Wiadomości

Polska restauracja w Foshan, czyli piardy z halabardy

Mój serdeczny kolega poprosił mnie dzisiaj, żebym jakoś zareagował na artykuł w gazeta.pl, który nie dość, że jest odgrzewanym kotletem, opisanym przez nas niemal miesiąc temu, to jeszcze podlanym sosem, z grubsza rzecz ujmując, głupoty.

Rzecz dotyczy pierwszej w Chinach (aczkolwiek w artykule okazuje się, że jednak nie pierwszej) restauracji oferującej kuchnię polską. Restauracja ta ma zostać otwarta niebawem w miejscowości Foshan, leżącej nieopodal Kantonu (Guangzhou) Pięknie i wspaniale. Wszyscy życzymy pomysłodawcom powodzenia. Serio. Byłby to pierwszy, symboliczny polski przyczółek w Państwie Środka. Jest tam sporo polskich biur handlowych, oddziałów polskich firm, a nawet polscy producenci działający na chińskim rynku z fabrykami w ChRL. W większości działają jednak w konspiracji, trzeba mieszkać w miejscu ich działania, żeby się o nich dowiedzieć. Zazwyczaj przez przypadek. Tak więc restauracja to zupełne inna sprawa. W miarę głośna, a jeśli "wszystko zatrybi" jak powiedział mój serdeczny kolega, to restauracja okaże się sukcesem. Czego serdecznie życzymy.

Gorzej jednak z opisem całej historii. Szkoda, że za takie opowieści biorą się goście, którym wszystko jedno czy piszą o budowie mostu w Kozich Pipach, czy redagują nekrologi. Tekst tego artykułu roi się od dowodów ignorancji. Chińczykom z polskich potraw smakować miał makowiec, ale ponoć uciekali od tatara, bo z surowego mięsa, a przecież historycznie takie danie powinno być im bliskie.

Ja pierdziu, jak mawia Maślana.

Rozumiem, że nie wszyscy muszą znać preferencje kulinarne Chińczyków. Ale sadzić w jednym zdaniu tyle knotów? Kuchnia chińska to nie sajgonki, czy ryż smażony. Kuchnia chińska to dziesiątki tysięcy dań. Każda prowincja to odrębny region kulinarny. Od zupełnie jałowych potraw Zhejiangu, po ogień w gębie z prowincji Hunan (a nie Syczuan jak się powszechnie sądzi). Chińczycy jeszcze 40 lat temu targani byli falami powszechnego głodu. Do dzisiaj funkcjonuje tam powiedzenie, że jedzenie jest pierwszą przyjemnością. Nawet przed seksem. Biedota nauczyła się jeść wszystko. Skorpiony, mrówki, surowe ryby, mięso, wszystko co pozwalało przeżyć długie okresy głodu. Zamożni, a przede wszystkim cesarze żądni byli nowych doświadczeń. Łapa tygrysa albinosa, jądra pandy, woreczek żółciowy węża, ptasie gniazdo, żółwie głowy. Co dla takiego spektrum doznań i doświadczeń oznaczać może tatar, czyli zmielone surowe mięso z dodatkami? Coś ohydnego? No błagam… Że makowiec ma ich kręcić, bo zawiera opium? Bzdura. W Chinach ludzie zjedzą z prawdziwą przyjemnością wszystko z ciekawości. Ważny jest sposób podania i odpowiedni sposób zareklamowania. To powinno być głównym zmartwieniem polskich restauratorów. Bo naród, który wiekami cierpiał głód, dla którego jedzenie ma znacznie większe znaczenie niż dla nas, jest gotowy na wszelkie eksperymenty. Nawet jedzenie smażonego sera. To jeszcze w latach 90-tych XX wieku dla 99% Chińczyków było tym samym, czym dla nas myśl o jedzeniu zupy z psiego moczu.

Chińczycy, szczególnie tacy, którzy dysponują wolnymi środkami są ciekawi smaków innych niż lokalne. Żeby ich zachęcić do odwiedzenia restauracji trzeba teatralnej, czasem krzykliwej, czasem kiczowatej oprawy. Zatem powinni być polscy kucharze w wysokich czapach, zespół muzyczny, niechby zakopiański, kominek płonący nawet w środku lata, polskie pieczone kaczki z jabłkami, dziczyzna, dziczyzna, dziczyzna. Chińczyk może jadł wszystko, ale sarny, jelenia, dzika (w całości), kuropatwy, żubra, i innych takich nie. Gdyby teleportować Chatę Myśliwską spod Bydgoszczy do Foshan, a do niej wrzucić górali grających i śpiewających cokolwiek, mielibyśmy sukces gwarantowany. Bo bez względu na inne aspekty jest jeden najważniejszy. Polskie jedzonko jest wolne od tego całego syfu, który pakowany jest w chińskie produkty żywnościowe celowo, lub siłą rzeczy. Chemia, odpady, hormony kontra czyste powietrze, czysta woda, natura wolna od obciążeń nieokiełznanej industrializacji. Za to Chińczycy zapłacą sporo.

Ale odbiegłem od tematu niekompetencji autorów artykułów takich jak ten. Autor napisał, że Chińczycy uciekali od tatara, chociaż historycznie ta potrawa powinna być im bliska. Skąd nazwa znanej w Polsce potrawy, czyli rzeczonego tatara? Od Tatarów rzecz jasna. Kim byli Tatarowie? Mongołami, a nie Chińczykami. Mongołowie pod przywództwem Czyngis Chana najechali Państwo Środka jak i większość znanego wówczas świata. Mylenie Mongołów z Chińczykami zawiera w sobie tyle wdzięku i uroku co mylenie Polaków z Rosjanami. Niby nie ma się o co obrażać, ale…

Mawiano, że Tatarzy zaraz po urodzeniu dosiadali swych koni i dlatego byli najlepszymi jeźdźcami ówczesnego świata. A grzbiet tatarskiego konia miał zawierać w sobie najsmaczniejsze mięso. Pozbawione tłuszczu i doskonale ubite. Wystarczyło je zmielić, dodać jajko i przyprawy, aby uzyskać doskonałe danie. Z czasem koninę zastąpiła wołowinaą ale nazwa tatar pozostała. Chin w niej tyle co brudu za paznokciami prezydentowej Kwaśniewskiej. No ale kogo to obchodzi? Wierszówka poleciała, wszyscy zadowoleni. No może oprócz mojego serdecznego kolegi i mnie.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close