Chiny subiektywnie

Trump i Chiny,

albo dlaczego demokracja jest do bani.

To zadziwiające. W ciągu niemal 10 lat istnienia portalu chiny24.com relacjami Chiny – USA zajmowaliśmy się incydentalnie, a konkretnymi działaniami administracji Baracka Obamy bodaj 3, no może 4 razy. Z Donaldem Trumpem jest zgoła inaczej. Ten nie ustaje w wysiłkach, żeby co chwilę przypominać sobie o jego istnieniu w kontekście Chin, tak w relacjach bezpośrednich pomiędzy Waszyngtonem, a Pekinem, jak również w kontekście sytuacji w Azji Południowo-Wschodniej i Pacyfiku. O ile ludzie Obamy uświadomili sobie nieoczekiwany wzrost znaczenia Chin i dokonali piwotu amerykańskiej polityki zagranicznej, gdzie priorytetem przestała być Europa, a obszar Oceanu Spokojnego stał się najważniejszym terenem działań amerykańskich dyplomatów, tak w przypadku Trumpa… po prostu nie wiadomo o co chodzi. Trump

W kampanii wyborczej Donald Trump wypowiedział słowo China (słynne „dżajna”) tysiące razy. Chiny w jego przemówieniach robiły za ciotkę samo zło. Ale kiedy już został prezydentem USA, to jakby mu się odmieniło. Przyjął prezydenta Xi Jnpinga w swoim kurorcie, pochwalił się wnuczętami, które uczą się języka mandaryńskiego (!), generalnie raczej się łasił, niż wymachiwał pięścią. Wszystko zaś zakończyło się kolacją, podczas której Trump rozkazał zbombardować Syrię wbrew temu co ustalił z Pekinem. Trump

Potem chciał się bratać z Chinami, które odwiedził w listopadzie zeszłego roku, aby w marcu tego roku wypowiedzieć Chinom wojnę handlową. Zanim jednak ta wojna rozpoczęła się na serio, oficjalnie, w zeszłym tygodniu oświadczył, że ponieważ dotknięty amerykańskim embargiem chiński koncern ZTE, oskarżony przez CIA, FBI i NSA o to, że produkuje urządzenia szpiegujące obywateli amerykańskich (to przecież przywilej Facebooka, do diabła!), znalazł się w poważnych kłopotach, w wyniku których może zwolnić ponad 80 tysięcy swoich pracowników, należy się z embarga wycofać i pozwolić ZTE powrócić do normalnego działania. Prawdopodobnie dlatego, że amerykańscy dostawcy półprzewodników nie znaleźli alternatywnych kluczowych odbiorców swoich półprzewodników, a Chińczycy natychmiast uruchomili swoje programy ich produkcji (i już od tego nie odstąpią), co pewnie skończy się kupieniem przez nich amerykańskich firm. Trump

Trump niezgorzej broi również w regionie. Filipiny, strategiczny dla USA punkt na mapie Pacyfiku i Azji Południowo-Wschodniej, już zadeklarowały ustami swego prezydenta Duterte, że mogą nawet stać się chińską prowincją. Bo to lepszy układ, niż koalicja z USA, z której Filipiny maja tyle, że na ich terytorium znajduje się baza amerykańskiej marynarki i już. A Chiny są skłonne wesprzeć finansowo, uruchomić inwestycje infrastrukturalne, przekazać broń, są bliżej, i też mają broń jądrową. Władze Wietnamu, od zawsze nieprzychylne Pekinowi ostatnio zdają się zmieniać kurs. Wprawdzie niedawno, po raz pierwszy od zakończenia wojny amerykańsko-wietnamskiej, do wietnamskiego portu Da Nang zawinął amerykański lotniskowiec. Jednak po tym geście nie pojawiło się nic konkretnego. A Wietnam musi raczej zdecydować o bezpiecznym kursie na najbliższe lata. Następstwem spotkania przywódców obu Korei miało być spotkanie Kim Dzong Una z Trumpem w Singapurze. Dzisiaj północnokoreański straszny, choć groteskowy dyktator gra na nosie Trumpowi, który tymczasem zerwał porozumienie jądrowe z Iranem. Porozumienie wypracowane przez administracje Obamy. Ach, zapomniałbym, zadecydował też o przeniesieniu ambasady USA w Izraelu z Tel Awiwu do Jeruzalem. Rozgrzewając na nowo bliskowschodni tygiel. Przy okazji Iranu naruszył na szwank wizerunek prezydenta Francji, który po spotkaniu z Trumpem był pewien, że układ z Iranem zostanie podtrzymany i publicznie o tym mówił. Władze Iranu zdecydowały się czekać na opinie innych sygnatariuszy układu, ale jednocześnie podjęły decyzje dotyczące poszerzenia współpracy z Chinami. Trump

Nie ma wątpliwości, że chłop dostarczy światu jeszcze wiele emocji.

Dlaczego twierdzę, że demokracja jest do bani? No cóż, poniekąd powtarzam za Arystotelesem, który ładnych kilka lat temu twierdził, że demokracja jest ustrojem chorym, z samego założenia, wedle którego społeczność podejmuje decyzje zgodne z wolą większości. Większości, której wolą można bez ograniczeń (demokracja!) manipulować. Arystoteles postulował, aby władaniem zajmowała się odpowiednio przygotowana grupa społeczna, która dzięki edukacji, doświadczeniu, braku pokus redukowanych przez odpowiedni status społeczny i majątkowy (obniżenie pensji parlamentarzystom i samorządowcom w Polsce, no brawo, brawo, Arystoteles by sobie w łeb strzelił) posiadałaby odpowiednie dla władania kompetencje. Te zaś pozwolą członkom klasy, grupy rządzącej podejmować decyzje dobre dla państwa, dobre dla jego trwałości, bezpieczeństwa, itd., itp. Nazwał ten model mianem „politeja”. Upatrywał w swoim modelu szansę na racjonalne zawiadywanie państwem, doświadczył bowiem demokracji greckiej i wiedział, iż demokracja spełnia życzenia większości, te życzenia zaś, szczególnie nakręcane przez populistów, najczęściej nie mają nic wspólnego z dobrem państwa. Wręcz przeciwnie. Trump

W uproszczeniu (ogromnym) jakieś cechy arystotelesowskiej politeji możemy obserwować w Chinach. Jest grupa dedykowana, jej członkowie stanowią zamkniętą klasę, w której z jednej strony coraz większe znaczenie ma edukacja (zwłaszcza ta poza granicami Chin), z drugiej zaś doświadczenie na kolejnych szczeblach administracji. Nie znajdziemy w chińskiej polityce ani trybunów ludowych typu Andrzej Lepper, ani ludzi, którzy zabierają się za politykę, bo świetnie sobie radzą w biznesie, jak na przykład Donald Trump. Nie znajdziemy tu też decyzji „pod publiczkę”, jeśli te decyzje mogłyby zaszkodzić i władzy, i państwu jako takiemu. Trump

Trump jest biznesmenem. Nie mnie oceniać, czy naprawdę dobrym, czy po prostu zręcznym rozgrywającym potencjały i kapitały wypracowane przez swojego ojca. Co istotne dla mnie, to fakt, że Donald Trump jest mentalnie biznesmenem, prezesem, „decisionmaker’em”. On coś każe, inni mają słuchać. Inni mu coś tam doradzają, on wie najlepiej. Jeśli podejmuje błędne decyzje, to zawsze znajdzie winnego. Sam przecież się nie myli. Dowodem na jego nieomylność jest widoczny i policzalny sukces finansowy. Przez ostatnie 25 lat naoglądałem się tych lokalnych imperatorów w Polsce i w okolicach. Wszyscy są niemal tacy sami. Sytuacja, w której to oni są ostatecznymi decydentami, w której otaczają ich ludzie obawiający się utraty pracy, pokornie znoszący codzienne upokorzenia, wybuchy furii, powoduje, że ich ego rozrasta się do rozmiarów globu. W pewnym momencie tracą poczucie rzeczywistych swych możliwości, obiektywnej wartości. A to powoduje, że na przykład prosząc (bardziej nakazując) o znalezienie partnera biznesowego w Chinach, chcą tych „największych i najlepszych”, zupełnie nie biorąc do pały, że będąc hegemonami powiatowymi nie są w stanie nawiązać bezpośredniej współpracy z chińskimi firmami, które wszystko liczą w miliardach, dla których „co najmniej jeden kontener w miesiącu” nie ma absolutnie żadnego, najmniejszego znaczenia. Imperatorzy, i ci lokalni polscy, i ci, których reprezentuje Trump, potrafią rozgrywać biznesowe sytuacje. Potrafią konkurenta zdominować, podjechać, zmusić do rejterady, albo przejąć. Tylko, że to są sytuacje raczej proste. Firma – firma. Nawet jeżeli każda z nich zatrudnia dziesiątki tysięcy ludzi. Polityka, a zwłaszcza dyplomacja jest zabawą bardziej subtelną. Bo tu się gra jednocześnie na dziesiątkach pól. W biznesie zerwanie ustaleń poczynionych przez poprzedni zarząd sprawdza się. To jeden z typowych modeli działania. W polityce międzynarodowej zwyczajnie nie. Zerwanie porozumienia z Teheranem wywołuje lawinę reakcji w wielu punktach świata, w obszarze wielu obowiązujących USA sojuszy, podważa (po raz któryś w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy) wiarygodność całego państwa amerykańskiego jako wiarygodnego partnera, sojusznika. To samo dotyczy i Jeruzalem, czy wojny handlowej z Chinami. Widać przecież gołym okiem, że Donald Trump nie jest w stanie zrozumieć ani czym jest stanowisko, które obejmuje już przecież półtora roku, ani jak bardzo powinien polegać na zdaniu tych, którzy mają pojęcie, o tym, o czym on bladego pojęcia nie ma. Demokracja jest do bani wynosząc takie jednostki na pozycje liderów. Jest do bani w porównaniu z pierwszym lepszym systemem, w którym elementem nadrzędnym jest plan i cel, państwo jako takie, a nie permanentne umizgi wobec „grup nacisku”, żeby załapać się na jeszcze jedną kadencję, ponapawać się władzą. Jest do bani, bo jej słabości, w wyniku pogłębiającej się negatywnej selekcji, oddalają ją od sprawnego, racjonalnego zarządzania państwem, a w konsekwencji czynią państwo przeciwnikiem, a nawet wrogiem obywatela. Jest do bani, bo kiedy ulega coraz głębszej korozji, degeneracji, czyni nawet najsilniejsze państwa coraz słabszymi. A ponieważ posługuje się narzędziami fałszującymi rzeczywistość, obywatele odkrywają tą słabość bardzo późno, z niezwykłym zdziwieniem. Trump

Donald Trump zdobył fotel prezydencki: „Make America Great Again”. Ostatnio Harrison Jacobs z „Business Insider” odbył dłuższą podróż chińskim szybkim pociągiem i doznał szoku. Ameryka pozostała gdzieś w tyle. Kładąc nacisk na gry wojenne, na rozwiązania siłowe na zewnątrz, a priorytet prywatnej inicjatywy wewnątrz straciła to, co stało u podstaw jej globalnego sukcesu. Przestała być prężna i silna. Mając na czele tak rozchwianego lidera, nie będącego utrzymać konkretnego kierunku pomiędzy jednym, a drugim tweetem, nie ma wielkich szans, żeby planowo, konsekwentnie i racjonalnie nabrać znów odpowiedniej szybkości. W demokracji nie zagrożonej wojną pociągi, mosty, odnawialne źródła energii, inwestycje w badania naukowe, etc., zawsze przegrają z żądającymi chleba i igrzysk. Oni oddają głosy. Mosty nie. Trump

Demokracja jest do bani. Zwłaszcza dlatego, że nikt nie wymyślił i nie wypraktykował dla nas, tu w Europie lepszego modelu odpowiadającego naszym duszom rogatym, naszemu rozumieniu jednostki i jej wolności. Bieda cała w tym, że działa ona najlepiej po tym, jak się w niej wszystko rozpierniczy, musi przeżyć kataklizm, żeby się wyregulować. Na jakiś czas jedynie zresztą. Dziś jest do bani, bo – tak się wydaje – zbliża się do kolejnego punktu krytycznego. Trump

Przy niej – demokracji – chińska „politeja” stawiająca na „harmonię ponad wszystko” wydaje się być czymś idealnym. Różni się od niej – demokracji – liderami, dalekosiężnymi planami, tempem postępu. Ale i ona ma gdzieś tam swój cykl wzlotu i upadku, ma swój kres, to pewne. Kiedy, dlaczego, za czyją sprawą podupadnie, może polegnie, trudno zgadywać. Takiego eksperymentu od czasów Arystotelesa do dzisiaj nie przeprowadził nikt. A już na pewno nie na tak gigantyczną skalę. Wszystko tu zatem nowe, właściwie po raz pierwszy. I pewnie dlatego tak fascynujący. Bardziej niż stara, znana demokracja. Która jest do bani. Tru

 

Ilustarcja: Credit Commons / Sambeet

Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

1 thought on “Trump i Chiny,”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close