Gospodarka

Chiny: Histeria, czy padaczka?

W ciągu ostatnich 2 tygodni informacje na temat rynków finansowych Chin biegły zasadniczo w 2 kierunkach. Pierwszy prezentował jeśli nie zachwyt to niekłamany podziw dla skuteczności interwencji chińskich władz centralnych, których zdecydowane i kosztowne działania wyhamowały paniczną wyprzedaż akcji na giełdach w Szanghaju i Shenzhen. Drugi skupił się na wątpliwościach dotyczących rzetelności danych ekonomicznych publikowanych przez Pekin. Chodzi rzecz jasna o otoczony czcią niemal boską poziom wzrostu PKB. Pod koniec zeszłego roku chińscy liderzy obiecali swoim rodakom i światu, że wzrost PKB w roku 2015 osiągnie 7%. A słowo chińskich przywódców droższe od pieniędzy.

Prawdziwość oficjalnych danych prezentowanych przez oficjalne źródła ChRL poddawana jest w wątpliwość od lat. I wcale nie chodzi tu wyłącznie o domniemanie, że dane są „naciągane w górę”. Tak bardzo niedawno, bo w 2011 roku Antoine Brunet i Jean-Paul Guichard w książce „Chiny światowym hegemonem?” wykazywali na konkretnych przykładach chiński proceder zaniżania danych dotyczących wzrostu PKB, wielkości eksportu, etc. Według autorów takie działania Pekinu miały na celu neutralizowanie niepokoju państw rozwiniętych, które mogły poczuć się zagrożone potęgą Chin, rosnącą kosztem tychże państw. Obecnie mamy do czynienia z sytuacją odwrotną. Chiny będą starały się za wszelką cenę dowieźć do mety ogłoszony publicznie rezultat owych 7% wzrostu PKB. Nie dlatego, że ma to sens ekonomiczny (działania PR wpływają przecież na nastroje inwestorów, szczególnie tak rozdrobnionych jak ma to miejsce w Chinach), a dlatego, że niższy wynik ekonomiczny osiągnięty przez gospodarkę rzuciłby cień na kompetencje wciąż przecież „nowych” przywódców państwa. Jiang Zemin i Hu Jintao stojąc na czele ChRL przeżywali pełniąc urząd chwilę gospodarczego tąpnięcia, ale Xi Jinping musi działać w realiach „nowej normalności”, w rzeczywistości gospodarki, która nie gna jak szalona, ale hamuje targana wstrząsami jak silnik z rozregulowanym zapłonem.

Skuteczność działań rządu Chin na rynkach finansowych została poddana w wątpliwość podczas wczorajszych sesji w Szanghaju i Shenzhen. Indeks Shanghai Composite zanurkował, aż 8,5%, najmocniej od lutego 2007 roku, a stało się to po okresie zaledwie kilku dni wzrostów. Ponad pół biliona juanów (około 270 miliardów złotych) wpompowanych przez chińskie władze w wykup akcji nie przyniosło trwałych rezultatów. Kluczowe dla chińskich giełd znaczenie mają nastroje ponad 90 milionów drobnych ciułaczy, którzy zainwestowali w papiery wartościowe swoje niewielki oszczędności. A tych nastrojów pewnie nie zna nikt. Nawet chińscy decydenci. Wydaje się, że chińscy inwestorzy zaczęli reagować niczym ryby w ogromnych ławicach, lub chmary ptaków szykujących się do odlotu. Wystarczy, że jeden, czy dwa osobniki zmienią kierunek, a całe stado rzuca się za nimi nie do końca wiedząc dlaczego tak robi.

Nie wiadomo, czy to co obecnie dzieje się na chińskich giełdach to histeria, czy znacznie poważniejsza dolegliwość: padaczka. Histerię można przegonić siarczystym policzkiem. Padaczka wymaga precyzyjnego zdiagnozowania i zastosowania odpowiednich środków. Jej leczenie jest długotrwałe. Tradycyjna skłonność chińskich władz do podejmowania ostrożnych decyzji skutkujących rozciągniętymi w czasie działaniami rzeczywistymi może w przypadku rynków finansowych przynosić skutki odwrotne od zakładanych. Co więcej, turbulencje w Shenzhen i Szanghaju zdają się udowadniać, że Chiny nie są gotowe na eksperyment wolnego rynku. Prawdopodobnie nigdy nie będą w stworzonej przez przywódców KPCh formule. Ale to już zupełnie inna historia.

Leszek Ślazyk

 

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close