GospodarkaPolitykaPolska

Prezydent Duda odwiedza Chiny

Chiny ponownie znajdują się w głównym nurcie wiadomości przekazywanych przez polskie media. Oczywiście nie na pierwszym miejscu, bo to zajmują na stałe bliskie naszemu polskiemu ciału sensacyjki. Pięciodniowa wizyta Prezydenta RP w ChRL odnotowywana jest zarówno przez stacje telewizyjne, radiowe, prasę, jak również media internetowe. Rzecz jasna informacjom na temat tej wizyty towarzyszy pytanie: co my, Polacy, możemy z tego mieć? Obawiam się, że jak zwykle, niewiele.

To strasznie nudne. Permanentne deja vu. Twarze zdecydowanie różne od poprzednich, ale „narracja” do bólu taka sama. „Polska bramą dla Chin do Europy. „To nowy etap współpracy pomiędzy naszymi państwami.” „Zamierzamy podpisać niezwykle istotne kontrakty.” „Zachęcamy do inwestowania w Polsce chińskie firmy te wielkie, średnie i te małe.” I tak dalej, i tym podobne.

Dręczy mnie wrażenie, że Polska to taki geograficzno-polityczny obszar, którym zarządzają osobnicy specjalizujący się w mówieniu dla mówienia. Niektórzy z tego mówienia zrobili rzemiosło, nieliczni czasem wybijają się na poziom sztuki. Ale to przemawianie nie ma na celu uruchomienia realnego działania. Głównie dlatego, że funkcjonuje w oderwaniu od innego działania niż gadanie. Przemawianie, mówienie, gadanie służy przekonywaniu, nakłanianiu, kreowaniu pewnej rzeczywistości. Działanie to zmaganie się z materią, jej fizycznym oporem. Tu nasi zarządzający wypadają blado. Dlaczego? Słowa zazwyczaj rzuca się na wiatr. Telewizja pokaże mówiącego raz, drugi, trzeci, potem rzuci się na innego mówiącego. Radio puści wypowiedź, czy wywiad w tym samym systemie. Internet jest dzisiaj nieco trwalszy: powiedziane trafi do internauty, który sobie będzie chciał z jakiegokolwiek powodu dana wypowiedź wygooglać. Ale działanie, szczególnie konsekwentne, wymaga nudnej uporczywości, powtarzalności, rozpoczynania i kończenia, planowania i realizowania planu.

Żeby cokolwiek w Chinach osiągnąć dzisiaj, trzeba najpierw udowodnić, że Chiny traktujemy poważnie. Nie tylko dla krótkookresowych, krótkowzrocznych interesików rozgrywanych na własnym, polskim boisku. Udowodnienie poważnych intencji wymaga konkretów z polskiej strony. Jeśli ktoś z naszych włodarzy myśli sobie, że Chińczycy zacierają nóżki i rączki niczym mucha na końskim łajnie, żeby wykładać ciężką kasę na zakup gruntów inwestycyjnych w Polsce, na dofinansowanie polskich firm, na inwestycję w polską infrastrukturę, posiada – delikatnie to ujmę – ograniczony potencjał intelektualny. Chińczycy mogą sobie kupić grunty w dowolnym miejsc na Ziemi, mogą zainwestować w dowolną firmę na kuli ziemskiej, szybką kolej, autostradę, gazoport mogą wybudować gdziekolwiek. Gdziekolwiek, gdzie im się spodoba.

W tej chwili w tych zabiegach o chińskie inwestycje mamy nieco pod górę. Dlaczego? W kwietniu 2012 roku odwiedził nasz kraj premier Chin Wen Jiabao. Forum Biznesowe Chiny – Europa Środkowa. Ktoś to jeszcze pamięta? Nie bardzo? No właśnie. Chińczycy pamiętają. Złożyli tu w Warszawie bardzo konkretną ofertę inwestycyjną, zawartą w 12 punktach, a wspartą skromną kwotą 10 miliardów dolarów. Nikt w Polsce nie potraktował tej oferty poważnie. Dlatego też w kolejnych szczytach 16+1 Polska traktowana była jako marginalny element chińskiej układanki w naszym regionie.

Tym razem Chińczycy proponują 5 miliardów dolarów. Nie proponują aż tak szerokiego zakresu współpracy jak w 2012 roku. Dają bardzo wyraźny sygnał, że maja nam za złe, ale wciąż jeszcze podtrzymują swoją propozycję współpracy. Przy czym głównie mówią o sprzedawaniu nam swoich towarów i usług. Wcześniej mówili o zrównoważonej wymianie. Ale co było, a nie jest…

Mając w stosunkowo świeżej pamięci to co było, a obserwując to co jest, trudno mi uwierzyć, że w gospodarczych, dyplomatycznych, kulturalnych, naukowych relacjach polsko-chińskich nastąpi poważny, pozytywny przełom. Chciałbym się bardzo mylić. A to dość łatwo będzie sprawdzić. Poczekajmy miesiąc, dwa. Jeśli po tym czasie Chiny w dowolnych polskich mediach pojawiać się będą nie w kontekście współpracy naszych państw, a wyłącznie przy okazji rozmaitych chińskich sensacyjek, lub ludzkich tragedii, to znaczyć będzie, że mam rację. Niestety. Na współpracy z Chinami skorzystają inni. Oblatani na równi w gadaniu, jak i w realnym działaniu.

Leszek Ślazyk

 

Tagi
Pokaż więcej

Leszek Ślazyk

(rocznik 1967), politolog, publicysta, przedsiębiorca, ekspert do spraw Chin; od 1994 roku związany zawodowo z Chinami, twórca portalu www.chiny24.com.

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź też

Close
Close