Chiny subiektywnie

Chiny: a jednak dane nie do końca sprawdzane

Czasami czuję się jak jakiś cholerny Wernyhora, czy tam inna Kasandra. Niecały tydzień temu wątpiłem w prawdziwość danych ekonomicznych podawanych przez Chiny Ludowe, a tu dzisiaj sam Bloomberg postanawia wozić się na moim garbie podejmując ten właśnie wątek. Zostawiając wątpliwej wartości żarty na boku: moje domysły znalazły potwierdzenie w oficjalnie potwierdzonych wiadomościach z Chin. Zheng Yuesheng, rzecznik, a równocześnie szef wydziału statystycznego Głównego Biura Celnego z Pekinu wyraził głębokie ubolewanie w związku z powoływaniem się na dane, których źródła nie zweryfikowano. Rzecz dotyczy chińskiego eksportu. Który oczywiście rośnie, słabiej niż dotychczas, ale lepiej niż u konkurencji amerykańskiej, czy europejskiej. Jakiś nadmiernie skrupulatny urzędnik wniknął i odkrył, że eksport chińskich firm do Hong Kongu skoczył ostatnio o ponad 90%. Wysyłki z Hong Kongu w świat drogą morską lub lotniczą w tym samym okresie nie wzrosły znacznie. Wniosek? Hong Kong kupuje z Chin Kontynentalnych (czytaj Ludowych) jakieś ogromne ilości dóbr, które konsumuje, chociaż mieszka tam, ludzi mniej niż w Szanghaju. Wniosek prawdziwy? Ktoś tu kogoś nieźle naciąga. Kto? W przypadku Chin Ludowych, to bardzo proste, nie trzeba być Sherlockiem Holmesem z ostatniej wersji przygód tego detektywa według BBC. Oczywiście za naginaniem danych stoją władze poszczególnych chińskich prowincji, które wyciskają wodę z kamienia, aby wykazać centrali w Pekinie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pomimo światowego kryzysu produkcja rośnie, kupcy zamorscy jako drzewiej zabijają się za towarami Made in China, po prostu sielanka.Pekin ma być zadowolony.

I to jest właśnie zasadniczy problem Chin Ludowych. Nawet jeśli szefostwo (po staremu: wierchuszka) unowocześnia się, uświatawia, staje się podobne wierchuszkom światowym, to aparat prowincjonalny wisi gdzieś między Mao a Dengiem. Wisi, ale jednocześnie ma rękę na pulsie każdej akcji o charakterze gospodarczym w swoim regionie. Tak, czy inaczej, każdy prywatny biznes musi się tej lokalnej władzy opłacić. Nie jako inwestycja, jeno jako gotówka tu i teraz, z ręki do ręki. Przedsiębiorcy będąc (chcąc, nie chcąc) w bliskich relacjach z administracją, czasem, przypadkowo podrzucają jej przedstawicielom różne pomysły, użyczając kont, faktur i innych takich. No i mechanizm produkcji fikcyjnych danych, które świadków mają bez liku, gotowy. W naszych rejonach zdarzają się tego typu przypadki. Jakiś bank, jakiś fundusz, jakieś ministerstwo naciągnie dane. Po to powstała sztuka pod nazwą księgowość kreatywna. W Chinach taka księgowość to zbytek. Wybiera się model postępowania znany z praktyki futbolowej, czyli ustawkę. Z góry wiadomo co będzie i kto, ile, czego ma z interesu tego.

Myślę sobie, że skali problemu świadom nie był ani Pekin, ani ludzie tam rządzący, czy do władz aspirujący. Dobrym przykładem jest wpływ reform antykorupcyjnych Xi Jinpinga na producentów alkoholi, restauratorów, organizatorów przyjęć. Okazuje się, że gospodarka chińska, zwalniająca już i tak niebezpiecznie wskutek kryzysu światowego, zwalnia jeszcze dramatyczniej. Ale jak konkretnie? Tego nie dowie się nikt.

Oj przepraszam. W razie draki dowiemy się wszyscy.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

1 thought on “Chiny: a jednak dane nie do końca sprawdzane”

  1. To ciekawe ze "General Administration of Customs" zamiast robic wlasne statystyki szuka sobie danych w internecie i nawet ich nie weryfikuje ;). z drugiej strony to w sumie nikt nie bierze serio chinskich statystyk wiec i tak na jedno wychodzi…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close