Chiny subiektywnie

RMB dziecko niechciane

Dzisiejsze seminarium HSBC na temat liberalizacji Chin, które miałem niewątpliwą przyjemność moderować uświadomiło mi, jak i pewnie wszystkim uczestnikom spotkania, jak dziwną sytuacją jest dzisiejszy status chińskiej waluty. Druga gospodarka świata posiada pieniądze, które kuszą i nęcą cały świat, ale które nie są ani wymienialne, ani chętnie używane w handlu zagranicznym przez samych Chińczyków.

Mieliśmy dzisiaj okazję wysłuchać prezentacji Rongrong Huo oraz Ray Moore’a, ekspertów HSBC w zakresie yuana. Pani Rongrong odpowiedzialna jest za strategię HSBC w zakresie umiędzynarodowienia chińskiej waluty, pan Moore z kolei patrzy na RMB jako na narzędzie biznesowe.

Ku mojemu niekłamanemu zdziwieniu obie prezentacje stały się przyczynkiem do ciekawej dyskusji z publicznością. Dzięki ci aktywna publiczności. Wnioski wynikające z doświadczeń polskich przedsiębiorców współpracujących na co dzień z firmami chińskimi są zaskakujące. Chińczycy, wbrew temu o co zabiega rząd w Pekinie, wcale nie garną się do rozliczania transakcji handlowych w swojej rodzimej walucie. Pomimo możliwości ograniczenia ryzyk związanych ze zmianami kursów tychże. Naturalną siłą rzeczy pojawiło się pytanie: dlaczego? Skąd taki irracjonalny przecież opór? Po chwili zastanowienia przychodzą mi na myśl następujące przyczyny takiego zachowania:

  1. Konserwatyzm.

Czytam właśnie książkę Franka Dikottera p.t.: „Wielki głód. Tragiczne skutki polityki Mao 1958-1962”. Rzecz miała premierę światową w roku 2010, przekład polski ukazał się w tym roku. Lektura ta pozwala zrozumieć jak mało wiemy na temat Chin Ludowych i ich niezwykle trudnej, dramatycznej historii. Najczęściej patrzymy przez najnowszą historię Chin poprzez pryzmat rewolucji kulturalnej. Tymczasem nie była ona bytem osobnym, samym w sobie. Stała się apogeum serii wydarzeń, które dotykały boleśnie mieszkańców Chin rok za rokiem od początków lat 50-tych XX wieku.

Doświadczenia historyczne spowodowały, że Chińczycy jako naród nabyli specyficznej, powszechnej alergii. Są uczuleni na gwałtowne zmiany. To paradoks w kraju, który w ciągu ostatnich 21 lat przebył drogę od zrujnowanego państwa trzeciego świata do drugiej gospodarki na Ziemi. Kraj pędzi jak rakieta kosmiczna. Jego mieszkańcy, którzy pozornie dostosowują się do zmian, mentalnie – co oczywiste – ukształtowani są przez wciąż nieodległą przeszłość. A przeszłość ta obfitowała w narzucane przez władzę nowinki, które skutkowały głodem, nędzą, często też śmiercią. W rezultacie dzisiaj zmiany proponowane przez władzę odbierane są z automatu z niepokojem, nieufnością. Po co zmieniać coś co ciągle dobrze funkcjonuje? No może dolar dzisiaj już nie taki pewny jak 10 lat temu – myśli sobie Chińczyk – ale obcy za towary zawsze nim płacili i po co to zmieniać? Chińczyk patrzy na zmiany podejrzliwie, budzą w nim bowiem bardzo złe wspomnienia.

  1. Nieufność

Jako obywatele kraju, który jeszcze niedawno nosił miano Rzeczpospolitej Ludowej dobrze wiemy jaki jest stosunek mieszkańca takiego kraju, członka mas pracujących, czy też ludu, do tego co tam sobie władza gada. Mieszkaniec kraju socjalistycznego wie, że władza zawsze kłamie. Mieszkaniec kraju socjalistycznego jest za pan brat z paradoksem prawdomówności diabła. Wiadomo, że diabeł nawet kiedy mówi prawdę to kłamie. Yuan jest „dziedzicznie obciążony” przez przywódców z Pekinu. Kiedy władcy chwalą swoja walutę, nakłaniają do jej używania, umiędzynarodowienia, Chińczycy Ludowi natychmiast staja się nadzwyczaj czujni. Jeśli władza zbyt często mówi o czymś, zbyt silnie do czegoś przekonuje, to znaczy, że coś jest nie tak, że coś jest nie halo. Jeśli władza mówi „używaj yuana w rozliczeniach międzynarodowych”, obywatel ChRL myśli sobie: „a sam se używaj ty taki owaki”.

  1. Relatywizm wartości

Relatywizm to bodaj jedno z ulubionych słów wszelkiej maści socjalistów i komunistów. „Byt określa świadomość” i inne takie. W codziennym życiu homo sovieticus, którym przecież jest każdy Chińczyk Ludowy relatywizm i schizofrenia są nieodłącznymi towarzyszami. Z jednej strony mamy do czynienia z permanentną względnością wszystkiego i wszystkich, z drugiej z biegunową dwoistością spraw, rzeczy i ludzi. Myślimy co innego – mówimy co innego. Robimy jedno, aby osiągnąć drugie. Głośno deklarujemy idee, w które nigdy, nawet przez sekundę nie wierzyliśmy. Często życzymy im wszystkiego najgorszego.

 Chińczycy Ludowi, nawet, a może szczególnie ci, którzy są beneficjentami ogromnych przemian kraju, czerpią ze zmian pełnymi garściami, jednak wciąż zdradzają niewielką wiarę w trwałość przeżywanych zmian. Czemu tak sądzę? Temu chociażby, że każdy obywatel ChRL, który zdobył majątek szacowany na więcej niż 1 milion dolarów deklaruje chęć posiadania drugiego obywatelstwa. W najgorszym przypadku statusu rezydenta Hong Kongu. Według danych opublikowanych w tym roku przez „Dziennik Ludowy”, aż 67% majętnych Chińczyków posiada obce obywatelstwo, bądź właśnie intensywnie o nie zabiega. Innym dowodem pośrednim jest stosunek Chińczyków Ludowych do własnej waluty. Chińczycy chętnie zarabiają i rozliczają się między sobą w yuanach. Ale jeszcze chętniej w dolarach. Dlaczego? Bo dolary są walutą wymienialną. Dolary w kieszeni pozwalają żyć w Chinach, ale też w Stanach Zjednoczonych, Australii, Niemczech. Jeśli nagle coś się stanie z rozpędzoną jak szalona lokomotywa gospodarką, jeśli moc yuana gwałtownie zmaleje, to co będzie można zrobić z tymi wszystkimi czerwonymi banknotami? Dolary, nie €uro, nie yeny, nie franki szwajcarskie, a właśnie dolary amerykańskie zawsze dawały i dają największe poczucie bezpieczeństwa. Dlatego też prywatny właściciel prywatnej firmy pytany o to, czy chce otrzymać za swoje towary płatność w swojej chińskiej walucie, delikatnie puka się w czoło. Czy za naukę dziecka w szkole w Londynie zapłaci yuanami? No raczej nie….

 Każdy kto miał okazję w Chinach pomieszkać zna to uczucie. Czerwone banknoty z podobizną Mao są środkiem płatniczym bez żadnego wątpienia. Idziemy do knajpy, do sklepu, na dworzec, płacimy nimi i otrzymujemy co chcemy. Ale jednocześnie nie czujemy ich wartości, tego jakiegoś ciężaru, mocy, która wynika chociażby z nakładu pracy włożonej w uzyskanie „czerwońców”. Wydaje się je jakoś tak lekko, zupełnie jak banknoty z gry „Monopoly”. Może dlatego, że wszędzie dookoła widać hałdy tych banknotów wpłacanych w bankach, noszonych do kantorków w restauracjach, wyciąganych z teczek, aby zapłacić za jakąś usługę. Być może. Ale może dlatego, że one zdają się nie posiadać realnej wartości. No bo czym ją zmierzyć? W czym odnaleźć parytet tej waluty?

 Jakby nie było yuan wciąż pozostaje niechcianym dzieckiem. Świat niby go chce, ale wciąż się waha. Zwykli Chińczycy mimo wszystko wolą obce waluty. Pekin wypycha na światową scenę tego swojego synka, wierzy w niego i mu sekunduje, ale póki co publiczność klaszcze anemicznie. Ktoś powie: „ale jakże to, przecież wszyscy z Chinami podpisują swapy na miliardy i miliardy….” Fakt. Autentyczny jak to z faktami bywa. Tylko co po swapach nawet na setki miliardów dolarów w sumie, kiedy, według Bloomberga, tylko w ostatnich dwóch miesiącach rezerwy walutowe Chin skoczyły z poziomu 3,3 biliona dolarów do 3,6 biliona dolarów. No i masz ci los. Synek, cholera jedna, rośnie jak na drożdżach….. Kto pokocha olbrzymka?

Leszek Ślazyk

Ilustracja artykułu: obraz Sheng Qi p.t. Mao vs RMB

http://www.sheng-qi.com/biography

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Close