Chiny subiektywniePolska

Wnioski z podróży płynące

 

 

Chciałem dzisiaj poopowiadać o czymś zupełnie innym, ale – jak to ostatnio często bywa – muszę napisać o sprawie, która mnie dotknęła właśnie co. Muszę, bo inaczej się uduszę. Rzecz dotyczy doświadczania tych samych rzeczy w Chinach i w Polsce. Tych samych, a jednocześnie tak bardzo różnych. Generalnie chodzi o klęski żywiołowe, czy może bardziej o postawę wobec przewidywalnych w swojej przewidywalności manifestacji siły natury. wnioski

Wiele lat temu załatwiałem jakieś sprawy w Shenzhen. Prawdę mówiąc już nie pamiętam co to były za sprawy. Pamiętam zaś dokładnie hotel należący do firmy 999, w którym spędziliśmy kilka nocy oraz kuriozalne, gigantyczne KTV zajmujące kilka kondygnacji w podziemiu i nadziemiu hotelu, po którym wędrowaliśmy ze znajomym, zaczarowani, bo było to doświadczenie surrealistyczne, znaleźliśmy się żywcem w chińskiej mutacji jednego z filmów Felliniego. Nie było tam żadnych prostych korytarzy, wszystkie wiły się wężowo, na ich końcach, czy też początkach pojawiały się znienacka mniejsze, lub większe pomieszczenia, sześcienne, ośmiościenne, n-ścienne, owalne, kuliste. Były też wielkie sale do tańca bez tańczących. Były toalety, do których trzeba było się wspinać zygzakiem stalowych schodów, gdzieś o 3 piętra powyżej podłogi, niczym po ścianie jakiejś postapokaliptycznej fabryki, w których to toaletach na klientów czatowali panowie toaletowi oferujący łagodny masaż pleców i karków w trakcie oddawania moczu i oglądania nad pisuarami obrazów wyświetlanych na małych ekranach LCD. Widziałem tam silnie roznegliżowane bliźniaczki-skrzypaczki, dwie do siebie podobne jak lustrzane odbicie wijące się i przytupujące kobiety wyciskające ze skrzypiec kaskady szybkich dźwięków. Byli śpiewacy, wyginający ciała akrobaci żonglujący nogami glinianymi dzbanami z ryżowym winem. Był ktoś kto połykał różne przedmioty ze szkła i stali ze sprawnością polskiego recydywisty planującego kolejny pobyt w szpitalu. Był ktoś kto połykał ogień i ktoś kto potrafił kartami przecinać łodygi róż. A myśmy szli, szli i szli próbując znaleźć wyjście z tego onirycznego labiryntu.wnioski

Z Shenzhen wracaliśmy do Hangzhou samolotem. W dniu powrotu od rana lało. O Shenzhen zahaczał tajfun, który wcześniej rozrabiał na Filipinach. Kiedy dojechaliśmy taksówką na lotnisko, z nieba ku ziemi słały się wodne kurtyny. Wystarczyło przejść od taksówki pod zadaszenie wejścia na lotnisko te 5 metrów, żeby mieć mokrą koszulę, spodnie, gacie, buty i skarpetki. Lało jak z cebra. Postaliśmy chwilę w kolejce do odprawy biletowej, potem przeszliśmy kontrolę bagażu podręcznego, no i mogliśmy odczekać kwadrans, czy dwa, aby wpuszczono nas na pokład. My wyschliśmy, ale za oknami samolotu sprawy nie wyglądały najlepiej. Przez ścianę wody ledwie można było dostrzec koniec skrzydła. Zanim zacząłem się na poważnie bać, że jakiś chiński kamikadze pracujący w roli pilota Shenzhen Airlines będzie mógł wreszcie zrealizować swój potworny plan ze mną w roli trzecioplanowej ogłoszono, że jednak nie polecimy. W ciągu pół godziny odwieziono nas do hotelu, rozpytano, kto ma jakieś dietetyczne ograniczenia zdrowotne, czy innej natury, po czy nakarmiono. Od chwili kiedy opuszczaliśmy samolot, rózne osoby, w różnych momentach informowały nas szczegółowo, że powodem wstrzymania lotu jest tajfun, który zmienił kierunek i ruszył na Guangdong, że nie ma pewności, czy sytuacja zmieni się w ciągu najbliższych godzin, że jeśli przeciągnie się ponad 6 godzin, to z lotniska przywiezione zostaną nasze bagaże, bo prawdopodobnie będziemy musieli zostać w hotelu na noc, tymczasem coś zjedzmy, kto ma taką potrzebę niech weźmie prysznic, kąpiel, niech się położy i odpocznie. I ciągle nas przepraszano, zwracając uwagę, że to jednak siła wyższa ten tajfun. Bodaj po ośmiu godzinach zawieziono nas na lotnisko, a potem po kolejnych dwóch godzinach różnych oczekiwań (w tym czekania w kolejce samolotów na pasie startowym) wylecieliśmy do Hangzhou.wnioski

Może dwa lata później, zimą jechałem autobusem z Suzhou, znów do Hangzhou. Było wtedy bardzo zimno, tak, że obudowy klimatyzatorów, które służą do ogrzewania pomieszczeń pokryte były grubymi czapami lodu. Rowerzyści w ciepłych kapciach fikali na ubitym śniegu fantastyczne koziołki. Autobus wyjechał o czasie, ale nie mógł wjechać na autostradę. Tą chwilę wcześniej zamknięto. Administracja uznała, że warunki drogowe są niebezpieczne, szczególnie dla kierowców, którzy mają nikłe doświadczenie ze śniegiem i lodem na jezdniach. Na autostrady wjechał sprzęt wojskowy, żeby odgarną i posolić. Śniegu było może z pięć centymetrów. Ale w miejscowościach gdzie regularnie sadza się palmy na ulicach, to jednak wydarzenie niezwykłe. No i ok. Siedzieliśmy w autobusie, który nie miał prawa dojechać do Hangzhou. Wróciliśmy na dworzec autobusowy, gdzie poinformowano, że autostrada będzie zamknięta jeszcze co najmniej kilka godzin. Ale jeśli ktoś musi do Hangzhou dojechać, to na miejscu zostaną zorganizowane bilety kolejowe. Zajmie to jednak trochę czasu. Więc osoby, które po prostu rezygnują z podróży mają iść do okienka tego i tego, natomiast ci „uparci” niech pójdą do okienka tego i tego. Ponieważ rzecz zajmie trochę czasu, to wszystkim czekającym na bilety kolejowe zostaną wręczone zestawy z jedzeniem i piciem, a w hallu głównym zostało ustawione stoisko z ciepłą wodą i herbatą – można się zgłaszać ile wlezie, wystarczy okazać bilet.wnioski

Kilka tygodni temu jechałem pociągiem super i do tego szybkim z prowincji Fujian do prowincji Jiangxi. Zatrzymywałem się w kilku miejscach, odwiedzałem kolejno różne miasta. Na którymś etapie podróży musiałem się przesiadać z linii Wschód-Zachód na linię Północ-Południe. Przesiadka miała być prosta, ale na miejscu pojawiły się schody. Dosłownie. Musiałem przedostać się z jednego dworca na drugi. Oba stanowiły jeden kompleks obsługujący skrzyżowanie głównych linii kolejowych, ale jednoczenie były autonomicznymi budynkami. Żeby przejść z jednego na drugi, trzeba było pokonać labirynt schodów. Próbowałem pokonać ten labirynt samodzielnie i nie dałem rady. Zaczepiłem starszego gościa w uniformie ochroniarza. Pokazałem mu bilet. Od razu zrozumiał w czym problem. Odłożył termos, latarkę i chorągiewkę, poinformował o sprawie drugiego ochroniarza, który akurat tłumaczył coś zasapanej kobiecie i poprowadził mnie właściwą drogą. Dotarłem na ten drugi dworzec w kilka minut. Tam odczekałem swoje, a kiedy na wyświetlaczu pojawiła się informacja o moim pociągu poszedłem do bramki. Bramka mnie nie przepuściła. Zawzięcie wypluwała mój bilet. Im bardziej uparcie wpychałem kartonik biletu w jej paszczę tym szybciej i złośliwiej go wypluwała. Gate says no. Pojawiła się kobieta, władczyni bramek. Sprawdziła w czym problem. Okazało się, że mój pociąg mnie nie zabierze. W ogóle nie pojedzie. Awaria. Władczyni wezwała giermka, który poprosił mnie, żebym podążył za nim. Zaprowadził mnie do wyspy informacyjnej na środku hali głównej, gdzie w ciągu kilku minut wyszukano dla mnie połączenie alternatywne i dokonano wymiany biletu. Po dwudziestu minutach stałem na peronie czekając na pociąg. Na miejsce dojechałem jakieś czterdzieści minut później niż zakładałem.wnioski

W czwartek wieczorem wracałem ze szkolenia, które prowadziłem we Wrocławiu. Po całym dniu pełnym wrażeń cieszyłem się na myśl o podróży do domu pociągiem w wagonie sypialnym. Byłem pewien, że szybko zasnę, a w Gdyni będę gotów od rana do kolejnych zajęć. Pociąg miał planowo opuścić Wrocław o 23.07. Dotarłem do dworca około jedenastej, więc poszedłem od razu na peron. Minęła 23.10, na wyświetlaczach nie pojawił się ślad informacji. Megafony milczały jak zaklęte. W sumie nie do końca wiedziałem co zrobić, no bo jeśli pociąg spóźniony przyjedzie, a ja polezę do hali głównej, to w tym czasie ten mój pociąg może przecież odjechać. Nikt na Ślazyka nie będzie specjalnie czekał….wnioski

Po 22.20 polazłem. Okazało się, że mój pociąg, jak i kilka innych jest spóźniony. Solidnie. Dwie godziny. No dobra. We Wrocławiu na Głównym jest McDonald’s, jest KFC, można te dwie godziny odczekać, wypić herbatę, lub kawę, podłączyć się do prądu i do sieci. Spoko. Po dwóch godzinach okazało się, że mój pociąg będzie spóźniony 270 minut, potem, że 310, potem, że 360, potem, że jednak 370. Na Głównym we Wrocławiu po godzinie 1 w nocy wszystko jest zamknięte. Na designerskich ławach z czarnego kamienia ewentualnie można dostać wilka i skoliozy. Gniazdek z prądem nie ma. Nawet takich płatnych. Po drugiej w nocy Polskie Koleje Państwowe osobą pani z okienka oświadczyły, że dają pasażerom niezadowolonym z sytuacji prawo do złożenia pisemnej reklamacji. Jednocześnie na tablicach zaczęły się pojawiać liczby typu 580, a nawet 640 minut opóźnienia dla pociągów z Katowic, czy Kołobrzegu. Miałem kurde farta…. Mój pociąg zajechał ostatecznie do Wrocławia 3.40. Dojechałem do Gdyni o 16.55. Podróż zajęła mi 18 godzin. Nie pojawił się absolutnie nikt, kto poinformowałby o przyczynach opóźnienia. Nie pojawiła się żadna opcja alternatywna dla pociągu, na przykład autobusy, które przewiozłyby pasażerów PKP z Wrocławia, do stacji, do których zamierzali dotrzeć. Nie pojawiła się jakakolwiek forma zadośćuczynienia, ba!, drobnego gestu, jak chociażby termos z herbatą i kawą dla tych wszystkich , którzy nie z własnej woli musieli koczować na wrocławskim dworcu.wnioski

Zajmowałem przedział sypialny w pojedynkę. Miałem czas i sposobność, aby pomyśleć chwilę nad sprawą.wnioski

  1. Jakość usług, nie tylko tych świadczonych przez PKP, jest w Polsce zwyczajnie niska. Cieszymy się wynalazkami typu Pendolino, czy PolskiBus, ale jeśli przyjrzeć się tym zjawiskom bliżej, to ich jedyna zaleta jest taka, że są lepsze niż to co było. Pendolino jest lepsze niż pociąg jadący z Trójmiasta do Warszawy od 8 do 10 godzin. PolskiBus jest lepszy niż PKS nie oferujący przewozów do Warszawy z Trójmiasta co godzinę. Ale i Pendolino (całe PKP) i PolskiBus nie są w stanie działać poprawnie jeśli pojawia się jakikolwiek poważniejszy problem. Awaria, kaprysy pogody, nie wspominając o klęskach żywiołowych rozkładają te firmy na łopatki. Istnieją w nich jakieś tam procedury funkcjonowania w „normalnych” warunkach, wszystko co wymyka się „normalności” to dla tych firm i dla tych usług katastrofa. Niewyobrażalne jest to, że nikt tu nawet nie pomyślał, iż natura lubi płatać figle, niektóre śmiertelnie groźne, których rozmiarów przewidzieć się nie da, ale co do których nie ma wątpliwości, że będą miały miejsce. To takie oczywiste, że trzeba stworzyć procedury na okoliczność nieprzewidywalnego, ćwiczyć je i móc je uruchomić jednym sygnałem. Dziś może to być na przykład SMS. Ile PKP kosztowałoby zorganizowanie termosu herbaty i kawy dla około setki osób czekających na pociągi spóźniające się 4, 5 a nawet 10 godzin? Czego trzeba, aby co 15 minut ogłaszać przez megafony dlaczego musimy czekać na jakiś pieprzony pociąg niczym okradziony cygański tabor?wnioski

  2. I tu pojawia się drugi wniosek: jesteśmy bardzo, bardzo słabym państwem. Kto by się tam nie dorwał w Warszawie do władzy, ma o państwie jako systemie mniej niż mgliste pojęcie. Państwo to system, którego składową są mniejsze systemy, od siebie wzajem zależne, ze sobą wzajem współpracujące. W Chinach państwo i jego systemy są ponad wszystkim. Czy się to komu podoba, czy nie. W wielu aspektach daleko im jeszcze do doskonałości japońskich systemów, ale znacznie bliżej, niż temu czego możemy doświadczać w Polsce. Możemy patrzeć na Chiny z dystansem, może się nam nie podobać ich kształt wewnętrzny, ich sposób funkcjonowania, szczególnie w kontekście swobód demokratycznych. Ale jedno jest tam pewne: sprawne państwo oznacza bezpieczeństwo obywateli. Chiny doświadczają i wyciągają z doświadczeń wnioski. Uczą się. Na bazie nauk budują procedury, które pozwalają na przykład ewakuować dziesiątki tysięcy osób zagrożonych tajfunem, powodzią, pożarem. Na bazie wniosków prowadzą akcje, które pozwalają reagować na zagrożenia naturalne, które dotykają dziesiątków, a czasem setek tysięcy ludzi. W Polsce byle wiatr może sparaliżować część kraju. Przede wszystkim dlatego, że nie zbudowano u nas efektywnego systemu informacji. Ten pozwoliłby nam wszystkim w Polsce mieszkającym samodzielnie decydować co robić w sytuacjach kryzysowych, jak się w nich znaleźć, jak działać. Odpowiednio poinformowani mielibyśmy do sytuacji zupełnie inny stosunek. W normalnym, zwartym systemie wielu z nas miałoby określone funkcje, przeszkolenie. Moglibyśmy włączać się w działania małych systemów, służb szybkiego reagowania wojska, straży pożarnej, służb medycznych, etc. A te z kolei funkcjonowałyby pospołu, dzieląc się bez żadnych zbędnych ustaleń kompetencjami, działaniami. Tyle, że taki system musiałby istnieć najpierw w teorii, potem musiałby być ćwiczony przy każdej okazji w praktyce. Trudno to osiągnąć w sytuacji kiedy każdy minister ciągnie kołderkę w swoją stronę, kiedy ministerstwa nie posiadają wspólnego szefa potrafiącego wziąć wszystkich ministrów za pysk i spowodować, ze potrafią współdziałać, albo wypad z baru.wnioski

    W Chinach to tak właśnie działa. Bo polityka polityką, ale kiedy nadchodzi prawdziwe, naturalne zagrożenie, wtedy trzeba działać wspólnie, szybko, efektywnie. Błędów w takich sytuacjach nikt nie zapomina.

    I co mi na koniec przyszło do głowy: co znaczy taki orkan z czwartku w porównaniu z tajfunami, które co roku dotykają Południowo-Wschodnie Chiny? No niewiele. Wiatr taki mocniejszy nieco. A taki nieco mocniejszy wiatr paraliżuje na dobę pół kraju w środku Europy. A gdyby nie daj Boże zdarzyło się coś poważniejszego? Nie daj Boże prawdziwy konflikt ze wschodnim sąsiadem? Albo inny kryzys, na znacznie większą skalę niż orkan Ksawery? Strach pomyśleć.wnioski

W porównaniu z Chinami mamy wiele do zrobienia. Zarówno na poziomie jakości usług, jak i na poziomie państwa jako systemu, którego najważniejszym zadaniem winna być ochrona jego obywateli, zapewnienie im bezpieczeństwa w bardzo różnych okolicznościach. Tak w kaju, jak i za granicą.wnioski

Leszek Ślazyk

.

.

.

.

.

.

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

4 thoughts on “Wnioski z podróży płynące”

  1. To i tak miał Pan szczęście, że poczekalnia była otwarta. Miałem sytuację zimą podczas przesiadki we Włocławku, że po 23-ciej zamknęli poczekalnię i musiałem stać dwie godziny na spóźniony pociąg w nieogrzewanym holu.

    Jakby np. na dworcu w Chinach kazali, taj jak dajmy na to w Gdańku na dworcu płacić 2,5zł za toaletę, to normalnie ludzie sraliby na chodnikach. Uważam, że brak darmowego kibla to już jest niehumanitarne i upoważnia do bezkarnego srania na ulicy. To też pokazuje, że wbrew opiniom Polacy są bardzo karnym narodem – łatwo akceptują zastany burdel i nie pyszczą za bardzo (co najwyżej anonimowo na fejsie).
    Ale nie tylko Polacy. Taka jest Europa. Np. darmowa woda pitna na lotniskach, na dworcach i w pociągach – w Chinach to norma, bo to elementarna potrzeba zaspokojenie pragnienia i też dla higieny itp. A w Polsce to jak nie masz pieniędzy to nawet kranówki nie dostaniesz bo kibel płatny. Zachodnia Europa to już total fiksnięta na płaceniu za wszystko, pewnie wkrótce też za emisję CO2 w wydychanym powietrzu.

     

     

  2. Wnioski trafne. W skali mikro oczywiście wszędzie trafiają się wyjątki. Ostatnio spędziłem blisko 7 godzin na dworcu kolejowym na przedmieściach jednego z 4 miast wydzielonych ChRL. Mój pociąg miał 9 godzin opóźnienia, udało się przebookować na jeden z 6 godzinowym opóźnieniem (moja podróż miałą trwać 37 minut). Dworzec prowincjonalny, oprócz Dicos nie było tam nic. Jakieś małe sklepiki bez żadnego alkoholu powyżej 2.5%. Dworzec oczywiście z gorącą wodą, ale zupka chińska nie mnie nie kusiła (na własny koszt oczywiście, bo pasażerom nic nie zaproponowano). Legalnych taksówek tam nie uświadczy, ceny przejazdu "na miasto" co prawda znam, ale i tak targowanie się z tego typu rzezimieszkami nie jest moim ulubionym zajęciem. No ale głód więc trzeba było się przejechać na to "miasto" i coś zjeść. Po wszystkich tych wycieczkach w tę i z powrotem zasiadłem w końcu w moim pociągu kat D. Ogólnie jestem wielkim fanem chińkich kolei, ale pomyślałem, że podzielę się to ciekawostką, bo gdybym miał jechać jakimś repłem to jeszcze bym się mentalnie nastawił na 5 minutowe opóźnienie, ale do pociągu D zawsze można było zegarek ustawiać. W sumie tym razem też mogłem sobie ustawić, a właściwie przestawić z czasu pekińskiego na warszawski. 

  3. @ Arek: To co mnie w Chinach na przestrzeni ostatnich kilku lat zdumiewa, to jakaś wręcz symbioza pomiędzy tym czego chce władza, a tym, czego sobie życzy przeciętny Chińczyk. Władza chce przede wszystkim spokoju, „harmonii”. Więc wszystkie sytuacje „zapalne” są rozkładane na czynniki, a na tej podstawie tworzy się mechanizmy reakcji. Chińczyk zaś chce byc traktowany „podmiotowo”. Że ważny jest, że nikt go nie traktuje lekce. Taką chęć można zaspokoić szybko, bez narażania się na koszty. Jak w opisanym przypadku: napój, zestaw obiadowy, organizacja biletów. Coś co się dzieje w miarę szybko i dotyka „podmiot” osobiście. W istocie tanie sztuczki. Ale bardzo skuteczne. Dokładnie jak ta woda gorąca i zimna wszędzie dostępna. Drobiazgi, którymi można grać całe symfonie….

  4. @Fleamaster: zawsze muszą być wyjątki od reguł. Na tym dworcu prowincjonalnym prawdopodobnie nie doszło do „incydentu”, czyli karczemnej awantury urządzonej przez pasażerów obsłudze dworca. Takiej z szarpaniem za szmaty, itp. Lokalne władze natychmiast wprowadziłyby procedury pacyfikujące. Broń Panie Boże, żeby lać pasażerów pałami. Raczej dać im michę ryżu z warzywami, albo chociaż zupę UFO. Coś co poddenerwowaną ludność ukoi. A nic tak nie koi Chińczyków jak coś do zjedzenia. Nawet żeby podłe było. Ale jak za darmo…. Z moich obserwacji wynika również, że pociągi, a szczególnie superszybkie „Harmonie” pompują w chiński interior cywilizację. Taksówek nie było, ale na pewno było Didi…. Zmieniają się nam te Chiny w sposób rewolucyjny….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close