GospodarkaPolityka

Chiny jako trzecia droga

Gdzieś tam od połowy XIX wieku prowadzono dyskusje na temat wyższości komunizmu nad kapitalizmem i odwrotnie: kapitalizmu nad komunizmem. Się utarło, że dla państw nie ma opcji trzeciej, bo są wyłacznie owe dwie. Kapitalizm. Albo komunizm, w wersji soft zwany socjalizmem. I tak dyskutowało się udowadniając wyższość jednego nad drugim do czasu chińskiego sukcesu. Wraz z tym sukcesem objawiona została światu teoria trzeciej drogi, takiej kombinacji komunizmu z kapitalizmem w jednym. Teoria do bani, bo bazująca nie na wiedzy, a raczej na legendzie o żelaznym smoku.

Przez bez mała trzy ostatnie dekady Chiny przyciągały uwagę różnych speców od ekonomii, polityki. Z kraju zdecydowanie zacofanego, imponującego wyłącznie masakrycznie wielką ilością obywateli do wyżywienia i ubrania, Państwo Środka w tempie ekspresowym stało się drugą gospodarką w skali globalnej, zostawiając za sobą takie potęgi jak Niemcy, Wielka Brytania, Japonia, o Rosji nie wspominając. Na początku XXI wieku powszechną stała się opinia, że Chiny sukces swój zawdzięczają odkryciu „trzeciej drogi ustrojowej”, czyli zastosowaniu połączenia gospodarki kapitalistycznej z komunistycznym modelem rządzenia. Od czerwca zeszłego roku entuzjazm obserwatorów jakby nieco oklapł. Częściej wspomina się o tym, że być może aktualne wstrząsy chińskiej gospodarki mają swoje źródło w tym komunistycznym modelu zarządzania centralnego. To prawda od lat głoszona przez osobników nieco poważniej zajmujących się Chinami Ludowymi, a jeszcze nie tak dawno uznawanych za – rzecz kolokwialnie ujmując – walniętych. Ta prawda jest dość oczywista i niezwykle prosta.

W systemach wolnorynkowych (których dzisiaj w formie czystej ze świecą szukać) wszelkie zjawiska, czyli koniunktury, dekoniunktury, hossy, bessy, mody, trendy, wzrosty i spadki regulują się same. To jak – w dużym uproszczeniu – w ludzkim organizmie. Organizm sam wie, że musi oddychać, że krew pompować musi, strawić co podane do gęby, zasnąć dla odpoczynku i przyjemnie się poocierać dla uzyskania wsparcia dzieci licznych (bądź nielicznych) na starość. A jak leci na łeb cegła, albo ryczy jakiś zwierz, to organizm wie, ma taki odruch, żeby skórę ratować salwując się błyskawiczną ucieczką.

W systemach centralnie sterowanych wszystko jest niemal tak samo jak w tych wolnorynkowych poza drobnym detalem: nic się nie dzieje samo. O wszystkim decyduje i wszystkim kieruje centralny ośrodek decyzyjny, taki mózg, tyle, że sztuczny. Czym więcej funkcji do ogarnięcia ma centralny środek, tym bardziej umykają mu detale. Czym więcej detali umyka, tym rośnie nerwowość decyzji, ich gwałtowność. Bo się reaguje racjonalnie, nie intuicyjnie. A czasem zapomina się zareagować, bo inne sprawy są właśnie na głowie.

W przypadku chińskim mamy do czynienia (od zawsze) z tym drugim sposobem zawiadywania państwem, a szczególnie gospodarką. Wprawdzie Chińczycy Ludowi mają swobodę indywidualnego podejmowania różnych inicjatyw gospodarczych, ale to państwo ma ostateczne słowo w kwestii czym się obywatele będą zajmować i w jakiej skali. Poważnie myli się ten, kto zakłada, że szef Alibaby, czy szef Geely Automobile dokonują decyzji o inwestycjach w pełni autonomicznie. Strategiczne decyzje (na przykład zakup przez Alibabę dziennika South China Morning Post, albo przejęcie Volvo przez Geely) są ustalane z Pekinem i przezeń zatwierdzane. A jeśli komuś taki układ się nie podoba, może liczyć się z błyskawicznym usunięciem.

W obszarze produkcji oraz handlu taki model stosunkowo prostych zależności się sprawdza, jednak w świecie finansów już nie. Wbrew temu co sugerowali od dwóch dekad orędownicy „chińskiej trzeciej drogi” pieniądze w ChRL, jak i zarządzanie nimi nie ma nic wspólnego z modelem rynkowym, nawet tak pokiereszowanym jaki funkcjonuje w krajach zachodnich (to określenie bardzo umowne, bo obejmujące Japonię, Koreę Południową, czy Tajwan leżące na wschód od Chin). Model chiński jest systemem państwowym, centralnie sterowanym. W Chinach kursy walut ustala urząd centralny. Giełdy są państwowe, obecne są na nich państwowe firmy, finansowane przez państwowe banki. Tylko drobni inwestorzy, którzy mieli pokryć straty państwowych firm, są „niepaństwowi”. Na giełdę nie mają wstępu zagraniczni inwestorzy. W Chinach nie funkcjonują ani zagraniczne banki, ani instytucje finansowe, czy ubezpieczeniowe. Rynki finansowe Chin Ludowych to układ hermetyczny, każda, nawet najdelikatniejsza próba jego rozszczelnienia powoduje natychmiastowe kłopoty. Bo model zachodni, nie pozbawiony problemów związanych z ingerencjami rządów i rozgrywkami hegemonów finansowych, mimo wszystko skazany jest na samoregulację. Rządy i hegemoni prowokują wprawdzie pewne sytuacje, kreują narzędzia stymulujące, jednak w większości wypadków są to zjawiska wtórne (wbrew mnogim teoriom spiskowym). Model chiński nie przewiduje samoregulacji. Tak jak w przypadku produkcji i handlu, również dla rynków finansowych założono centralne zarządzanie i decydowanie. To w przypadku finansów daje efekty w postaci szarpaniny, gwałtownych wzlotów i upadków. Bo sterowanie ręczne obciążone jest przecież nerwowością sterujących. Bo sterwanie ręczne jest szczególnie narażone na pułapki zastawiane przez wielkie figury światowej finansjery.

Odejście od modelu centralnego zarządzania, szczególnie w obszarze rynków finansowych, oznaczałoby faktyczną utratę kontroli centralnego ośrodka decyzyjnego nad przebiegiem wydarzeń. A to po prostu byłoby równoznaczne z utratą władzy. Nie po to zaś Deng Xiaoping i jego następcy rozpędzali machinę chińskiej ekonomii, żeby władzę oddać, ale by ją umocnić na zawsze. To nie ideologia, liczba ludności, czy uwarunkowania geopolityczne wydobyły Chiny z niebytu i pomogły zająć pozycję niekwestionowanego mocarstwa w skali światowej, tylko zarabiane przez Państwo Środka pieniądze. Te same pieniądze spowodowały, że znakomita większość obywateli Chin nie chce innej władzy niż ta sprawowana przez Komunistyczną Partię Chin.

Zatem?

Cokolwiek wydarzy się w najbliższym czasie, a też i w dłuższej perspektywie, nie naruszy fundamentów rządów w ChRL. Monopol KPCh na władzę w Chinach pozostanie nienaruszony. W razie poważnych trudności, jako rozwiązanie ostateczne, jest przecież Armia Ludowo-Wyzwoleńcza Jej przełożonym jest prezydent Xi Jinping, który ostatnimi czasy poświęca armii chińskiej niezwykle dużo swej uwagi. Chinami, stworem centralnie sterowanym, czy się to omu podoba, czy nie, władać będzie centralny ośrodek decyzyjny. Nawet jeśli ChRL utraci pozycję II gospodarki świata. Bo Chiny to nie żadna „trzecia droga”, a po prostu państwo o ustroju komunistycznym, nieco odmiennym od tego nam znango z historii najnowszej, „z chińską charakterystyką”.

Co z tego faktu wynika dla świata, albo dla nas? Jedno na pewno. Z Chinami i w Chinach zawsze będzie można robić interesy. Bo taka ich natura. Zmienna jedynie będzie skala: dzisiaj globalna, za jakiś czas może w wymiarze z czasów Marco Polo. Któż to może wiedzieć?

Leszek Ślazyk

P.S. Najnowsze reakcje przedstawicieli aktualnej władzy w Polsce świadczą o tym, że mają bardzo blade pojęcie o naturze rynków finansowych w erze cyfryzacji i globalizacji. Dzisiaj pieniądze nie mają poglądów politycznych, nie wyznają żadnej religii, nie posiadają jakiejkolwiek empatii, są równie obojętne na losy jednostek, jak i na losy całych narodów, nie są etyczne, ani moralne, bo te pojęcia nie mają dla nich żadnego znaczenia. Pieniądze chcą się wyłącznie mnożyć. Nie tylko na zyskach, ale i na stratach. Stosują więc wszystkie chwyty, podpuchy, triki i zwody, aby dopiąć swego. Kto do pieniędzy podchodzi dzisiaj z krzykiem i pałą odziedziczoną po prozdkach jaskiniowcach, tego pieniądze opuszczają i zostawiają. Gołego. Dosłownie, jak i w przenośni.

 

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close