąd. Niech będzie 150 tysięcy złotych. Robot może pracować całą dobę. 24 godziny. Musi być nadzorowany, konserwowany, przeprogramowywany. Więc niech pracuje 300 dób w roku. To w ciągu 3 lat 900 dób, 21600 godzin. W uproszczonym rachunku godzina pracy robota kosztować będzie przedsiębiorcę około 7 złotych. Bez atrakcji typu ZUS, czy podatek od wynagrodzeń, urlopy, przerwy śniadaniowe i inne takie. Jeśli nawet te chińskie roboty nie będą tak dobre jak niemieckie, czy japońskie, to przy takich cenach i rosnących ich możliwościach, bardzo szybko przekonają do siebie przedsiębiorców zorientowanych – bo po to się robi biznes – na profit. Czy bardziej USA, Niemcy i Japonia będą parły ku robotyzacji, tym bardziej Chiny będą chciały wygrać w tym wyścigu. I tym wcześniej zetkniemy się z sytuacja kiedy większość społeczeństwa nie ma możliwości podjęcia pracy.

Amerykańscy naukowcy zajmujący się tym problemem dostrzegają dość oczywiste niebezpieczeństwo pogłębiającej się izolacji elit, będących beneficjentami nowej sytuacji ekonomiczno-społecznej oraz „dołów” skazanych na redystrybuowaną przez państwo pensję państwową, czy obywatelską. Elity nie będą samoodnawialne, bez dopływu „świeżej krwi” będą bez wątpienia się degenerować. Amerykanie zastanawiają się nad rozwiązaniem tej kwestii. A przecież rozwiązanie jest znane. Znów Chiny i ich dawny obyczaj powoływania na stanowiska urzędników państwowych (mandarynów), ludzi wszystkich stanów (pochodzących z wszystkich klas), którzy zdali cesarski egzamin.

D.L.Brito i R.F.Curl są świadomi, że przedstawiając w Stanach swoją wizję następują na odcisk zarówno demokratom, jak i republikanom. Wizja świata, w którym większość ludzi zwyczajnie nie może podjąć pracy, co powoduje powrót do społeczeństwa „chleba i igrzysk”, zwyczajnie nie mieści się w ramach państwa ufundowanego na idei wolności i równości. Amerykańscy politycy z pewnością będą namiętnie kruszyć kopie w obronie wolnego rynku, nie bacząc na fundamentalne zmiany rzeczywistości. Chiny nie będą miały takich problemów. Istnienie elit, zarówno w sensie ekonomicznym, a przede wszystkim politycznym to stan tam naturalny. Wprowadzenie systemu pensji państwowych nie będzie się tutaj wiązało z koniecznością prowadzenia konsultacji w szerokich kręgach władzy, czy ze społeczeństwem. Rzecz zostanie zaordynowana i już. A ostatecznie może pomóc zrealizować zapisany w chińskiej konstytucji cel, czyli zbudowanie społeczeństwa komunistycznego, głęboko egalitarnego w swej zdecydowanej większości, kierowanego przez elity, odświeżane sukcesywnie przez jednostki pochodzące z różnych warstw i środowisk, jednak na tyle kompetentne, aby przebrnąć przez sito egzaminacyjne.

Jak w tych okolicznościach odnajdziemy się my, Polska, Polacy? No tak, jak odnajdujemy się dzisiaj. Czyli nijak. Trudno mi dopatrzyć się w gronie fanów powrotu do przeszłości z czasów Gierka ludzi, którzy chociaż odrobinę świadomi byliby tego dokąd zmierzają kraje rozwinięte (a zatem i nasza ojczyzna). Pewnie będziemy improwizować. Czasami to uroczo skuteczne. Wątpię jednak czy sprawdzi się w sytuacji, kiedy znany nam dzisiaj świat stanie, ot tak sobie, na głowie. A już szczególnie wątpię w skuteczność patentów, typu „trzecia droga”, czyli ambitnie pod prąd, wzorem niegdysiejszych luddystów. Owszem, można się zacietrzewić i zaklinać rzeczywistość niszcząc fizycznie jej niemiłe przejawy – w tym przypadku uszkadzając roboty i maszyny -, ale czy przyniesie to oczekiwany skutek? Czy pozwoli rozwiązać problem? Wiadomo, że nie. Ale ponoć próbować zawsze można.

I takie właśnie przemyślenia towarzyszyły mi podczas ostatnich, częstych podróży pociągami. Dodam, że bilety na te podróże kupiłem w większości w internecie, lub biletomacie. Tylko raz skorzystałem z pomocy pani kasjerki. Ale było to w miejscu, gdzie nikt w te wszystkie bajki o robotach nie wierzy.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Close