Chiny subiektywnie

Nowy Rok 2012 vs. miastowa maruda

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie co to będzie… To właściwie wszystko co mógłbym od siebie powiedzieć w ramach odpowiedzi na pytanie: "co nam przyniesie Nowy Rok 2012"? Spodziewam się, że w kategoriach poważnych, czyli polityki, ekonomii i  spraw międzynarodowych przyniesie niewiele, lub gówno jeśli ująć w ramy dosadnego grubiaństwa. No chyba, że stanie się cud. A z tymi nigdy nic nie wiadomo, więc jakiś może się przypadkiem zdarzyć w najbliższych 12 miesiącach.

A czemu to chłopczyku słów grubych używasz? – zapyta jakaś miła pani, lub niezwykle dobrze ułożony pan. A temu, że już się taki urodziłem, miastowa maruda, której się wszystko z jednym kojarzy – odpowiem burkliwie i nieuprzejmie.

Ostatnie 2 tygodnie starego roku obfitowały w niezliczoną ilość publikacji, audycji, programów, które miały chyba na celu nastraszenie nas wszystkich w stopniu wystarczającym do upuszczenia draskowego kleksa, a jednostki słabsze psychicznie skłonić do kroków ostatecznych (gaz, woda, sznurek, medykamenty w nadmiernej ilości). Czego nie zacząłem czytać w formie drukowanej lub ekranowej, czego nie zacząłem słuchać w radio, albo oglądać w tiwi, wszędzie tam natykałem się na proroctwa czarnowidzących ekspertów od wszystkiego. Głównie od ekonomii. Gdybym chwilkę się nad tym nie zastanowił to pewnie dopadłaby mnie nerwowość i lęk przed nadchodzącym nowym rokiem. Ale na szczęście częste przebywanie na łonie natury, oglądanie morskiego ptactwa oraz obserwacja wody morskiej pozwoliły poskromić wzbierające fale paniki i uświadomić sobie samemu rzecz najistotniejszą. Skoro informacje podawane są nam przez ekspertów to właściwie jest tak jakby tych informacji nie było. Jacy eksperci, takie i ich informacje. Każdy z nas, komu pozostała choć kropla oleju w głowie, zdaje sobie sprawę, że znakomita większość współczesnych specjalistów od ekonomii posiada wiedzę identyczną do tej jaką opanowali przedwieczni wróże prorokujący z rozrzucanych kostek z wcześniej zeżartego kurczaka. Inaczej ujmując sam gówno wiedząc żenią plemieniu bałach, który pozwala podtrzymywać autorytet zapoznanego z wiedzą tajemną, a na tej bazie przytulić parę groszy. Zatem jeśli ekspert mówi, że w przyszłym roku PKB Polski będzie takie, a Chin takie, to mówiąc to ma już przygotowaną historię na przypadek gdyby sprawy potoczyły się w przeciwnym kierunku.

Jako miejski mądrala ze skłonnością do narzekania i szukania dziury w całym nie mam za grosz zaufania do osobników zajmujących się z doskoku polityką międzynarodową. Tu nie ma mowy o wróżeniu z kości drobiowych. To raczej chiromancja. Nawet literatura instruktażowa tutaj jest. Czy wygrają Stany Zjednoczone, czy Chiny? Jak Polska powinna kształtować swoją politykę wobec tych krajów? Wybitne zdolności chiromantów w zakresie naszej polityki wobec Chin mogliśmy zaobserwować pod koniec roku przy okazji wizyty naszego Prezydenta w ChRL. Jak na bazie takich doświadczeń budować jakikolwiek konstruktywny obraz przyszłości?

Ostatnią kategorią, o której można by wspomnieć ze względu na wpływ (dotkliwy) na naszą codzienność są politycy rzecz jasna. Z nimi w większości przypadków sprawa jest niezwykle prosta. Mamy do czynienia z szalbierzami, których wybieramy demokratycznie, aby za nasze pieniądze robili nam różnego rodzaju kuku. Z dużą jednoczesną troską o własne cztery litery. Dlatego też nie ma najmniejszych szans, żeby z tej strony spotkało nas w najbliższym roku coś dobrego za wyjątkiem kolejnych medialnych straszaków, od których będzie nam skóra cierpła przynajmniej raz w tygodniu, żebyśmy  nie zaznali spokoju. Bo czyż nie jest fascynującą sytuacja kiedy politycy mówią wyłącznie o nadchodzącym "wielkim kryzysie", a nie proponują właściwie żadnych konkretów, żeby stawić opór temu kryzysowi? Znane są przyczyny, objawy, wiadomo dokładnie co należy robić, a zamiast czynów wysłuchujemy ciągłego gadania.

Cóż więc może nam przynieść zaczynający się rok 2012. No co? No jak wspomniałem na wstępie: gówno. W układzie mało konkretnych wróży od ekonomii, chiromantów od spraw zagranicznych i szalbierzy od polityki rok 2012 będzie podobny do 2011. I tyle. No chyba, że zdarzy się cud. Cud niemiły, czyli któryś z elementów dzisiejszego układu znienacka się rypnie. Na przykład Chiny, w które wróże, chiromanci i szalbierze wierzą niczym przedszkolaki w zębową wróżkę. Albo na przykład Stany, które wykonają zupełnie nieprzewidywalny manewr mający na celu ochronę własnego zadka kosztem wszystkich innych. Może politycy, przynajmniej ci nasi wstaną któregoś dnia rano i zamiast kminić jak się nawzajem szachować celem utrzymania dotacji państwowych na działalność partii zaczną po prostu zajmować się tym czym powinni. Zarządzaniem, kierowaniem, planowaniem. Sterowaniem naszą łódką przez wzburzone morze do bezpiecznego portu. Obraz kiczowaty co nie? Ale czego się spodziewacie po cudach do jasnej cholery?

A i tak koniec końców najważniejsze to co nas dotyczy osobiście., nieprawdaż? W kategoriach osobistych  rok 2012 zostaje zobligowany do przyniesienia dwóch rzeczy: zdrowia i miłości. Bo, jak mawiali moi ukraińscy klienci, resztę możemy sobie sami kupić.

Leszek Ślazyk

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

4 thoughts on “Nowy Rok 2012 vs. miastowa maruda”

  1. Święte słowa i za razem smutne słowa, ponieważ z góry zakładamy, że nasz kochany rząd dla nas jednak nic nie zrobi.

  2. @ Fabian: Jako idealista po cichu wierzę, że stanie się właśnie taki cud i nasi magicy od polityki coś tam jednak zrobią zaskakując nas pozytywnie. W końcu wszyscy chcielibyśmy, żeby się cuda zdarzały, no nie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close