Chiny subiektywnie

Na Zachodzie bez zmian, albo Chiny jako odwieczna zagadka

Mało kto wierzył naprawdę, że nowym prezydentem Stanów Zjednoczonych zostanie Mitt Romney. Barrack Obama "pochyla się" nad losem "zwykłych ludzi", czyli przedkłada model państwa "opiekuńczego" nad takie, w którym żyją ludzie odpowiedzialni sami za siebie. "Zwykli ludzie" wszędzie stanowią doskonałą większość, wynik demokratycznych wyborów w USA był zatem łatwy do przewidzenia. Chiny już jutro powitają nowego prezydenta. Tu żadnych pytań nie ma. Wiemy kto nim zostanie.

Co z tego, że wiemy? Nie ma wielkiego show. Nie ma miesięcy kampanii wyborczej, debat, słupków poparcia i tego całego sztafażu amerykańskich elekcji, obowiązkowo kończonych lawiną balonów, sypaniem konfetti, euforią wygranych, depresją przegranych przykrywaną amerykańskim uśmiechem "i'm fine, thank you". Na 99,99% nowy prezydentem ChRL zostanie Xi Jinping. Tak zostało postanowione.

Co to znaczy? Kto konkretnie tak postanowił? Niby wiemy, że zgodnie z testamentem politycznym Deng Xiaopinga decyzję podjęto kolektywnie. Deng doświadczywszy nieokiełznanych pomysłów Mao Zedonga był wrogiem jednoosobowego przywództwa, nie podlegającego żadnej kontroli (sam de facto stanowił takie przywództwo, nieprawdaż), namaścił więc grono współpracowników, aby poszli w świat i głosili jego wizję Chin bogacących się po cichutku, zbierających się w sobie z dala od światowego zainteresowania. Wzbogacić się udało, pozostać w cieniu zupełnie nie. Chiny weszły do pierwszego rzędu aktorów światowej polityki, ale wciąż czują się nieswojo w tej roli. Albo może wciąż nie nauczyły się jej grać, bo nie gotowały się do niej tu i teraz. Państwo Środka zostało przez kryzys światowy wypchnięte z cienia właściwie siłą. Ciało kolektywne nie. Konia z rzędem temu kto wykaże bez żadnej wątpliwości jakie cechy spowodowały, że to akurat Xi ma zostać prezydentem kraju na następne 10 lat. Mamy zbyt mało danych, wszelkie twierdzenia w tej materii łatwo obalić lawinami wątpliwości wynikających z wiedzy szczątkowej. W przeszłości, nawet tej bardzo odległej, nigdy my Europejczycy nie mieliśmy zbyt bogatej wiedzy na temat Chin. Zawsze były dla nas zagadką. I tak jest do dziś.

Na Zachodzie bez zmian. Obama nie poczyni rewolucji. W razie dramatu z kasą znów puści w ruch maszyny drukarskie i dodrukuje bilion, czy dwa dolarów, które już dawno przestały reprezentować wartość dodatnią. Dzisiaj są przecież jakimiś biletami dłużnymi, którymi cały świat zgadza się obracać. Szczególnie chętnie w formie bezgotówkowej. Wirtualne pieniądze, wirtualne wartości.

My jako średniej wielkości kraj, gdzieś tam w odległej Europie nie mamy co liczyć na zajęcie jakiegoś szczególnego miejsca na liście priorytetów polityki zagranicznej USA. Ani u nas ropy, czy gazu, ani metali rzadkich. Armię mamy taką, że trzeba by ją właściwie budować od podstaw. E tam. Takich krajów na świecie jest na pęczki. Zresztą za 4 lata są kolejne wybory, trzeba budować kapitał dla następnego demokraty na urzędzie, a nie zajmować się krajami peryferyjnymi. Szczególnie, że amerykańska uwaga skupia się od dłuższego czasu na obszarze Pacyfiku. Tam jest znacznie więcej do rozegrania, no i do ugrania.

W Chinach jutro, 8 listopada zaczyna się XVIII Zjazd Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych. Delegaci potwierdzą decyzję tajemniczego ciała kolektywnego poprzez podniesienie rąk i naciśnięcie guzika. Potem oklaski i przemówienia. Znamy to doskonale z przeszłości. Co nam z tych chińskich wyborów? Po co sobie nimi zawracać głowę?

Otóż gdyby ludzie sprawujący z naszego wyboru różne funkcje państwowe byli w stanie patrzeć na świat z innej perspektywy niż żaby w małym stawie mogliby dostrzec, że Chiny stanowią dla nas jako kraju znacznie większy potencjał niż na przykład USA. Na najbliższe 10 lat zostaje ustalony personalny skład tamtejszych włodarzy. W świecie szarpanym co 4 lata wyborami to duża wartość. Przed Chinami stoją bardzo konkretne wyzwania będące następstwem ostatnich 30 lat dynamicznego rozwoju, którego kosztem są problemy społeczne, dewastacja środowiska, zaburzona demografia. Chiny to prawie półtora miliarda ludzi. Polska to 38 milionów obywateli. My, nauczeni przez lata socjalistycznej siermięgi, mamy zdolność tworzenia cudów z niczego, wymyślania rozwiązań nie do pomyślenia, pracowania z przekonaniem. Oni mają duże braki, których źródłem niedostrzeganym są lata rewolucji kulturalnej (1966 – 1976) i czasu tuż po niej. My mamy łeb, oni zaś pieniądze. Możemy być atrakcyjni dla Chińczyków tym bardziej, że mając przewagi intelektualne (w rozumieniu wykształcenia, innowacyjności), nie stanowimy dla nich zagrożenia. Co więcej, mamy doświadczenie w życiu pomiędzy trudnymi sąsiadami jakimi dla nas są Niemcy i Rosja, dla Chin ta sama Rosja i Japonia.

Zamiast wieszczyć nadchodzenie kryzysu gotowałbym się do serii wyjazdów, konkretnych wyjazdów do Chin, aby korzystając z oczywistych wskazówek chińskiego XII planu 5-letniego zaproponować rozpoczęcie współpracy i w Chinach i w Polsce. Oczywiście Chiny nie mogą stanowić jedynego kierunku rozwoju zagranicznych relacji ekonomicznych naszego kraju. Ale nie mogą być traktowane tak, jak ma to miejsce dziś. Wyłącznie od okazji do okazji, bez efektów, bez konkretów, za to z rosnącym zniechęceniem osób w te działania zaangażowanych, jak również przeciętnych zjadaczy polskiego, bez wątpienia smacznego chleba.

Decydenci, owi właśnie wybrani przez nas samych, nie rozumieją prostych, wydawałoby się, spraw, jak na przykład konieczność uruchomienia projektu, którego celem byłoby monitorowanie współczesnych Chin. Nie w celach jakichś tajemniczych, szpiegowskich, tylko by je zrozumieć choć trochę. Żeby przestały być taką kompletną, odwieczną zagadką. By jechać do Chin i przyjmować chińskie delegacje z jakimś głębszym sensem, ni li tylko urządzać sobie egzotyczne wycieczki za pieniądze nas, podatników.

Nie da się budować żadnej strategii na bazie wyobrażeń i domniemań. Niestety, osoby, z którymi rozmawiam na ten temat zdają się nie pojmować oczywistych oczywistości. A może nie chcą.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

2 thoughts on “Na Zachodzie bez zmian, albo Chiny jako odwieczna zagadka”

  1. prawda, lepej z Chinami biznes trzymac niz ze USA, kiedys sprzedawalismy im Polonezy i podobnoz starsze pokolenie nasz samochod wspomina z sentymentem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close