Chiny subiektywniePolska

Chiny, czyli nadmiar wrażeń

Najlepsza z wszystkich lepszych połówek świata zwróciła mi uwagę, że zaniedbuję Chiny ostatnimi czasy. Z jednej strony miło mi, bo w ten sposób upewniam się, że najlepsza z wszystkich lepszych połówek świata obserwuje aktywności portalu beta.chiny24.com, z drugiej strony jednak niemiło mi, bo uwaga słuszna. Zaniedbuję Chiny, przynajmniej w sferze pisania i opowiadania o nich. To zaniedbanie bezdyskusyjne, ale też nie takie sobie, bez głębszej przyczyny. Za zaniedbaniem tym kryje się chyba znużenie, albo rozczarowanie jakieś. Nie Chinami. Raczej ich odbiorem, albo brakiem odbioru w Polsce.

W Chinach dzieje się tak wiele, że (pisałem już o tym kiedyś) z szerokiej rzeki codziennych wiadomości trudno wyselekcjonować to co najważniejsze, najznaczniejsze, najbardziej istotne dla Chin samych w sobie, ale i też dla człowieka z Polski, który Chinami się interesuje, no i co najważniejsze dla mnie w tych puzzlach mozolnie składanych, tworzących obraz współczesnego Państwa Środka. W Chinach dzieje się tak wiele, że pojedynczy człowiek w potokach tych codziennych chińskich wiadomości doznaje każdego dnia przyduszenia lawiną słów, obrazów, wobec których jest absolutnie bezradny. Bezradność pogłębia się z dnia na dzień, wzmacniana widokiem tych wszystkich zakładek, tych wszystkich stron internetowych, które prowadzą do wyłowionych w internecie skarbów, którymi nie ma czasu się zająć, które przepadną wreszcie za dzień, tydzień, miesiąc. A potem będą po prostu historią.

Co działo się w Chinach w ostatnich dwóch tygodniach chociażby wyłącznie w obszarze ekonomii? Działo się mnóstwo i jak zwykle spektakularnie. Władze w Pekinie konsekwentnie obniżają wartość juana. Od sierpnia zeszłego roku chińska waluta straciła już 5% w stosunku do dolara amerykańskiego. Plan był taki (chytry), że jeśli juan straci na wartości, to towary chińskich eksporterów zyskają na wartości. W przypadku polskich importerów plan spalił na panewce, bo „twarde” poszły w górę do poziomu ponad 4 złote za sztukę. W innych krajach, na przykład w Rosji, waluty lokalne zdewaluowały się jeszcze mocniej. To prawdopodobnie jeden z czynników, który sprawił, że – jak podaje Reuters – lutowy eksport chiński, najważniejsze narzędzie chińskiego cudu gospodarczego, osłabł o 25,4% w stosunku do lutego 2015 roku. Tymczasem eksport do Hong Kongu zanotował wzrost aż o 180% w stosunku do zeszłego roku. Jak to? – rodzi się dość oczywiste pytanie – cóż takiego Chińczycy Ludowi eksportują do Hong Kongu? Głównie twarde waluty. Jak domniema Bloomberg na przestrzeni ostatnich 14 miesięcy z ChRL wyciekł już ponad bilion (czyli tysiąc miliardów) dolarów amerykańskich. Ponad jedna czwarta słynnych chińskich rezerw walutowych. Transakcje dotyczą wyssanych z palca towarów, usług i innych takich: firmy chińskie otrzymują faktury od firm zagranicznych i przelewają określone na fakturach kwoty. Jeśli przyjrzeć się bliżej to właścicielami owych firm zagranicznych obciążających firmy chińskie za usługi marketingowe, prowizjami od tajemniczych kontraktów, czy kosztami polis ubezpieczeniowych są bliżsi lub dalsi krewni i znajomi właścicieli firm chińskich.

Wskaźnik PMI opracowany przez tandem Markit/Caixin osiągnął w lutym tego roku słaby wynik 48 punktów. Ponieważ indeks PMI dotyczy zapasów magazynowych związanych z planowanymi w niedługim okresie produkcjami, jego poziom świadczy o spadającej ilości zamówień składanych w chińskich fabrykach. Z raportu Markit/Caixin wynika także, że jest to już w tej chwili trend stały, liczący sobie przynajmniej 12 miesięcy. A to z kolei oznacza, ze maleje zapotrzebowanie na chińskie produkty zarówno na świecie, jak również w samych Chinach.

W zeszłym tygodniu najpierw prezydent Xi Jinping a potem premier Li Keqiang przedstawili najważniejsze założenia kolejnego, 13 już planu 5-cio letniego. Nie znalazły się wśród tych założeń takie, które mogłyby świadczyć o znalezieniu przez chińskich przywódców wyjścia ewakuacyjnego z sukcesywnie nabrzmiewającej sytuacji. Przedsiębiorstwa państwowe będą podstawą gospodarki, a wielkie inwestycje infrastrukturalne mają zapewnić utrzymanie wzrostu na poziomie 6,8~7% w skali roku. Innymi słowy: pomimo znaczących zmian na rynku chińskim, jak i na rynkach światowych Chiny będą trwać przy swoim, czyli będą pompować PKB, bo planu konkretnych reform nie ma, a jeśli jest, to wiąże się ze zbyt wielkimi dla Pekinu ryzykami.

Giełdy chińskie zdaje się przestały mieć ściślejszy związek z aktualiami gospodarczymi Chin. Jasne, można próbować przypisywać każdego dnia związek jakiegoś wydarzenia w kosmosie do tego, czy akcje w Shenzhen i Szanghaju idą w górę, albo w dół. Ale to chyba naprawdę nie ma żadnego sensu. Tak jak i ten wykres z ostatnich 5 dni aktywności na Shanghai Composite.

Żeby odczytać z tego wykresu jakąkolwiek prawidłowość należałoby prawdopodobnie udać się do szeptuna z Ezo TV i za konkretną kwotę uzyskać zupełnie niekonkretną historię pasującą do ekonomii niczym pięść do oka.

Jeśli giełdy chińskie przestały mieć ściślejszy związek z aktualiami gospodarczymi Chin, to tamtejszy rynek nieruchomości stracił kontakt z rozumem. Zawirowania na giełdzie spowodowały, ze Chińczycy szukający (a robią to nieustannie) możliwości korzystnego inwestowania wrócili na rynek nieruchomości, który na przełomie 2014 i 2015 roku przeżywał co najmniej zastój. Ceny na rynku, który już w okolicach 2010 roku określany był mianem niebezpiecznie rozdętej bańki strzeliły ponownie w górę. W największych i najdroższych miastach takich jak Szanghaj czy Shenzhen ceny nieruchomości wzrosły w ciągu ostatniego roku o 50 %, zaś od początku tego roku aż o 25%!

W tle tego całego zamieszania wokół chińskiej gospodarki coraz wyraźniej słychać zdecydowany przekaz chińskich władz dotyczący z jednej strony zacieśniania kontroli nad poczynaniami obywateli Państwa Środka zarówno w życiu realnym, jak i wirtualnym, z drugiej zaś umacnianiem pozycji przywódców z Pekinu w strukturach administracji państwowej a także wewnątrz armii, którą bardzo dotknęło ostatnio cięcie budżetowe ograniczające wydatki państwa na wojsko. Jeśli dorzucić do tego coraz częstsze „dyskusje” na szczytach chińskiej władzy na temat znaczenia ideologii i tradycji ideowych, można wyciągnąć wniosek – pochopny, rzecz jasna – że Plan „B” Pekin ma. W razie jakby co.

Jakby co? I to jest pytanie zasadnicze, kwestia podstawowa. Co oznacza dzisiejsza sytuacja w Chinach, jak się rozwinie i jakie jej rozwój będzie miał konsekwencje dla świata, dla nas tu w Polsce? I to jest pytanie, którego zadawanie oraz szukanie nań odpowiedzi w polskich realiach nie ma większego sensu, znaczenia. Bo kogo to obchodzi?

Ktoś kiedyś ładnie powiedział, że rzeczywistość w Chinach jest tak wielka, że jeden rok w Państwie Środka, to jak siedem lat w innych krajach. W przypadku Polski być może liczy się to nawet podwójnie. Chinom udało się wyrwać z grona najbardziej zacofanych państw świata i zająć drugie miejsce w kategorii największych ekonomii świata, a nam tu w Polsce nie udało się nawet stworzyć zarysu strategii państwowej wobec Chin jako partnera gospodarczego, czy sojusznika politycznego w przestrzeniach innych niż Unia Europejska. Stosunek do Chin nie zmienia się nad Wisłą ani na jotę, bez względu na to, która z opcji politycznych dorywa się do rządzenia. Wszystkie te opcje zakładały i zakładają, że jak się z Chińczykami podpisze jakieś dokumenty, to Chińczycy wpadną w graniczący z obłędem zachwyt i wszystko potem sami zrobią. Najświeższym przykładem może być euforia wokół wizyty prezydenta Dudy w Chinach. Kiedy to było? Tak, zaledwie 3 miesiące temu. I już nikt o sprawie nie pamięta. I nikt nawet nie podjął wysiłku, żeby zacząć na poważnie pielęgnować te relacje. Są w Polsce ludzie, którzy mogliby się tym zająć, no ale Chiny nigdy nie były dla Polski priorytetem. Obawiam się, że jeśli już wreszcie ktoś z rządzących zajmie się sprawą na poważnie, doprowadzi mozolnie do stworzenia polskiej strategii dla Chin, to Chiny będą już w zupełnie innym miejscu, zdążą się tak zmienić, że z trudem wypracowana strategia pasować będzie do realiów niczym pięść do oka.

W 2020, a może i wcześniej, skończą się pieniądze z tak chętnie opluwanej, złej, wrogiej najwartościowszym wartościom Europy. I co potem? Co my mamy w rękach? Jaki Plan „B” dla Polski? Sądząc po zawartości słynnej niebieskiej teczki jednej pani ze słynnymi broszkami nie ma nawet Planu „A”. A, nie! Nieprawda! Jest Plan. Każda opcji dorywających się do rządzenia ma konkretny plan: „Stworzymy warunki, a przedsiębiorcy sobie już sami poradzą”. No i tworzą te opcje warunki iście imponujące, składające się z gór, przepaści, sprytnych zasadzek, albo prostackich napadów łupieżczych niczym nieskrępowanych urzędników. Przedsiębiorcy sobie radzą. Kombinują, manewrują, dziczeją ze szkodą dla wszystkich. Albo mówią „Dość!” i jadą sobie precz, w siną dal. Żeby żałować, że tak długo zwlekali z tą decyzją.

Chiny były, są i będą. Nawet jeśli w Chinach zmieni się wiele, jeśli nawet na gorsze, to one były, są i będą ogromnym rynkiem. Nawet w bardzo słabych okresach najnowszej historii ChRL myśmy z Chin kupowali mnóstwo i sprzedawaliśmy im mnóstwo. Ale mieliśmy z Chinami relacje. Mieliśmy dla handlowania, współpracy punkty zaczepienia. Tego typu relacji i punktów zaczepienia przedsiębiorcy z Polski nie są w stanie wypracować sami. Tu państwa nie zastąpi nic i nikt. Ale jak się wydaje, państwo ma tą kwestię w nosie.

No i właśnie stąd to całe moje zaniedbanie Chin. Foch taki.

A może zwyczajnie to skutek permanentnego braku światła słonecznego. Muszę sobie kupić taką lampkę, która świecąc światłem o odpowiednich parametrach, zbliżonym do światła słonecznego, nastrój poprawia. Muszę sobie kupić taka lampkę. Chińską oczywiście.

 

Leszek Ślazyk

 

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close