Chiny subiektywnie

Koronawirus a gospodarka,

czyli co się zdarzyć może

Media żyją od tygodni informacjami o koronawirusie, karmią siebie i swoich odbiorców epidemią, której epicentrum znajduje się w mieście WuHan. Do niedawna o WuHan nie słyszał niemal nikt na Zachodzie, a przecież miasto to niemałe. Mieszka tu około 11 milionów ludzi, działa ogromna ilość firm, fabryk, w tym wiele zakładów należących do wielkich światowych koncernów. Media skupiają się głównie na ludziach. Ale nie z powodu jakiejś szczególnej o nich troski. To po prostu najłatwiejszy sposób przyciągania uwagi, ponieważ wieści podszyte grozą, pozwalają epatować nieokreślonym (a przez to paradoksalnie dotkliwszym) zagrożeniem w wymiarze jednostkowym: oto choroba, która może dotknąć każdego z nas, czai się, zbierając swoje śmiertelne żniwo w Chinach, a kto wie, może już jutro tuż za naszymi drzwiami.

Niewiele miejsca poświęca się w związku z epidemią koronawirusa znacznie ważniejszemu aspektowi, czyli wpływowi sytuacji w Chinach na gospodarkę światową, nie tylko w wymiarze makro, ale w tym mikro, dotyczącym niemal każdej, tak małej, jak i dużej firmy w Polsce. I jeśli zarażenie się koronawirusem w Polsce to rzecz raczej mało prawdopodobna, to kłopoty firm, ludzi je prowadzących i w nich pracujących, stają się już dziś rzeczywistością

Ale po kolei.

Firmy zajmujące się importem z Chin od lat znają chiński rytm pracy. Wiadomo, że jakaś część zamówień złożonych w poprzednim roku, przeznaczonych do wysyłki przed Chińskim Nowym Rokiem z wielu powodów z Chin nie wyrusza. Tak po prostu jest. W zależności od charakteru działalności doświadczeni importerzy budują sobie bufor zapasów, który pozwala przetrwać pauzę w rytmie dostaw. W tym roku pauza ta przeciągnęła się już o dwa tygodnie. Chiny miały zacząć wracać do normalnego życia od 3 lutego (linie shippingowe, firmy logistyczne, urzędy), a od 10 lutego, po świątecznym letargu, chińskie fabryki miały uruchamiać wstrzymaną produkcję. Tymczasem dziś większość robotników nie dociera do swoich zakładów pracy dlatego, że w ich miejscach zamieszkania obowiązują blokady związane z zarządzoną kwarantanną, obejmującą obszary Chin odpowiedzialne za 80% chińskiego PKB. Gigant przemysłu elektronicznego, czyli firma Foxconn poinformowała, iż po przerwie świątecznej, pomimo odpowiednich zezwoleń udzielonych przez władze centralne i lokalne do pracy stawiło się 10% załogi. Mówimy o firmie zatrudniającej ponad 300 tysięcy pracowników, która montuje większość produktów firmy Apple, ale też i Samsunga, i wielu innych światowych graczy na rynku elektroniki użytkowej. Chiny to nie tylko elektronika. 30 lat pompowania kapitału spowodowało, że Państwo Środka, zwane przecież „globalną fabryką”, jest miejscem produkcji dosłownie wszystkiego. Chiny stały się kluczowym elementem łańcucha dostaw w branżach, które Państwu nigdy nie przychodziły do głowy.

Już dziś polscy wytwórcy (i mali, i duzi) dowiadują się od swoich stałych dostawców komponentów, półproduktów, części, etc., że zapasy się kończą, w związku z czym pojawią się ograniczenia w ilościach, ale przede wszystkim nastąpią podwyżki cen. I nie chodzi o podwyżki kilkuprocentowe. Dostawcy nie mają pojęcia kiedy będą mogli uzupełnić swoje stany magazynowe, kiedy dotrą do nich spóźnione dostawy z Chin, zatem muszą wygenerować środki na przetrwanie. Skąd je wezmą? No, oczywiście z podniesionych marż.

Wczoraj rozmawiałem z ludźmi zajmującymi się produkcją galanterii skórzanej (zamki błyskawiczne, zatrzaski, klamry, karabińczyki, napy, materiały podszewkowe, akcesoria z nazwą marki i nici z Chin), jak również kosmetyków (opakowania papierowe, opakowania szklane, barwniki, zagęszczacze, substancje odpowiadające za nadawanie koloru z Chin), którzy po pierwsze ze zdziwieniem po latach odkryli, że ich polski dostawca jest importerem, po wtóre dowiedzieli się, że ich wczorajsze kalkulacje można sobie z buty wsadzić. Dostawcy podnoszą ceny o 10, 20, 30% i więcej.

Zapytano mnie wczoraj: jak szybko nastąpi zmiana łańcuchów dostaw, jak szybko europejscy producenci znajdą sobie alternatywnych dostawców? A ja odpowiedziałem natychmiast – zmiana nie nastąpi w przewidywalnej perspektywie, poza wyjątkami potwierdzającymi regułę. Chiny stały się globalną fabryką, bo opłacało się bardziej tam kupować półprodukty, lub całe produkty, niźli angażować organizacyjnie i kapitałowo w ich produkcję u siebie. Z czasem firmy chińskie osiągały moce finansowe i zasięgi rynkowe obejmujące cały świat, co pozwoliło im na inwestowanie w nowoczesne rozwiązania, technologie, najlepsze maszyny, a to z kolei przyciągało uwagę coraz większych i bardziej wymagających firm. W samych Chinach z kolei ugruntowywał się specyficzny mechanizm zamieniania całych obszarów administracyjnych w „zagłębia” specjalizujące się w określonych rodzajach produkcji. W efekcie tych procesów zamawianie w Chinach jest po prostu łatwe, wygodne. Co więcej, system polityczny Chin (ten jakże niedemokratyczny) gwarantuje stabilność i bezpieczeństwo biznesowe na poziomie znacznie wyższym niż państwa europejskie, gdzie – jak w przypadku Polski – reguły gry mogą ulec zmianie w wyniku zmiany rządu. Jeśli czytacie Państwo nasze przeglądy Tydzień za Wielkim Murem, to wiecie, że pojedyncze firmy zagraniczne inwestują w pojedyncze projekty w Chinach setki milionów, ba!, miliardy dolarów. Jak w ciągu kilku tygodni, kilku miesięcy przenieść tą całą infrastrukturę produkcyjną do…. No właśnie: gdzie? Do Europy? Do Afryki? Do państw Azji Południowo-Wschodniej? Każdy kto miał do czynienia z organizacją produkcji od zera, ten wie, że w bardzo sprzyjających okolicznościach od momentu podpisania umowy z lokalnymi władzami, do uruchomienia nawet prostej szwalni potrzeba co najmniej 12 miesięcy. A jeśli wszystko musimy zorganizować od podstaw (lokalizacja, uzbrojenie terenu, budowa hali, sprowadzenie maszyn i urządzeń, szkolenie ludzi, uruchomienie próbne…) potrzeba dwóch lat.

Oczywicie, w niektórych branżach istnieją dostawcy alternatywni. Dotychczas przegrywali z dostawcami chińskimi, ponieważ zazwyczaj byli drożsi. Dziś nie będą się patyczkować – korzystając z okresowej koniunktury podniosą jeszcze wyżej swoje ceny. A będą je podnosić za każdym razem, kiedy okaże się, że są ostatnią deską ratunku. Krótką, bo ich moce są po prostu ograniczone.

Wracając do importerów czekających na swoje dostawy, najczęściej kontenerowe. Najwięcej kontenerów z Chin i do Chin podróżuje drogą morską. Połączenia pomiędzy Chinami, a resztą świata obsługują wielkie kontenerowce, z których każdy zabiera na pokład od 12 do 22 i więcej TYSIĘCY kontenerów 20-stopowych (TU). I teraz wyobraźcie sobie Państwo, że z jednej strony na terenie całych Chin, w zupełnie przypadkowych układach wielkości, liczby, zawartości, znajdują się setki tysięcy kontenerów, których nie można załadować na statki. Skoro kierowcy chińscy siedzą w swoich domach objęci kwarantanną, to ich samochody nie jeżdżą. Coraz większa liczba firm żeglugowych (armatorów) obejmuje Chiny tzw. „blank sailings”, co oznacza, że te wielkie kontenerowce po prostu nie zawijają do chińskich portów. Nie zostawiają tam zatem również pełnych, czy pustych kontenerów przywożonych z Europy, Afryki, Australii i obu Ameryk. Nie podejmują także załadowanych i pustych kontenerów z Chin. No, bo wirus. Rzecz dotyczy zwłaszcza kontenerów chłodniowych (Reefer Containers), których już po prostu brakuje w skali całej Europy. Sytuacja taka niesie za sobą wiele nieuświadamianych na co dzień kłopotów. Po pierwsze wielcy armatorzy już dziś zaczynają nerwowo poprawiać krawaty na spotkaniach zarządów. Koszt pojedynczego kontenerowca to 180-220 milionów euro. Oczywiście budowę finansowano z kredytów. Które trzeba spłacać. A „blank sailings” nie dają wpływów od klientów. "Blank sailings" to tylko koszty, albo statków stojących gdzieś na redzie, przy kei, albo pływających „na pusto”. Importerzy martwią się dzisiaj przerwą w dostawach. Zazwyczaj nie myślą nawet o dwóch słowach dobrze znanych w shippingu, czyli „demurage” i „detention”. Postój kontenera załadowanego oznacza koszty. W zależności od tego na jakiej bazie (Incoterms) towar załadowany do kontenera wysyłano, koszty nadprogramowego postoju kontenera w porcie, pod fabryką, czy gdziekolwiek po drodze (ale nie na statku) poniesie albo eksporter (sprzedawca), albo importer (kupujący). Nikt od wirusa się raczej nie ubezpieczył, co oznacza, że po wielu tygodniach postoju kontenera, armator będzie oczekiwał uregulowania kosztów związanych z „nieuzasadnionym postojem”. W normalnych okolicznościach pewien procent importerów, którzy z różnych przyczyn nie byli w stanie podjąć kontenera w wymaganym czasie, po uzyskaniu informacji o dodatkowych, niemałych kosztach, po przekalkulowaniu zysków i strat, decyduje się na porzucenie kontenera. "Pudło", czy też "puszka" po jakimś czasie zostaje otwarta (zazwyczaj w wyniku ugody, lub postępowania sądowego), a jej zawartość zbywana jest w drodze licytacji. Rzecz nie dotyczy kontenerów chłodniowych. W tych bowiem znajdują się produkty ulegające łatwo zepsuciu, na przykład mięso, czy owoce. Po kilku miesiącach postoju to co w "reeferach" jak i same kontenery chłodniowe nadają się wyłącznie do utylizacji. W dzisiejszych okolicznościach hasła „demurage” i „detention” dotyczą niemal wszystkich klientów armatorów. Większość z tych klientów nie będzie skłonna nawet rozmawiać o pokrywaniu należności wynikających z okoliczności od nich niezależnych.

Jeśli nawet jutro świat odetchnie z ulgą na wieść o definitywnym pokonaniu wirusa, powrót do normalności w obrocie kontenerami zajmie sporo czasu. W wiadomość taką muszą uwierzyć chociażby zarządy portów, które dmuchając na zimne ogłaszają, że nie będą przyjmować kontenerów z Chin, na przykład do końca marca. Dlaczego? Bo kontenerów tych boją się pracownicy….

Tak zatem, w wyniku epidemii w WuHan w bardzo krótkim czasie możemy doznać niezłych zawirowań na własnym podwórku. Wiadomo, że inflacja w Polsce zaczęła się nieco wymykać spod kontroli miłościwie nam panującym. Wiadomo też, ze rok 2020 nie będzie łaskawy, jeśli chodzi o stosunki wodne w Polsce – już oficjalnie zapowiadana jest susza. Co oznacza oczywiście (potencjalnie, bo zapowiedzi zapowiedziami, a natura i tak zrobi, co sobie sama umyśli) wzrost cen warzyw, owoców, zbóż, etc. Tymczasem zaburzenia w dostawach z Chin grożą wzrostem cen produktów i usług, o których jeszcze przedwczoraj nawet nie myśleliśmy. W scenariuszu zabarwionym ciemnymi barwami oznacza to dla nas głębsze spowolnienie gospodarcze (my jesteśmy uzależnieni od Niemiec, a Niemcy są uzależnione od…?), wzrost cen, zatem inflacji, w przypadku poważniejszych turbulencji nawet przesilenia polityczne. Tymczasem nawet najgłębszy kryzys nie będzie skutkował kryzysem politycznym w Chinach. Chinami włada Komunistyczna Partia Chin posiadająca znacznie więcej narzędzi pomagających skutecznie zawiadywać państwem, niż jakakolwiek inna siła rządząca na świecie. W przypadku ekstremalnych problemów, chociażby z zaopatrzeniem, władza ta wprowadzi systemy racjonowania wszystkiego, przy czym nie będzie się posługiwać mało efektywnym systemem kartek, a po prostu odpowiednimi narzędziami dla urządzeń mobilnych. Chiny dadzą sobie radę, bo są machiną, systemem zbudowanym dla osiągania celów. A my?

W mediach dość często przebija się swego rodzaju triumfalistyczny ton: epidemia COVID-19 jest dowodem na słabość chińskiego systemu sprawowania władzy, a być może też gwoździem do trumny tej władzy. To wizja nie dość, że mało rozumna (w sensie owego gwoździa), to jeszcze bardzo krótkowzroczna. Chiny jako globalna fabryka nie wzięły się same z siebie. Są zbiorowym dziełem wszystkich państw, których przedsiębiorstwa i emisariusze (przedsiębiorcy, szefowie firm, etc.) w takim układzie widzieli świetny interes. Dziś jesteśmy związani ze sobą bardzo mocno. Na dobre i na złe. I powinno nam zależeć, przynajmniej tak samo jak Chińczykom walczącym z wirusem, żeby ta walka jak najszybciej zakończyła się sukcesem. Bo każdy kolejny dzień przedłużających się zmagań z epidemią, to coraz większe potencjalne zagrożenia i kłopoty dla nas wszystkich. W bardzo nieodległej perspektywie. 

Show More

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Related Articles

Back to top button