Chiny subiektywnie

Chiny, czyli zmiany, zmiany, zmiany

 

Miałem ostatnio możliwość mówić o zmianach (rzecz jasna w kontekście Chin) i o tym, że nie jesteśmy w stanie zmian uniknąć. Nie możemy zakląć rzeczywistości, gnającej coraz szybciej, napędzanej wynalazkami, których znaczenia nie potrafimy właściwie ocenić. Jeśli kiedyś nie dało się po prostu nie zauważyć wielkiej, głośnej, pośmiardującej i dymiącej maszyny parowej, to dzisiaj trudno zdać sobie sprawę ze znaczenia, wpływu na nas tych małych urządzeń, które nosimy w torebkach, kieszeniach, a które co chwilę smeramy po ekranach. Mówiąc o zmianach uświadomiłem sobie, że Chiny, które przecież staram się obserwować nieustannie, również zmieniły się niepostrzeżenie. Niepostrzeżenie uległy zmianie diametralnej. Co to znaczy?

Myśląc o Chinach, z dowolnie różnych powodów, a nie zajmując się nimi jakoś szczególnie, bez głębszego wnikania w ich materię, czy to historyczną, czy polityczną, czy gospodarczą, tak naprawdę postrzegamy je przez pryzmat i na bazie ogólników oraz skromnej ilości stereotypów. Co więcej te ogólniki, te stereotypy nie przekładają się na wyobrażenie sobie chociażby skali Chin. Bo czy jesteśmy sobie w stanie uświadomić tak konkretnie, tak rzeczywiście chociażby wielkość chińskiej populacji? Czy wyobrażamy sobie ogrom ludności liczącej 1 miliard 350 milionów obywateli? Jak przyjmujemy informację, że historia Chin liczy sobie 5000 lat? To dla nas zupełne abstrakty. To jak miliony liczone przez kasjerkę w banku. Są, ale nie mają konkretnego, osobistego przełożenia. Kasjerka liczy miliony złotych, ale robi to mechanicznie, bez przeliczania chociażby na ilość samochodów jakiejś marki, które można by kupić za te właśnie przeliczane banknoty. Tak właśnie jest z danymi, które docierają z Chin.

Od lat co najmniej 8 docierają do nas informacje o wzroście kosztów pacy w Chinach. Tyle, że informacja o tym, iż w Szanghaju pensje rok do roku rosną o 30% nie powodują żadnej refleksji. Szczególnie wśród przedsiębiorców współpracujących z chińskim dostawcami od początku lat 90-tych. A wystarczy wziąć do rąk kalkulator, żeby zobaczyć co następuje:

Załóżmy że w 2008 roku musieliśmy pracownikowi produkcyjnemu zapłacić 800 juanów.

Rok później już 30% więcej, czyli 1040 juanów. W 2010 roku 1352 juany, w kolejnym 1758 juanów. W 2012 roku powinniśmy zapłacić temu samemu pracownikowi 2285 juanów, w 2013 roku już 2970, w 2014 roku 3861 juanów, a w zeszłym roku 5019 juanów. W roku bieżącym pracownik, który kosztował 8 lat temu 800 juanów może żądać pensji w wysokości 6525 juanów.

Oczywiście powyższe wyliczenie jest uproszczeniem. Ale doskonale pokazuje skalę zmian. Świat zachodni założył, że skoro Chiny spowalniają, to chińscy przedsiębiorcy w obliczu schładzania się chińskiej gospodarki zaczną na przykład obniżać ceny. Nic z tego. Dlaczego nie opłaca się już produkować w Chinach T-shirtów i niedrogich butów sportowych? Ponieważ tego typu produkty wymagają dużego nakładu pracy ludzkiej. I nie da się znaleźć w Chinach większej ilości pracowników, do tego takich, którzy będą związani z zakładem co najmniej 5-10 lat, którzy zaakceptują pensję w wysokości 800 juanów miesięcznie. Nawet jeśli pochodzić będą z bardzo biednych rejonów Chin, to szybko się zorientują, że życie w rozwiniętych prowincjach chińskich jest cholernie drogie, no i że ludzie zarabiają tam kosmiczne (jak dla tych migrantów z rejonów biednych) pieniądze. Przy braku rąk do pracy w Guangodngu, Zhejiangu, Jiangsu, szybko znajdą lepiej płatne prace. Z kolei lokalnie dostępni pracownicy nie zgodzą się na pracę za 800 juanów, ponieważ koszty ich własnego życia rosną równie szybko (a może szybciej) co ich wynagrodzenia. Tu znów miejsce dla sygnału z Chin, który dociera do nas regularnie: wzrost cen chińskich nieruchomości.

W Chinach zbudowano niezwykle podobny do polskiego powszechny przymus (społeczny, stymulowany przez władze) posiadania własnego lokum. Nie wynajmowania, tylko posiadania. Na własność. Co więcej nieruchomości stały się w zasadzie jedynym ogólnie dostępnym sposobem inwestowania w Chinach. Od lat ceny nieruchomości w Chinach rosną. I pomimo powszechnej wiedzy, że chiński rynek nieruchomości jest obszarem niezdrowych ekonomicznie spekulacji, że stanowi wielką, a niebezpieczną bańkę, to ich ceny rosną nieustannie. W mieście Zhengzhou w ciągu ostatnich 12 miesięcy ceny nieruchomości wzrosły o…. 60%! To oczywiście lokalny rekordzista, ale w innych miastach ten wzrost kształtował się w okolicach 20-30%. Rok do roku! Zatem jakże pracownik, który chce kupić mieszkanie dla siebie, dla dzieci, dla wnuków ma przystać na podjęcie pracy w miejscu oferującym wynagrodzenia w wysokości sprzed 8 lat?

Jakże zatem możemy zakładać, że chiński producent, przedsiębiorca borykający się z takim właśnie wzrostem kosztów pracy i życia, zacznie rozważać na serio obniżenie cen dla produktów, które chcemy od niego kupić? W jaki sposób przy ogólnym wzroście kosztów pracy, energii, surowców ma jeszcze wygospodarować margines dla obniżenia cen dla nas? Dlaczego miałby na interesie z nami zwyczajnie tracić? Bo nas lubi? Bo powinien inwestować w przyszłość? Czyją? Naszą, czy swoją?

I tu wracam do mojego ulubionego wątku, czyli robotyzacji i automatyzacji produkcji. Jedynym wyjściem w powyżej nakreślonej sytuacji, jedynym sposobem na przywrócenie konkurencyjności chińskich produktów jest maksymalne zautomatyzowanie chińskiej produkcji. Z jednej strony to szansa dla chińskich eksporterów wszelkiego dobra, z drugiej dla Chin to możliwość stworzenia kolejnej po elektronice specyficznej specjalności lokalnej. Bo przecież produkcja robotów i linii produkcyjnych na własny użytek będzie skutkować (i już skutkuje) produkcją tychże na eksport, na skalę globalną.

A tu z kolei pojawia się kolejna obserwacja. Od lat uważam, że chińska gospodarka jest echem gospodarek zachodnich. Chiny nie są źródłem trendów, innowacji, technologii, rozwiązań, tylko odbiciem tego, co zachodzi w tych obszarach na świecie. I podczas wspomnianej prelekcji uświadomiłem sobie, że ukułem sam dla siebie pewien stereotyp, który nie pozwala mi dostrzegać istotnych zmian. To co dzieje się w chińskim internecie, w chińskich technologiach mobilnych świadczy o tym, że może nie powszechnie, ale w pewnych przestrzeniach ekonomii i technologii Chiny zaczynają wyprzedzać świat, stają się kreatorem trendów, nie zaś wyłącznie ich naśladowcą. Za chwilę stać się tak może również w obszarze robotyki, robotyzacji i automatyzacji produkcji. I nie tylko produkcji jako takiej. Bo te nowe produkty, nowe roboty, niekoniecznie służyć muszą produkcji. Wystarczy wspomnieć małego elektronicznego towarzysza dla osób starszych o imieniu Pepper, czy doskonalonego w Japonii robota pielęgniarza.

Dzisiaj brakuje nam wyobraźni, żeby odkryć wszystkie przyszłe funkcje maszyn. Brakuje jej, ponieważ nawet prosty fakt, iż w najbliższych latach automatyczne samochody wyprą samochody kierowane przez ludzi w głowie się nam nie mieści. Duży błąd. Zmiany są nieuniknione. Co ciekawe Chińczycy nie mają takiego problemu. Cechą ich rzeczywistości jest przecież nieustanna, niewyobrażalnie dynamiczna zmiana, świadomość tymczasowości tego co dzisiaj. Jeśli chcemy nadążyć za światem powinniśmy sobie to uświadamiać codziennie po przebudzeniu: „Dzisiaj nie będzie takie jak wczoraj”.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close