GospodarkaPolitykaUSA

Chiny vs. USA. Czym Państwo Środka zagraża Stanom Zjednoczonym?

Czym Chiny zagrażają USA?

W połowie grudnia właśnie co minionego 2020 roku na stronie Palladium Gorvernance Futurism opublikowano artykuł Richarda Hananii, który z jednej strony niezwykle trafnie podsumowuje obecny stan umysłu większości elit amerykańskich, jeśli chodzi o „zagrożenie” jakie Chiny stwarzają dla USA, z drugiej zaś konfrontuje go z rzeczywistością.

Richard Hanania jest prezesem Center for the Study of Partisanship and Ideology i pracownikiem naukowym Defense Priorities. Hanania uzyskał tytuł doktora z nauk politycznych na UCLA, a posiada również tytuł juris doctor (najwyższy w USA tytuł naukowy w zakresie prawa) uzyskany na University of Chicago. Poniżej przedstawiamy tłumaczenie artykułu, link do oryginału znajdziecie Państwo TUTAJ. Mam nadzieję, że choć część jego założeń trafi do nieco szerszej publiczności w Polsce.

Rzeczywiste zagrożenie jakie stwarzają Chiny to podważanie sensu obowiązującej w Ameryce ideologii

Ludzie z szeroko pojętej amerykańskiej sceny politycznej, od lewej do prawej strony, zdają się zgadzać, w przeważającej większości, co do jednego: USA musi się na serio odnieść do zagrożenia stwarzanego przez Chiny. W końcówce rządów administracji Trumpa Departament Stanu opublikował dokument pod tytułem Elementy chińskiego wyzwania. Ta esencja zbiorowej mądrości ekspertów do spraw bezpieczeństwa narodowego i urzędników państwowych przekonuje, że USA potrzebują skoordynowanych działań, aby dać odpór Pekinowi. Już na pierwszej stronie dokumentu dowiadujemy się, że ‘Komunistyczna Partia Chin rozpoczęła nową erę rywalizacji wielkich potęg”. Jeśli polityką zagraniczną Trumpa (lub choćby ludzi, których wyznaczył do jej realizacji) rządziła jakakolwiek głębsza myśl, to była nią konkluzja, że konfrontacja z Chinami jest kwestią bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych. Era rządów Trumpa to koncentrowanie się wyłącznie na wywieraniu nacisku na Pekin, przy wykorzystaniu takich środków jak niespotykane wcześniej wsparcie dla Tajwanu, wysyłanie większej liczby patroli na Morze Południowochińskie, czy próby powstrzymania rozwoju telekomunikacyjnego giganta Huawei.

Idea zagrożenia ze strony Chin nie umrze wraz z końcem rządów administracji Trumpa. Michele Flournoy, uważany przez pewien czas za pewniaka na stanowisko Sekretarza Obrony administracji Bidena, argumentował ostatnio na łamach Foreign Affairs, że USA nie były wystarczająco stanowcze w swoich deklaracjach dotyczących obecności wojskowej w Azji Wschodniej. Czasami rywalizacja potęg przedstawiana jest jako imperatyw historii; Graham Allison, były urzędnik Pentagonu, a obecnie profesor w Harvard’s Kennedy School of Government wyznaje pogląd, że USA i Chiny znalazły się w „pułapce Tukidydesa”. Allison uważa, patrząc na ostatnie 500 lat historii świata, że kiedy ambicje mocarstwa rosnącego w siłę są w konflikcie z tymi reprezentowanymi przez dominujące aktualnie mocarstwo, wojna staje się wielce prawdopodobna.

Jednakże czego konkretnie obawiamy się ze strony Chin? Czytanie analiz dotyczących polityki zagranicznej, to często frustrujące zajęcie dla kogoś kto wierzy, że powinny one posiadać logiczny ciąg argumentów, jasno zdefiniowane pojęcia i zrozumiałe powiązanie między celami, do których się dąży i środkami, jakich się dla osiągnięcia celu używa. Z lektury wielu rządowych raportów możemy dowiedzieć się o ”wielkiej rywalizacji potęg” lub o „chińskim wyzwaniu” i w dalszym ciągu nie mieć bladego pojęcia co tak naprawdę stanowi płaszczyznę rywalizacji obu państw. Wspomniany powyżej raport Elementy chińskiego wyzwania zdaje się stosować strategię “rzucamy błotem w ścianę i zobaczymy, co się przylepi”, oskarżając Chiny o wszystko co się da: począwszy od tego, że są zbyt skuteczne w handlu zagranicznym, poprzez oskarżenia, że chcą zdominować świat, a kończą c na tym, że są rasistowskie w stosunku do afrykańskich migrantów.

Taki brak jasności co do właściwego zarzewia potencjalnego konfliktu nie miał miejsca w najnowszej historii świata. Dwie wojny światowe koncentrowały się na rywalizacji między Niemcami a ich sąsiadami o określone terytoria, które łatwo można znaleźć na mapie – np. Alzacja i Lotaryngia. Zimna Wojna była walką między systemem komunistycznym i kapitalistycznym.

Zobacz także: Pociągi 2021, czyli opowieść o żelaznym wilku

A gdzie leży kość niezgody pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami? (…) Chiny nie są dla Stanów zagrożeniem w tradycyjnym tego słowa rozumieniu. Nie ma niczego w obszarze amerykańskiego bezpieczeństwa, amerykańskiego dobrobytu, czemu zagrażają działania Chin. Stany Zjednoczone będą relatywnie mniej potężne w zbliżających się dekadach, ale jest to nieuniknione w obliczu rozwoju państw Trzeciego Świata, który to rozwój jest przez Waszyngton przecież aktywnie wspierany. To nie tu leży problem.

Prawdziwe zagrożenie ze strony Chin nie dotyczy wojskowości ani geopolityki, lecz raczej ideologii. Ich ciągły rozwój, nawet jeśli w żaden sposób nie szkodzi dobrobytowi czy też bezpieczeństwu narodowemu większości Amerykanów, to stanowi poważne zagrożenie dla amerykańskich elit, a precyzyjniej dla ich narracji wyjaśniającej dlaczego mają legitymację by rządzić USA, a zarazem dlaczego USA mają prawo rządzić światem.

Chiny vs. USA. Czym jest chińskie zagrożenie?

Przez ostatnie trzy dekady chiński rozwój ekonomiczny był ewenementem na skalę światową. Pomiędzy rokiem 1990 a rokiem 2019 PKB na głowę mieszkańca Państwa Środka wzrósł 32 razy. Chiny mogą prześcignąć USA pod względem wielkości PKB w ciągu następnych dwóch dekad. Niektórzy wręcz twierdzą, że już je prześcignęły. Dla porównania – w latach 80-tych PKB Związku Radzieckiego wynosił około 40% amerykańskiego, a prognozy wzrostu zdecydowanie faworyzowały Zachód. Ekonomista Branko Milanovic zasugerował ostatnio, że nagroda Nobla w dziedzinie ekonomii powinna być przyznana uczonym, którzy zbadają rozwój Chin, nazwany przez niego „jedynym na świecie przypadkiem nieustannego, trwającego już 40 lat, największego procentowo wzrostu przychodów, odnotowywanego przez największą populację świata”.

(…) Dwa omawiane supermocarstwa znajdują się po dwóch stronach kuli ziemskiej i nie ma między nimi terenów spornych. To prawda, że Stany Zjednoczone dążą do zachowania integralności terytorialnej swoich sojuszników (takich jak Tajwan i Japonia), która może być zagrożona przez działania Pekinu. Nadchodząca administracja Bidena będzie zapewne prowadzić politykę optującą za obroną wysp Senkaku, pięciu niezamieszkałych skał i trzech raf, które USA uważa za integralną część terytorium Japonii. Jednakże rzadko kiedy wyjaśnia się obywatelom amerykańskim, dlaczego USA chciałoby ryzykować konflikt nuklearny z takiego  powodu. A jeżeli już się to robi, to w odniesieniu do wartości moralnych, bez jakiejkolwiek analizy zysków i strat, za zasłoną dymną modnych zwrotów typu „zachowanie wiarygodności” lub „wzmacnianie odstraszania”.

Inną ideą popularną wśród opinii publicznej i ekspertów jest teza, że rozwój Chin z pewnością jest zły dla Stanów Zjednoczonych. Jednakże w rzeczywistości (póki co) miał on zdecydowanie pozytywny wpływ na amerykańskich konsumentów. Dla ekonomistów jest sprawą dość oczywistą, że handel z Chinami przyczynił się do obniżki cen towarów w Stanach. Nie dajmy się zwieść politycznej amnezji – to konkretne decyzje rządów USA przyczyniały się do rozwoju tego handlu przez wiele lat i to te decyzje kształtowały relacje z Chinami.

Owszem, rozwój relacji handlowych z Chinami przyczynił się do osłabienia gospodarki amerykańskiej na wiele różnych sposobów, ale powodem nie było oszustwo, sztuczki, czy też sam rozwój gospodarczy Chin. Sytuacja, w której znalazła się amerykańska gospodarka to wynik skuteczności amerykańskiej polityki zagranicznej i jej priorytetów. Jeśli chce się kogokolwiek obwiniać, to właśnie tych, którzy takie a nie inne priorytety ustanowili. Stany Zjednoczone mogą prowadzić handel zagraniczny na swoich własnych zasadach. Mogą wybierać odpowiadającą im strategię negocjacji handlowych i mają wolną rękę w ochronie lokalnego przemysłu i miejsc pracy za pomocą środków, jakie uznają za stosowne. Robienie z Chin cywilizacyjnego wroga w tych obszarach jest po prostu absurdalne.

To samo tyczy się kradzieży własności intelektualnej. Chociaż podaje się szacunki, że USA ponoszą z tego tytułu straty liczone w setkach miliardów dolarów rocznie, to jest to proces normalny dla rozwijających się ekonomii. Korea Południowa i Japonia mają sporo na sumieniu w tym zakresie, grzechy przeciw własności intelektualnej popełniano w czasie, gdy gospodarki tych dwóch państw się rozwijały. Państwa te, pomimo oczywistych przewin, nie zostały uznane za fundamentalne zagrożenie dla USA. Połączenie zewnętrznych nacisków i wewnętrznych zachęt prowadziło do wprowadzania bardziej restrykcyjnego prawa chroniącego własność intelektualną zarówno w Korei, jak i w Japonii. I wtedy, i dziś, wiele międzynarodowych korporacji, najbardziej narażonych na tego rodzaju problememy, traktuje je jako część kosztów wejścia na rynek.

Może zatem, zagrożeniem jest chęć Chin, by przebudować świat na swój obraz i podobieństwo? To popularny pogląd wśród elit szermujących bezpieczeństwem narodowym. H.R. McMaster, najbardziej chyba reprezentatywny przedstawiciel tego nurtu powiada, że Chiny „przewodzą ruchowi dążącemu do ustanowienia nowych reguł i nowego międzynarodowego porządku, który uczyni świat mniej wolnym i mniej bezpiecznym”. Jeśli się sięgnie nieco głębiej w te argumenty, to łatwo zauważyć, że większość zarzutów przeciwko Chinom dotyczy działań, które podejmuje każde państwo na świecie, które mogą wydawać się przerażające tylko wtedy, jeśli kompletnie się zapomni, jak zachowują się Stany Zjednoczone. Powiada się, że Chiny wpędzają kraje w pułapkę kredytową, ale dowody temu przeczą. I jakoś dziwnym trafem te same zarzuty rzadko kiedy kierowane są pod adresem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, chociaż oferowane przezeń kredyty i pożyczki są równie kontrowersyjne i dużo bardziej rozległe (w sensie uzależniania gospodarek), niż jakakolwiek pomoc finansowa Chin.

Innym zarzutem wysuwanym pod adresem Chin jest ich intencjonalne strategiczne uznawanie suwerenności innych krajów. W marcu Danie Tobin z Center for Strategic and International Studies zeznają przed Kongresem mówił, że Chiny w dalszym ciągu promują normatywne zasady „wzajemnego szacunku dla integralności i suwerenności, wzajemnej nieagresji, wzajemnego nieingerowania w sprawy wewnętrzne, równości i współpracy dla wspólnego dobra i pokojowego współistnienia”. Ted Piccione z Brooking Institution pisze o Chinach pod rządami Xi jako wdrażających „ortodoksyjną interpretację narodowej suwerenności i nieingerowania w sprawy wewnętrzne”.

Chociaż Chiny nie są bez winy, to jednak można zauważyć, że z międzynarodowego punktu widzenia dokonały one najbardziej pokojowego wzrostu potęgi mocarstwowej ze wszystkich krajów świata na przestrzeni ostatnich kilkuset lat. Chociaż Chiny zaanektowały Tybet, blokowały Tajwan i zainicjowały wewnętrzną kolonizację takich obszarów jak Xinjiang, to jednak te działania zawsze wynikały z przyczyn istotnych dla samych Chin. Natomiast Stany Zjednoczone w trakcie swojego rozwoju podejmowały liczne zewnętrzne akcje kolonizacyjne i wciąż regularnie nakładają sankcje na niewątpliwie suwerenne państwa. Oczywiście chińskie roszczenia terytorialne mogą być kontrowersyjne z międzynarodowego punktu widzenia, ale są umiarkowane w porównaniu do tych wysuwanych przez inne potęgi – w tym same Stany Zjednoczone, które w swej historii potrafiły uznawać całą Zachodnią Półkulę za obszar całkowicie wyłączony z wpływów krajów europejskich. Polityka interwencyjna USA doprowadziła do obalenia wielu rządów, mordowania przywódców politycznych i sankcji ekonomicznych, które dotykały całe narody.

McMastersi tego świata głoszą, że Chiny nie działają dziś agresywnie, ponieważ Pekin cierpliwe czeka na odpowiedni moment, aby zapanować nad światem. Ale być może działają tak, a nie inaczej, gdyż Chiny to cywilizacja nakierowana do wewnątrz i pomimo sporów ze swymi sąsiadami, nie hołdują misji zmieniania kształtu świata podług własnego uznania. (…) Pekin nie ma w swych planach wymiany ONZ na jakąś inną organizację międzynarodową, nie zamierza napisać na nowo wszystkich regulacji stosunków międzynarodowych. Strategia Chin to poszukiwanie stabilności i rozwoju w ramach systemu ustanowionego przez zachodnie demokracje po drugiej wojnie światowej. Chiny zyskały ostatnio istotnie na znaczeniu, ale nie wyłamują się z ustalonych przez innych ram.

Taka interpretacja jest najbardziej spójna z przeszłym i obecnym zachowaniem Chin i – biorąc pod uwagę koszty amerykańskiego militaryzmu – najbardziej zgodna z wyobrażeniem tego jak odpowiedzialny aktor powinien zachowywać się na międzynarodowej scenie. Jest ona również spójna z argumentami tych szczerych waszyngtońskich „jastrzębi”, którzy przyznają, że prawdziwy problem z Chinami nie polega na tym, że chcą one rzekomo zdominować świat, ale że mogą podważyć legitymację Stanów Zjednoczonych do globalnej dominacji.

Zagrożenie bezpieczeństwa narodowego

Co w istocie motywuje polityczną histerię przeciwko Chinom? Żeby zrozumieć motywację analityków, think-tanków i generałów, należy najpierw zrozumieć, jak postrzegają oni rolę samych siebie i USA w świecie. Przez dekady ideologią amerykańskiego rządu, jaką kierował się on w polityce zagranicznej była konieczność stworzenia liberalnego, demokratycznego świata. W obliczu nieefektywności sowieckiego modelu opcja ta wydawała się wręcz naturalna i nieunikniona. Założenia tej ideologii kierowały działaniami polityków amerykańskich w zasadzie od końca drugiej wojny światowej.

Upadek muru berlińskiego tylko umocnił ich w przekonaniu co do słuszności koncepcji. Chociaż wciąż istniało zagrożenie konfliktu nuklearnego i liczono się z tym, że komuniści mogą w nieskończoność zachowywać rządy w państwach, którymi władają, to w okresie Zimnej Wojny, a zwłaszcza po jej wygaśnięciu coraz więcej państw stawało się demokratycznymi i coraz więcej rynków otwierało się na handel.

Lata 90-te to okres, w którym USA zaangażowały się w coś, co można by nazwać operacją „uprzątania”, prowadzoną przeciwko kilku lokalnym „ogniskom” oporu wobec demokratyzacji, takim jak Irak Saddama Husseina, czy Jugosławia Slobodana MIloszewicia. Już przed Francisem Fukujamą profesorowie na uczelniach uznawali demokratyzację za naturalną konsekwencję działań ludzi domagających się większego udziału w rządzeniu, proporcjonalnego do ich rosnących dochodów i wzrostu poziomu wykształcenia. Kraje takie jak Chile, Korea Południowa i Tajwan zdawały się potwierdzać to założenie.

Polecamy również: Na kim Chiny chcą wzorować swoje supernowoczesne centra badania i rozwoju? Na Niemczech!

Oczywiście to wcale nie oznaczało, że Stany Zjednoczone stanęły z boku i pozwoliły historii na spokojny bieg wydarzeń. Wszystkim tym projektom towarzyszyła ekspansywna polityka wojskowa. Kontynuowano ją również po Zimnej Wojnie, a uzasadniano – w zależności od okoliczności – koniecznością zapobiegania proliferacji broni jądrowej, ochroną praw człowieka, czy powstrzymywaniem islamskiego terroryzmu (po 11 września). Założenie było takie, że chociaż ruch w kierunku kapitalizmu demokratycznego jest naturalny, a wręcz nieunikniony, to może być spowalniany przez komunistów, terrorystów, Baatystów i innych – jeśli tylko USA przestanie czuwać i przewodzić światu.

Rezultat był paradoksalny: im bardziej nieunikniony wydawał się ten wielki historyczny akt, tym większego wymagał wsparcia potęgą wojskową i tym bardziej demonizowano wszelki opór. Widać to było nawet w doborze słów w zwrotach takich jak „zderzenie cywilizacji” czy „wojna z terrorem”. Uzasadniano tak wielkie interwencje wojskowe kosztujące Amerykę więcej niż wszystkie wydatki ponoszone łącznie przez potencjalnych oponentów USA. Amerykańskie przywództwo nad światem wyważało otwarte drzwi.

Chiny kontra zachodnia myśl polityczna

Chiny wymknęły się wcześniejszym doświadczeniom. Związek Radziecki był potęgą wojskową i trafiał do zachodnich intelektualistów, ale z ekonomicznego punktu widzenia nie był w stanie spełnić obietnic wzrostu standardów życia swych obywateli. Terroryści islamscy mogli zabijać ludzi na Zachodzie i destabilizować państwa, ale mieli znikomy wpływ na ogólne bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych i nie zagrażali ani hegemonii USA, ani jej legitymacji. Współczesna Rosja może pragnąć wywierać wpływ na naszą kulturę i politykę, ale nikt nie traktuje jej jako wzór, a nawet ona, przynajmniej oficjalnie, akceptuje legitymację władzy wynikającą z demokratycznych wyborów.

Chiny odrzucają samą ideę liberalnej demokracji – iż przywódca powinien być wybierany na zasadzie „jeden wyborca, jeden głos” – nawet jako ideał, albo cel do osiągnięcia w odległej przyszłości. Daniel Bell wyjaśnia w swej książce The China Model: Political Meritocracy and the Limits of Democracy, że chińscy przywódcy wdrożyli model, w którym urzędnicy państwowi są wybierani i promowani w oparciu o egzaminy, ocenę wydajności, efektywności i spełnianie obiektywnych kryteriów. Ich kwalifikacją nie jest wsparcie wyborców, ale przynależność do partii i lojalność. Nie można uzasadniać przyjęcia tego systemu przez Chińczyków w oparciu o założenie, że „nie dorośli jeszcze do demokracji” (…). Na Zachodzie też przecież mamy krytyków demokracji: Platon jest chyba najbardziej znanym antydemokratycznym myślicielem w historii. Współcześni sceptycy używają języka ekonomii przy omawianiu takich koncepcji jak wpływ interesów grupowych i „racjonalna irracjonalność” głosujących. Jednakże opozycja do demokracji jako takiej jest rzeczą absolutnie nie do pomyślenia dla amerykańskich przywódców, jak i dla większości prominentnych amerykańskich intelektualistów.

Co jest nie tak z naukowymi modelami politycznymi, które na podstawie dużej ilości przykładów generalizują nieunikniony wpływ wzrostu ekonomicznego na procesy demokratyzacyjne? Żeby zrozumieć błędność tych modeli wyobraźmy sobie naukowca, który pod koniec pierwszego tysiąclecia argumentuje, że cała ludzkość na Ziemi stanie się chrześcijańska, ponieważ książęta w całej Europie, jak jeden mąż, zaakceptowali tę religię. Gdyby istniały wtedy modele statystyczne, ktoś mógłby dokonać regresji i „udowodnić” tę hipotezę. (…)

Rozprzestrzenianie się systemów ekonomicznych i społecznych odbywa się w świecie zależności. (…) Po drugiej wojnie światowej tempo i kierunki demokratyzacji zależały od potęgi i misjonarskiego zacięcia USA, a nie od praw historii. Jeśli potęga Stanów Zjednoczonych osłabnie i jej skupienie się na polityce zagranicznej się zmniejszy, lub jeśli demokracja utraci swój powab w związku z jej wadami, to zależność między wzrostem gospodarczym a demokratyzacją może się załamać.

Chiny dominują nad USA nie tylko poziomem wzrostu PKB. Inne wskaźniki, których używamy do mierzenia poziomu kondycji społeczeństwa, również wskazują na to, że przywódcy w Pekinie radzą sobie w ostatnich latach lepiej niż ci w Waszyngtonie. Czy dyktatura zwiększa poziom przestępczości w kraju? Chiński wskaźnik morderstw to ułamek tego co mamy w USA, a w Państwie Środka praktycznie nie obserwuje się zamieszek i politycznej przemocy, do której Amerykanie się wręcz przyzwyczaili. Czy dyktatura bardziej zagraża innym krajom? Chiny nie brały udziału w żadnej wojnie od 1979 roku, podczas gdy USA owszem, i to niemal każdego roku od końca lat 70. do dziś. Czy dyktatura jest mniej innowacyjna? W 2020 roku Chiny wyprzedziły Stany Zjednoczone pod względem ilości publikacji z zakresu nauk przyrodniczych, a dzieci chińskie mają lepsze wyniki od amerykańskich nie tylko w badaniach IQ, ale i w międzynarodowych zestandaryzowanych egzaminach. Jeszcze w 2008 roku USA miały 16 razy więcej międzynarodowych patentów od Chin. W 2018 roku ta przewaga zmniejszyła się do 2,4 razy, a trendy wskazują, że wkrótce Chiny wyprzedzą Stany w tym zakresie.

Powojenny konsens liberalny w dużej części zakłada, że legitymacja władzy amerykańskiej opiera się na jej zdolności do dostarczania lepszych rezultatów (dla państw przyjmujących ten model sprawowania władzy), niż inne, konkurencyjne systemy. Z tego punktu widzenia rozwój Chin to ideologiczne zagrożenie, bez względu na to jak światli i życzliwi mogliby być teoretycznie chińscy rządzący. Amerykańskie elity są w stanie tolerować bardziej efektywne systemy tylko na małą skalę. Lee Kuan Yew, wieloletni przywódca Singapuru, był antydemokratyczny i przerażał amerykańskie elity takimi poglądami jak wiara w eugenikę. Jednakże populacja tego kraju nigdy nie przekroczyła wielkości ludności którejś z amerykańskich metropolii, a Lee sprytnie związał swój kraj geopolitycznie z USA. (…)

Zatem jakie pytanie powinni zadawać amerykańscy przywódcy? Z pewnością nie powinni pytać o to, czy Chiny będą potężniejsze, bo z pewnością będą, ani czy będą bardziej demokratyczne, bo na to Amerykanie nie mają żadnego wpływu i nie jest to istotne z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego. Pytanie to powinno brzmieć: „Czy Chiny mają takie ambicje, z którymi Stany Zjednoczone nie mogą się pogodzić?”. Z całym szacunkiem, ale kilka skał na Morzu Południowochińskim nie jest warte potencjalnej wojny, czy zaprzepaszczenia korzyści wynikających z handlu, lub współpracy nad takimi światowymi problemami jak globalne ocieplenie, czy zwalczanie skutków pandemii.

W takim razie co z kredytami udzielanymi przez Chiny? Co z kradzieżą praw intelektualnych? Co z Tajwanem? Zamiast przywoływać zastrzeżenia dotyczące chińskiego przywództwa, dużo lepiej byłoby nakreślić wyraźnie zdefiniowane czerwone linie powiązane z wyjaśnieniem, dlaczego ich przekroczenie narusza fundamentalne interesy Stanów Zjednoczonych. Wymagałoby to również uczciwości w wyjaśnianiu, dlaczego określone działania wywołują problemy. Jeśli istota wszystkich obaw dotyczy ideologii, to nie powinno się jej skrywać za plotkami o rzekomych pułapkach kredytowych.

Zobacz także: Kupuj świeże i sprawdzone – dwa, a nawet trzy w jednym dla wygody klienta (chińskiego)

Odpowiedź na „chińskie pytanie” będzie łatwiejsza, jeśli amerykańscy przywódcy będą się martwić o rzeczywiste kwestie ekonomiczne, sprawy bezpieczeństwa narodu , czy konkretne kwestie zagrażające sformalizowanym sojuszom. (…) Jeśli uniwersalna demokratyzacja nie jest absolutnym końcem historii, ani nawet koniecznym warunkiem rozwoju, pokoju i dobrobytu, to jak usprawiedliwić rolę, jaką przypisują sobie Stany Zjednoczone na arenie międzynarodowej? Co będziemy mieli do powiedzenia o amerykańskim systemie, jeśli USA przestaną być najbogatszym i najpotężniejszym krajem na świecie, zostaną wyprzedzone przez kraj, który stał się dominująca siłą w Azji Wschodniej nie złożywszy nawet gołosłownych deklaracji odnośnie ideałów demokracji?

W końcu sami Amerykanie mogą zacząć zadawać trudne pytania stawiające w wątpliwość to, czy system, w którym funkcjonują służy ich dobru, czy usprawiedliwione są daniny krwi i pieniędzy, których wymaga od nich państwo w związku ze swą polityką zagraniczną.

Jak Stany Zjednoczone poradzą sobie ze schyłkiem swej potęgi?

Wzrost potęgi Chin wynika z długofalowych trendów ekonomicznych. Waszyngton nie może ich ani zahamować, ani tym bardziej zatrzymać, tak jak europejskie kraje nie były w stanie powstrzymać procesów zachodzących w drugiej połowie XX wieku w ich koloniach w Afryce i Azji w obliczu trendów demograficznych, rozwoju mediów i malejącego znaczenia tych krajów wobec Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego. Amerykańscy przywódcy debatują o tym czy zredukować wymianę handlową z Chinami, czy może oskarżyć je o łamanie praw człowieka, zakazać używania takich aplikacji jak TikTok, czy też podjąć dodatkowe misje morskie na obszarze Morza Południowochińskiego. Nawet jeśli waszyngtońskie „jastrzębie” postawią w tych kwestiach na swoim – co robili za czasów Trumpa, a raczej nie będą robić w czasie prezydentury Bidena – żadne z tych działań nie wpłynie znacząco na rozwój Chin.

Dotychczas Pekin nie wyraził zainteresowania żadnymi terytoriami z dala od swych granic. Nie wygląda również na to, żeby chciał mieć prawo weta w odniesieniu do wewnętrznych spraw odległych państw trzecich – co mają w zwyczaju Stany Zjednoczone. Chińscy przywódcy zawsze wykazywali się pragmatyzmem wynikającym z założenia, że takie uwikłanie nie jest warte kosztów, jakie generuje. Chociaż nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co przyniesie nam przyszłość, to byłoby błędem kształtowanie naszych relacji z Chinami bez uwzględnienia tych faktów.

Biorąc pod uwagę powyższe kwestie najbardziej istotnym staje się pytanie jak bardzo zdeterminowane są Stany Zjednoczone by bawić się w grę „kto pierwszy stchórzy” na Morzu Południowochińskim. To jest prawdziwa pułapka Tukidydesa, choć tylko przy założeniu, że obie strony traktuję hegemonię na tym obszarze jako rzecz istotną. Chiny zbudowały imponującą kolekcję ufortyfikowanych sztucznych wysp na Morzy Południowochińskim, które będą przydatne podczas jakichkolwiek tarć z Tajwanem. Jednakże niespodziewana inwazja na pełną skalę jest tu mało prawdopodobna. Chiny wykorzystają raczej swoją potęgę ekonomiczną, by przekonać większość krajów w regionie do swoich racji i izolować Tajwan. Po osiągnięciu tego celu możliwe są różnorodne scenariusze, począwszy od wiecznego trwania obecnego status quo, poprzez potężny nacisk gospodarczy i próbę zmuszenia wyspy do posłuszeństwa, blokadę, po inwazję. Ale tylko ten ostatni scenariusz niesie za sobą ryzyko wojny z USA. Zakładając, że do jego realizacji nie dojdzie, można się spodziewać, że amerykańscy przywódcy łatwo zapomną o demokracji i niepodległości Tajwanu, i będą prowadzić biznes „as usual”.

Ostatnie wydarzenia w Hong Kongu i na Białorusi udowodniły ograniczoną naturę zaangażowania Stanów Zjednoczonych w sprawy odległych państw, o których przeciętny Amerykanin ma ledwie blade pojęcie. W ostatnich dwóch latach oba te miejsca były sceną protestów prodemokratycznych, którym USA udzielały werbalnego wsparcia. W obu przypadkach autorytarne rządy były w stanie przełamać opór, narzucić swoją wolę i utrzymać władzę. Władze USA zareagowały post factum nakładając sankcje na tych, których uznały winnymi tłumienia fali protestów, ale i te sprawy szybko zeszły z nagłówków gazet. Wszystko wróciło do normy. Tak jak wcześniej Amerykanie stracili zainteresowanie Tybetem, tak w końcu stracą zainteresowanie Hong Kongiem i Ujgurami.

Cichy schyłek wpływów w Azji i na Pacyfiku jest najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, nawet przy utrzymaniu obecnych zobowiązań militarnych. USA może utrzymywać swoich żołnierzy w Japonii i Korei Południowej tak długo, jak te kraje zgodzą się ich gościć, a Chiny raczej nie będą się domagać ich usunięcia w przewidywalnej przyszłości. Jednakże niezależnie od tego, że Korea Południowa polega na USA w kwestiach bezpieczeństwa, to jednak dogaduje się z Chinami w wielu ważnych kwestiach geopolitycznych wbrew woli Stanów Zjednoczonych – począwszy od wpuszczenia firmy Huawei jako dostawcy rozwiązań 5G, po deklarację, że Hong Kong jest wewnętrzną sprawą Chin. Jeśli w Japonii zawieją inne wiatry polityczne, to amerykańskie bazy nie zapobiegną zacieśnieniu relacji między Tokio a Pekinem. W zeszłym miesiącu Chiny i Japonia dołączyły do 13 innych krajów i podpisały Wszechstronne Regionalne Partnerstwo Ekonomiczne, umowę o wolnym handlu na obszarze Azji i Pacyfiku. Żadna amerykańska obecność wojskowa nie spowoduje, że kraje te ulegną próbom nacisku USA, by izolować Chiny.

Słuchasz podcastów? Sprawdź koniecznie: Chiny według Leszka Ślazyka

Zagrożeniem dla amerykańskich elit nie jest to, że Stany Zjednoczone będą mniej zdolne do realizacji swych celów geopolitycznych. Tym zagrożeniem może być raczej coraz większa grupa Amerykanów, którzy mogą kwestionować logikę takiej globalnej hegemonii USA. Być może demokracja liberalna nie jest przeznaczeniem każdego państwa świata, być może narody o bardzo różnych systemach politycznych mogą pokojowo współistnieć. Ma to przecież miejsce obecnie w Azji Wschodniej. (…)

Chociaż większość Amerykanów nigdy nie doświadczy przejażdżki chińskim „bullet trainem” i pozostanie nieświadoma różnic w rozwoju infrastruktury obu państw, to główne osiągniecia Chin w takich obszarach jak podróże kosmiczne, czy leczenie raka, mogą unaocznić Amerykanom jak bardzo jako państwo pozostali w tyle. W takim przypadku najlepszym wyjściem dla Amerykanów byłoby to, co jest zmorą i koszmarem nocnym większości elit  – przestać mieszać się w sprawy świata, a w zamian zająć się własnym podwórkiem i skoncentrować się na poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, jak i kiedy nasze instytucje tak bardzo zeszły na manowce.

Redakcja: Leszek B. Ślazyk

e-mail: kontakt@chiny24.com

© chiny24.com 2010-2021

Show More

Yue Bilin

Pasjonat Chin od ponad 35 lat, uczeń Zhuang Zhou, miłośnik chińskiej literatury klasycznej, uważny obserwator Chin współczesnych.

Related Articles

Back to top button